GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Magura Spiska - 25 lutego 2025


Ostatnio, zwłaszcza po wejściu na Wietrzny Wierch (Veterný vrch - 1111 m n.p.m.), zainteresowałam się Magurą Spiską i jej atrakcjami. Błądząc myszką po mapie i szukając pomysłów na wycieczki w to pasmo górskie, znalazłam ścieżkę turystyczną pomiędzy Podolińcem a Wyżnymi Rużbachami (Vyšné Ružbachy), o nazwie „Rekreačný chodník Sovia pol'ana”. Można do niej dość z uzdrowiska Vyšné Ružbachy dwoma szlakami – żółtym i zielonym. Czyli zrobić ładną pętlę. Wyliczyłam, że to będzie razem z przejściem ścieżki jakieś 12 kilometrów.

Marek oczywiście zaakceptował pomysł, bo nasze wycieczki na Słowację bardzo mu się podobają. A jak potem się okazało, że nigdy jeszcze w tym uzdrowisku nie był, to pomysł na wycieczkę okazał się jeszcze bardziej trafiony.

Pogoda miała być piękna i bardzo słoneczna – już cieszyliśmy się, że będziemy mieć udany dzień.

Rano niestety przywitała nas mgła. Ale tak miało być, więc nie przejęliśmy się zbytnio, chociaż w tyle głowy zapaliła mi się czerwona lampka, bo boleśnie jeszcze pamiętałam naszą styczniową wyprawę w słowackie Tatry. Też miało być słońce, a cały dzień mieliśmy mgłę i zero widoków.

Za Starym Sączem zrobiło się pięknie. Co z tego, jak w Rytrze było już znowu paskudnie. Przełęcz Vabec i Stara Lubowla (Stará Ľubovňa) tonęły w gęstej mgle. Miałam coraz gorsze przeczucia. W Wyżnych Rużbachach było zimno, no i oczywiście mgliście.

Parkingi w uzdrowisku są płatne – 3 euro za dzień. Byliśmy na to przygotowani. Marek wziął drobne. Ale parkometr był nieczynny. Poddaliśmy się po chwili bezskutecznej próby uruchomienia go. Ale była też inna opcja – przy pomocy aplikacji, której żadne z nas nie miało, albo przez stronę internetową, której adres był podany. Ta opcja była mi znana, więc postanowiliśmy spróbować. Ba, łatwo powiedzieć! Okazało się, że nie mam Internetu w telefonie. Marek miał, ale nie zabrał ze sobą karty płatniczej. Więc zrobiliśmy to wspólnymi siłami – Marka telefon, moja karta. To trochę skomplikowane było, bo trzeba było jeszcze na mapie Słowacji wyszukać ten parking, kliknąć w niego i dopiero można było rozpocząć procedury płatnicze. Dla młodych ludzi to bułka z masłem, my trochę się spociliśmy… Ale i tak byliśmy z siebie dumni!



Idziemy najpierw na krótki spacer. Wyżne Rużbachy (Vyšné Ružbachy), a właściwie Drużbaki Wyżne (chyba to jest właściwa polska nazwa tego miejsca, ale jakoś nie mogę się do niej przekonać) to miejscowość uzdrowiskowa, w której znajdują się lecznicze, ciepłe źródła. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z XIV wieku, choć podobno ten teren był już zasiedlony w czasach paleolitu. Uzdrowisko powstało już w XV wieku, a w wieku XVI, za czasów, kiedy tymi terenami zaczęli władać Lubomirscy, bo Wyżne Rużbachy wchodziły w skład zastawu spiskiego i od 1412 roku aż do rozbiorów należały do Polski, rozkwitło i cieszyło się dużą popularnością. Podupadło po rozbiorach, gdyż stało się własnością państwa i nie miał kto o nie zadbać. Dopiero, kiedy w XIX wieku przeszło na własność rodziny Zamojskich, zaczęło się z powrotem rozwijać. Zwłaszcza pod zarządem ostatniego z nich, który tuż przed II wojną światową doprowadził uzdrowisko do dawnej świetności. Zbudował m.in. na trawertynowych skałach ekskluzywny Biały Dom, kopię jednego z pałaców w Monte Carlo, jako prezent dla swojej żony, hiszpańskiej księżniczki Izabeli Burbon, Do dziś jest on ozdobą uzdrowiska. 


