Beskid Wyspowy - 15 listopada 2025
Jakiś czas temu wypatrzyłam na mapie miejsce, gdzie jeszcze
nie byłam. To Zbludzkie Wierchy w Beskidzie Wyspowym. Niewielka grupa górska, w skład którego wchodzi kilka wzniesień, w tym cztery nazwane. Najwyższy z nich
to szczyt o tej samej nazwie – Zbludzkie Wierchy (820 m n.p.m.). Potem
Jasiennik (776 m n.p.m.), Kamienne (741 m n.p.m.) i Bystra (670 m n.p.m.). Przechodzi
przez nie czerwony szlak z Kamienicy do Szczawy. To w większości zalesiony
teren, ale u podnóży jest trochę widokowych łąk.
Wymyślam trasę ze Zbludzy – nawet to fajnie brzmi –
Zbludzkie Wierchy ze Zbludzy. To mała wieś, położona nad miejscowością
Kamienica. Taka pętla – najpierw lokalnymi drogami z przysiółka Markówka dojście
do czerwonego szlaku, potem nim na główny szczyt, dalej czerwonym szlakiem w stronę Kamienicy, a za bezimiennym szczytem (787 m n.p.m.) skręt w lewo i drogami lokalnymi powrót w to samo miejsce.
Marek na początku nie był przekonany. Ale że też tam nie był,
a nie miał innego pomysłu, to postanowił się ze mną wybrać.
W takim miejscach jest problem z zostawieniem samochodu, więc zawsze sprawdzam ewentualne możliwości na mapie satelitarnej. Tu było pozornie idealne miejsce, a drugie awaryjne pod sklepem. To pierwsze niestety zostało zastawione wielkimi głazami, żeby tam nie parkować. Pozostał parking pod sklepem. Poprosiliśmy właścicielkę. Była bardzo miła – pozwoliła nam zaparkować nasze autko z tyłu sklepu, tak, żebyśmy nie zajmowali miejsca na parkingu potencjalnym klientom.
Wyruszyliśmy w dobrych humorach. Miało być pochmurnie,
ale pojawiały się przebłyski słońca.
Było, jak na listopad, ciepło i przyjemnie.
.jpg)
.jpg)
Tyle, że droga była niestety błotnista, mimo, że
poprzedniego dnia nie padał deszcz. Szliśmy najpierw kawałeczek asfaltową
drogą, a potem skręciliśmy w lewo, na lokalną ścieżkę. Potem się okazało, że
mogliśmy pójść też tą w prawo.
.jpg)
.jpg)
Nie sprawdziłam w sumie do końca na mapie długości tej trasy
– okazało się dość krótka, bo to były tylko 2 kilometry. Szybko dotarliśmy
do czerwonego szlaku. Postanowiliśmy w związku z tym zdobyć pobliski Jasiennik. Też lokalnymi leśnymi drogami, bez
szlaku (dlatego, jak wyżej wspomniałam, mogliśmy pójść tą drugą drogą).
.jpg)
.jpg)
Jasiennik był pomysłem Marka i to była dobra decyzja, bo
polanka pod szczytem była jedynym ładnym miejscem podczas tej wycieczki. I był
stamtąd widok na Modyń i Ostrą.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Sam szczyt jest położony kawałek od ścieżki, więc odnaleźliśmy
go przy pomocy GPS-u. Jest tam kopczyk kamieni z wystającym z niego kijem.
Tabliczki żadnej niestety nie ma. Ale byliśmy zadowoleni, że wydłużyliśmy sobie
trochę trasę. To jakiej dodatkowe dwa kilometry w obie strony.
.jpg)
.jpg)
Wróciliśmy do szlaku innymi ścieżkami, żeby nie powtarzać
trasy. Wszędzie niestety było błoto. Na szczęście dawało się go obejść lasem.
.jpg)
.jpg)
Zdobyliśmy bezimienny szczyt, położony tuz przy szlaku i dotarliśmy pod główny cel naszej wycieczki, czyli Zbludzkie Wierchy.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Na mapie była zaznaczona ścieżka na szczyt od drugiej
strony. Widziałam to w komputerze. Ale na
mapie w telefonie jej nie było. Czasem tak niestety bywa. Marek wybrał więc
wejście „na krechę”. Jak zwykle przez powalone pnie i kępy młodych jodełek. Ale było niedaleko, a podejście
łagodne. Po chwili byliśmy na szczycie. Tu była tabliczka. No i obowiązkowy
kopczyk z kamieni. Zdaje się, że wszystkie szczyty w okolicy są takimi kamiennymi
pagóreczkami oznaczone.
Byliśmy już głodni, zaczęliśmy myśleć o rozpaleniu ogniska.
Ale na szczycie nikt przed nami tego nie zrobił, więc się trochę baliśmy.
Postanowiliśmy, że znajdziemy lepsze miejsce.
Ścieżka na szczyt rzeczywiście była – jak zeszliśmy nią do szlaku, to nawet była tabliczka, kierująca na szczyt.
.jpg)
.jpg)
Kawałek poniżej znaleźliśmy miejsce, gdzie zdecydowaliśmy się
rozpalić ognisko. Ułożyliśmy mały krąg z kamieni i w jego środku Marek rozpalił
ogień. Trochę drobnych, suchych gałęzi i mieliśmy na czym upiec przyniesioną
kiełbasę. Nie potrzeba wiele, to trwa tylko chwilę – kiedyś upiekliśmy ją na
suchej trawie, bo w okolicy nie było żadnych gałęzi. Poza tym taki malutki
ogień łatwiej ugasić – my oczywiście zalaliśmy go przyniesioną z domu wodą mineralną.
.jpg)
.jpg)
Kiełbasa, świeży chleb, gorąca herbata i coś słodkiego –
wzmocnieni posiłkiem poszliśmy dalej szlakiem. Kawałeczek, do kolejnego
bezimiennego szczytu (787 m n.p.m.). W pobliżu była na mapie zaznaczona
skałka, ale jej tam nie było. Trochę się naszukaliśmy, ale bezskutecznie. Chyba została przeniesiona z jakiejś starej mapy,
bo owszem był tam jakiś kamienisty pagórek – może kiedyś to była nawet skałka,
ale musiała się rozpaść ze starości.
.jpg)
.jpg)
Zaraz za tym miejscem skręciliśmy na ścieżkę w lewo. Potem,
patrząc cały czas w mapę, bo tych ścieżek było sporo, dotarliśmy bez problemów
na łąki w pobliżu przysiółka Łupienice.
.jpg)
.jpg)
Tu drogi były tak błotniste, że szliśmy głównie łąkami.
Niestety, widoki były kiepskie, bo słońce się schowało, a okoliczne wierzchołki
zaczęły chować się w mgłach.
.jpg)
.jpg)
Zeszliśmy w przysiółku Brzęczki. Stamtąd mieliśmy niecałe
pół kilometra do sklepu, gdzie zostawiliśmy samochód. Podziękowaliśmy właścicielce
za parking i wyruszyliśmy w drogę powrotną.
To była krótka wycieczka. Właściwie dłuższy spacer, bo
przeszliśmy tylko 9 kilometrów. Było już bardzo listopadowo, chociaż ciepło.
Cała trasa przebiegała głównie lasem, na szczęście dość ładnym. Tylko to błoto…
Ale wróciliśmy do domu jak zwykle zadowoleni. Zaliczyliśmy coś nowego,
przespacerowaliśmy się, było ognisko… Czegóż można chcieć więcej…
Beskid Wyspowy Zbludzkie Wierchy Zbludza Jasiennik