GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Żywiecki - 22 kwietnia 2023


Nieodwiedzone rezerwaty Beskidu Żywieckiego straszą na mojej stronie czerwonymi tablicami. Mam w tym roku plany, żeby zmniejszyć ich liczbę. Zaplanowałam sobie nawet, że tuż przed świętami wybiorę się sama na dwudniową samotną wycieczkę, żeby zaliczyć przede wszystkim rezerwat Muńcoł, bo to rezerwat florystyczny, chroniący śnieżyczkę przebiśnieg, więc wypadałoby tam być, kiedy ona kwitnie. Ale warunków nie było, bo ciągle dosypywało nowego śniegu, o czym świadczy nasza świąteczna wyprawa na Turbacz. A poza tym trochę się bałam tam sama jechać – to daleko i w dodatku częściowo przez Słowację. No i ten nocleg… Mało kto chce wynajmować pokój dla jednej osoby na 1 dzień. A poza tym to pakowanie...

Ale ponieważ nękałam w tej sprawie bardzo sympatyczną Panią z Nadleśnictwa Ujsoły, to wypadało jednak pojechać. Zmodyfikowałam plan do jednego dnia i poprosiłam o pomoc Marka. Może wybrałby się ze mną?

Marka nawet nie musiałam prosić – od razu zadeklarował się, że pojedzie. A potem przedstawił mi plan wycieczki – co prawda całkowicie różniący się od mojego pomysłu, ale zdecydowanie lepszy. Bo poza dotarciem do rezerwatu było to całkiem sympatyczne przejście górskie i zdobycie kilku szczytów, w tym Wielkiej Rycerzowej (1226 m n.p.m.). Pomysł bardzo mi się spodobał, bo jechanie taki kawał drogi, żeby „zaliczyć” tylko jeden rezerwat, to raczej niemądre było, no i bardzo nieekonomiczne. Co prawda po drodze mieliśmy zajrzeć do jeszcze jednego, ale plan Marka był zdecydowanie lepszy.

Obiecała z nami pojechać i Lila, więc obydwoje z Markiem byliśmy bardzo zadowoleni.

Wyjechaliśmy o szóstej rano. Trasa prowadziła przez Krościenko, Nowy Targ i Jabłonkę. Potem wjechaliśmy na teren Słowacji. Jechaliśmy tamtędy 40 kilometrów. Na Przełęczy Glinka przekroczyliśmy ponownie granicę i wróciliśmy do Polski. W Glince skręciliśmy na Soblówkę, bo stamtąd mieliśmy wyruszyć. Podjechaliśmy pod kościół. Na parkingu było sporo samochodów, ale znaleźliśmy jeszcze wolne miejsce.



Szliśmy, tak jak Marek zaplanował, niebieskim szlakiem na Przełęcz Kotarz (975 m n.p.m.). Stamtąd zielonym szlakiem na szczyt o nazwie Muńcuł (1165 m n.p.m.). Po drodze miał być rezerwat Muńcoł, główny cel naszej wyprawy. Granica rezerwatu biegnie wzdłuż szlaku, a on sam jest położony na stromym zboczu. Na mapie była zaznaczona ścieżka, przechodząca przez rezerwat, ale okazało się, że żeby do niej dotrzeć, trzeba by było najpierw zejść stromo w dół. Postanowiliśmy dojść najpierw szlakiem na szczyt. A potem tam poszukać ewentualnie wejścia na tę ścieżkę i nią wrócić, przechodząc przez rezerwat.


Śnieżyczek z góry nie było widać. Na szczęście Lila zauważyła jedną mizerną, rosnącą tuż przy szlaku.


Zeszłam w tym miejscu stromym zboczem kawałek i zauważyłam pierwsze kwiatki. Postanowiłam się tam poplątać, a Lila z Markiem poszli w stronę podszczytowej polany. Było ciężko, bo w tym miejscu zbocze było bardzo strome. A przebiśniegi nie rosły, tak jak w Beskidzie Niskim, całymi kępami, tylko pojedynczo, w sporym oddaleniu od siebie. Były dość mizerne, a co za tym idzie mało fotogeniczne, i było ich niewiele. Ale były! I to było dla najważniejsze!


Poza nimi rosło tu mnóstwo ciemiężycy zielonej. Za tydzień będzie tutaj ślicznie. Zaczynała też zakwitać kokorycz pusta. Szłam tym stromym zboczem spory kawałek w stronę szczytu. Kiedy jednak stało się mniej strome, śnieżyczki zniknęły. Wyszłam więc z powrotem na szlak, z dużym poczuciem winy, że przyjaciele muszą na mnie czekać.


