Beskid Sądecki - 4 stycznia 2021


Ostatni halny skutecznie wymiótł śnieg z gór. Wszędzie jest nieciekawie. Zniechęcona siedzę więc w domu. Ale ileż można czekać na ładną, zimową pogodę! Zmuszam się, żeby gdzieś się wybrać. Postanawiam pojechać do Wierchomli Wielkiej i pójść tym gminnym szlakiem, którym szłam jesienią, tyle że drugą jego częścią, tą prowadzącą na Pustą Wielką (1061 m n.p.m.).

Nawet wyszło słońce i zapowiada się, mimo prognoz pogody niezły dzień, jakkolwiek po szczytach przewalają się chmury. Jadę z  duszą na ramieniu, bo pewnie znowu za Rytrem jak zwykle zrobi się paskudnie. Ale nie. Cały czas świeci słońce, więc jest jakaś nadzieja. W dolinie Wierchomlanki  jest jednak ponuro, chociaż zbocza są oświetlone słońcem. Szkoda, że nie z tej strony, na którą się wybieram. W słońcu tonie ta część szlaku, którą szłam w  paskudnej mgle w listopadzie. Trochę mnie kusi to słońce, ale zaplanowałam Pustą Wielką, więc postanawiam nie rezygnować.

Zostawiam samochód pod cerkwią i idę kawałeczek asfaltem w stronę Wierchomli Małej. Potem szlak skręca na mostek nad Wierchomlanką i pnie się stromo do góry kamienistą, dość szeroką ścieżką, obsadzoną modrzewiami.

W Sączu był przymrozek, więc spodziewałam się, że tutaj ziemia na pewno będzie przymarznięta. Niestety, jest spore błoto. Dopiero na wysokości 900 m pojawia się śnieg, ale właściwie taki symboliczny.


Wychodzę na rozległe łąki. Mam stąd widok na sąsiednie zbocza, nadal oświetlone słońcem. Ale po jakimś czasie po mojej stronie też się pojawia, więc mogę się nim trochę nacieszyć. Jednak, kiedy wchodzę do lasu, znowu chowa się za chmurami.  Szlak z powrotem stromieje, prowadzi niezbyt ładnym lasem, zwłaszcza, że była tu ostatnio prowadzona wycinka.


Wraz ze śniegiem pojawia się mgła. I towarzyszy mi aż na sam szczyt. Śnieg jest brudny i pokryty igliwiem i skorupkami po bukwi.


Szlak dochodzi do czarnego szlaku, prowadzącego z Żegiestowa na Pustą Wielką, i tu się kończy. Dalej idę czarnym, najpierw pokrytą śniegiem stokówką, a potem wąziutką, krętą ścieżką aż na szczyt.


Nie jest to zbyt ładne miejsce, a zwłaszcza dzisiaj. Żadnych widoków, połamane, skarlałe drzewa, poszarzały śnieg, mgła… Nie ryzykuję dzisiaj zejścia stromym zboczem, żeby obejrzeć wychodnie skalne, zwłaszcza, że o tej porze roku nie prezentują się zbyt efektownie.

Tutaj nie ma nikogo. Kiedy zbieram się do powrotu, pojawia się młoda dziewczyna z psem. Przyszła żółtym szlakiem z Żegiestowa. Ponieważ chciałaby wrócić inaczej, doradzam jej zejście czarnym. Co prawda będzie musiała kawałek wrócić żółtym, bo samochód, zamiast przy cerkwi, zostawiła trochę wyżej, ale to tylko jakieś pół kilometra, więc się decyduje.


Ja wracam niestety tak samo, jak przyszłam. Mgła się rozwiewa i nawet chwilami pojawiają się rozbłyski słońca. I ptaki zanoszą się śpiewem, jakby to początek marca był, a nie stycznia.


Okazuje się, że z tych polan nad Wierchomlą jest ładny widok na Tatry. Rano były zasłonięte chmurami, więc tego nie zauważyłam. Teraz też są tam chmury. Dostrzegam jednak ledwie widoczny fragment ostrego szczytu i dociera do mnie, że to Tatry. Ponieważ chmury się szybko przemieszczają, postanawiam chwilę poczekać. Po jakichś pięciu minutach tatrzańskie szczyty są już widoczne w całej okazałości. Taki miły prezent od natury na koniec wycieczki.



Beskid Sądecki Pasmo Jaworzyny Krynickiej Pusta Wielka Wierchomla
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.