Lecznicze wody uzdrowiskowe należą do rodziny wód mineralnych hydro-węglanowo-síarczanowych i wapniowo-magnezowych. Woda w nich ma temperaturę do 34 stopni. Leczone są tu choroby układu nerwowego, choroby płuc i narządów ruchu. Jest to także znana miejscowość wypoczynkowa. Są tu wyciągi narciarskie, tak że można tu przyjechać także zimą.   


Ogromną atrakcją uzdrowiska jest największe na Słowacji jezioro trawertynowe o nazwie Krater, o średnicy 20, a głębokości 3 metrów. Na terenie uzdrowiska jest także kilka innych, podobnych "kraterów", ale są wyschłe.


Po przejściu przez starą część uzdrowiska wyruszamy na szlak. Postanawiamy pójść teraz żółtym szlakiem, a wrócić zielonym.



Początkowo prowadzi on lasem. Niestety ziemia już rozmarzła i jest tu dość błotniście. Z ulgą wychodzimy na łąki. Zapewne bardzo widokowe, teraz toną we mgle. Mamy jednak nadzieję, że się rozejdą, bo zaczyna się przez nią przebijać słońce, a chwilami nawet błękit nieba.


Docieramy do miejsca, w którym jest odejście z naszego szlaku na ścieżkę. Musimy podjąć decyzję, jak idziemy dalej. Na „Rekreačný chodník Sovia pol'ana” można pójść albo w górę, albo w dół, bo tworzy on pętlę. Ja zaplanowałam, na co Marek wyraził zgodę, najpierw dojść jeszcze kawałek żółtym szlakiem do góry. Jest tam miejsce o nazwie Sovia pol'ana. Ostatecznie od niej wzięła się nazwa tej ścieżki. Poza tym jest tam na mapie zaznaczona stara sztolnia. A stamtąd podejść jeszcze na górujący nad nami szczyt. To Veľká Kýčera  (966 m n.p.m.). Nie ma tam co prawda szlaku, ale jakaś droga na mapie zaznaczona jest… Co prawda nie na sam szczyt, ale powinniśmy sobie dać radę…


Idziemy więc do góry. Nad nami błękitne niebo, świeci słońce, chociaż cały czas snują się malownicze mgły. Docieramy na niewielką polanę. To wspomniana wyżej Sovia pol'ana. Tu żółty szlak się kończy. Dalej można pójść niebieskim w dwie strony. Wrócić do uzdrowiska Vyšné Ružbachy, albo dojść aż do Zdziaru (Ždiar),


Zaczynamy przy pomocy GPS-u szukać sztolni, położonej gdzieś w pobliżu polany. Znajdujemy… Trzy wgłębienia w ziemi… Ale to właśnie te sztolnie są! Cóż… Przynajmniej zaspokoiliśmy ciekawość…


Odszukujemy teraz właściwą ścieżkę i nią wspinamy się do góry. W lesie nadal jest mglisto, ale to w połączeniu ze słońcem daje piękny efekt.


Docieramy do punktu widokowego. Mamy tu piękne słońce i zero widoków, bo mgła łączy się tu z niebem. Ale i tak mamy szczęście, bo po chwili wyłaniają się z niej czubki najwyższych szczytów Gór Lewockich (Levočské vrchy).


Odpoczywamy, jemy drugie śniadanie i idziemy granią w stronę szczytu. Tu już nie ma ścieżki, ale jelenie mocno wydeptały wysokie trawy w zaroślach, więc idzie się dobrze. Tylko ostatni, króciutki odcinek musimy pokonać, przedzierając się przez las, bo zdaje się na szczyt nikt nie wchodzi. A szkoda, bo warto. To skalisty, bardzo widokowy wierzchołek.