Kiedy dotarłam na Kotarz (1107 m n.p.m.), zadzwonił Marek, żeby powiedzieć, gdzie są i którędy dalej idą. Niestety, któreś z nas nie miało zasięgu i nie udało nam się dogadać. Zrozumiałam, że idą wokół polany. Kiedy tam dotarłam, poszłam w stronę bacówki. Znowu zadzwonił Marek. Powiedział, że czekają na mnie na szczycie Muńcuła. Ale kiedy podeszłam do góry na brzeg lasu, szlaku tam nie było. Cóż miałam biedna zrobić! Nauczona doświadczeniem, sprawdziłam najpierw na mapie w telefonie, gdzie jestem. Okazało się, że niedaleko tak od szlaku, jak i od szczytu, więc podobnie jak tydzień temu, wpatrując się w ekran telefonu, i śledząc, czy idę w dobrym kierunku, przedzierałam się na dziko przez powalone pnie i wykroty, i dość szybko dotarłam najpierw do szlaku, a potem do Lili i Marka czekających na mnie na szczycie. Kocham ten wynalazek! Ostatnio to mój najlepszy przyjaciel, dzięki któremu zawsze wracam na właściwą ścieżkę!


Zastanawiam się nad tymi nazwami – dlaczego rezerwat nazywa się Muńcoł i bacówka na podszczytowej polanie nazwana jest Bacówką na Muńcole, a szczyt nazywa się Muńcuł? To bardzo zagadkowe jest.


Robimy sobie jeszcze spacer wokół polany, idziemy pod bacówkę. Są stąd bardzo ładne widoki. Widać m.in. Pilsko.


Schodzimy na Przełęcz Kotarz tak samo, jak weszliśmy. Straciliśmy już dużo czasu, a to co potrzeba, czyli zdjęcia tablic rezerwatu i śnieżyczek, mam, więc rezygnujemy z szukania tej ścieżki, która ma przechodzić przez rezerwat.


Z przełęczy wspinamy się ostro do góry. Idziemy dalej zielonym szlakiem, tyle, że w drugą stronę. Zdobywamy po drodze Wiertalówkę, i dalej idąc do góry, docieramy na skraj Hali Rycerzowej.



Tu się rozdzielamy – Lila idzie żółtym szlakiem pod bacówkę, a my drapiemy się najpierw na Małą Rycerzową (1207 m n.p.m.)., schodzimy w dół i znowu ostro podchodzimy do góry, tym razem na Wielką Rycerzową (1226 m n.p.m.). Tu leży jeszcze śnieg. Jestem bardzo z siebie dumna!



Schodzimy na dół do Bacówki na Rycerzowej, gdzie czeka na nas wypoczęta Lila. Trochę jej zazdroszczę, bo mocno się zmęczyłam, ale musiałam te szczyty przecież zaliczyć! A ona już tu kiedyś była, więc mogła sobie odpuścić.


Jemy w bacówce pyszny żurek, i po krótkim odpoczynku wyruszamy znowu na szlak, tym razem już na dół, żółtym szlakiem do Soblówki. Mamy do przejścia jakieś 5-6 kilometrów. Szlak jest chwilami dość widokowy, no i nie tak błotnisty, jak ten zielony, którym szliśmy do góry.


Po zejściu do samochodu chwila odpoczynku i wyruszamy w drogę powrotną. Przede mną trzy godziny jazdy. A jestem już zmęczona. Ostatecznie wstaliśmy wcześnie, przeszliśmy ponad 17 kilometrów i zrobili 700 metrów przewyższenia. No, ale daję jakoś radę, chociaż liczę każdy przejechany kilometr. Marek mnie wspiera i pilnuje, tak, że bezpiecznie przed zmrokiem dojeżdżamy do Nowego Sącza.

To była kolejna bardzo udana dla mnie wycieczka. Zaliczyłam kolejny rezerwat, i to w optymalnym terminie, poznałam całkiem nieznany mi fragment Beskidu Żywieckiego, no i zdobyłam aż pięć szczytów! Ale pewnie by mi się to nie udało, gdyby nie moi przyjaciele. Dziękuję!



Beskid Żywiecki Wielka Rycerzowa Mała Rycerzowa Wiertalówka Kotarz Muńcuł Soblówka
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.