Rośliny naczyniowe

Jeszcze nie zima, ale trochę posypało

Beskid Sądecki - okolice Przełęczy Obidza - 13 listopada 2016

Po południu w sobotę zaczął padać śnieg. Liczę no to, że rano będzie biało i będę mogła pójść na prawdziwy zimowy spacer.
W niedzielę rankiem wyglądam przez okno. Jest trochę śniegu, ale nie o taki widok mi chodziło. Muszę pojechać gdzieś w góry, żeby zobaczyć prawdziwy śnieg. Jadę jak zwykle w stronę Rytra. Ale śniegu wszędzie jest niewiele. Postanawiam pojechać do Kosarzysk, tam zawsze jest go najwięcej.

I rzeczywiście, jest go tu sporo. Od kościoła droga staje się trudna. Jadę ostrożnie i powoli. Szczęśliwie udaje mi się dojechać bez poślizgu. Droga prowadząca dalej do „Bacówki pod Obidzą” jest niczym nie posypana i bardzo śliska. Na ostrym zakręcie, w poprzek drogi, stoi samochód, który wpadł w poślizg i ma problemy z wyjechaniem. Po chwili wpadają na niego kolejno dwa jadące z góry samochody, które nie dają rady zahamować. Wyżej spotykam samochód w rowie. A potem jeszcze jeden, który usiłuje wjechać do góry, i po wielu próbach musi skapitulować. Za kolejnym zakrętem widzę dwójkę zjeżdżających z góry rowerzystów. Nagle dziewczyna przewraca się na środku drogi. Na szczęście nic jej się nie stało. Spacer nie zaczął się przyjemnie.

 Ale to nie koniec. Chcę zrobić pierwsze zdjęcie i okazuje się, że aparat odmówił mi posłuszeństwa. Jestem od niego uzależniona. Czuję się jak palacz, któremu nagle zabrakło papierosów. Postanawiam  być dzielna. Trudno – nie zrezygnuję ze spaceru tylko dlatego, że nie mogę robić zdjęć. Ciągle z nim jednak walczę i po kilkunastu próbach udaje mi się go uruchomić. Moje szczęście jest absolutne. Zwłaszcza, że jestem już na Przełęczy Gromadzkiej i jest tu pięknie. Co prawda pochmurno, ale jest sporo śniegu i szadzi na drzewach. Biel śniegu pięknie komponuje się z rudością modrzewi, z których nie zdążyły jeszcze opaść szpilki, oraz  z równie rudymi liśćmi brzóz i buków.

Ponieważ zrywa się wiatr, zawracam i idę w kierunku Przełęczy Rozdziele. Tam z reguły nie wieje. Po drodze spotykam dwie sarenki. Idę chyba pod wiatr, bo zamiast uciekać, zmierzają moim kierunku. Zauważają mnie dopiero, kiedy są już bardzo blisko, ale nie uciekają gwałtownie, jak to zwykle bywa, tylko z wdziękiem skręcają w drugą stronę i oddalają się niespiesznie.

W drodze powrotnej w Rytrze zabieram dwójkę młodych turystów. Okazuje się, że spędzili weekend w górach, są w większej grupie i urządzili sobie konkurs, kto pierwszy dostanie się do Starego Sącza. Wcześniej, w Piwnicznej, też mnie zatrzymywali jacyś młodzi ludzie – okazuje się, że to ich koledzy. Nie zabrałam ich, bo stanęli na ostrym zakręcie w miejscu, w którym nie da się zatrzymać. Było mi ich żal, więc dlatego tak ochoczo zatrzymałam się przy tych drugich. Byli bardzo sympatyczni, ale młodzi do bólu i poczułam się przy nich bardzo stara.