Jest z niego piękny widok na Tatry i dalszą część Magury Spiskiej. Mamy szczęście, bo wyłaniają się chwilami z mgieł. Jest tu zapewne też piękny widok na wspomniane już Góry Lewockie, które dzisiaj niestety toną we mgle. Obydwoje jesteśmy szczęśliwi, że zadaliśmy sobie trud i tu weszli. Zwłaszcza, że żadne z nas nie oczekiwało, że będzie tu tak pięknie. No i że zobaczymy stąd Tatry.


Schodzimy na dół nadal mglistym i prześwietlonym słońcem lasem. A potem wchodzimy na ścieżkę. Jest oznaczona podobnie jak ścieżki u nas, ale znak jest bardzo duży.



„Rekreačný chodník Sovia pol'ana” powstał całkiem niedawno, bo dopiero w 2021 roku, zdaje się dzięki leśnikom z pobliskiego Podolińca (Podolínec). Jego długość to nieco ponad 5 kilometrów. Można na tę ścieżkę wejść od strony Podolińca (dużo krótsza trasa), albo od strony Wyżnych Rużbachów, tak, jak my. Jest to bardzo urokliwa ścieżka, poprowadzona głównie trawersami lub granią. Na uwagę zasługują rosnące tu wspaniałe, ponad stuletnie jodły. Dawno takich nie widziałam w takiej ilości. Na trasie jest sporo atrakcji. Najpierw docieramy do widokowej polany, na której jest wiata dla turystów. Można tu rozpalić ognisko. Są przygotowane gałęzie. Znowu żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą kiełbasy! Miło by tu było posiedzieć sobie przy ognisku.



Po kolejnych kilkunastu minutach docieramy do grupy skałek. Największa z nich to "Sovia Skala". Jest bardzo efektowna, ale o tej porze dnia trudno ją sfotografować, bo jest pod słońce. A od drugiej strony zasłaniają ją drzewa.


Po chwili marszu docieramy do punktu widokowego. Są tu ławeczki i widok na piękny szczyt. To Špičák (1051 m n.p.m.). Także leżący w paśmie Magury Spiskiej.


Po chwili odpoczynku wspinamy się do góry i idziemy teraz pięknym, graniowym szlakiem. Obydwoje jesteśmy pod coraz większym urokiem tej ścieżki. Leśnicy z Podolińca zasłużyli na medal!



Po drodze mijamy spora ładnych skałek i kolejną atrakcję tej ścieżki. To niesamowite drzewo. Jodła. Widziałam jej zdjęcie w Internecie. Ktoś nazwał ją Nosorożcem. Sama bym na to nie wpadła, ale rzeczywiście się z tym zwierzęciem bardzo kojarzy.


Potem schodzimy ostro w dół, i docieramy do miejsca, gdzie szlak się rozwidla. Można nim zejść do kolejnej wiaty dla turystów. Nosi nazwę Ferová Búda. To też jedno z dwóch wejść na tę ścieżkę od strony Podolińca.



My przechodzimy przez mostek i ładnym, widokowym terenem idziemy w stronę kolejnej, ostatniej już atrakcji. To "Jaskyňa v Čube". Jaskinia ma 18 metrów długości. Można do niej wejść, więc wchodzimy, co prawda, tylko kilka metrów, bo później jest już zdecydowanie ciaśniej. Bardzo nam się ta jaskinia podoba, więc robimy sobie w niej sesję fotograficzną. Nawet całkiem udaną.



Kawałek za jaskinią musimy podjąć decyzję, którędy wracamy. Możemy iść dalej ścieżką i dotrzeć nią do trasy rowerowej (idzie tamtędy też zielony szlak pieszy) łączącej Podoliniec z Wyżnymi Rużbachami albo leśną drogą dojść do łąk, którymi prowadzi żółty szlak i którym szliśmy rano. Decydujemy się na tą drugą opcję, bo droga, którą prowadzą zielony i rowerowy szlak, wydaje się nam nudna.


Drapiemy więc ostro do góry, a nawigacja ciągle nam sugeruje, że to nie ta ścieżka. Plątamy się więc po lesie, bo są tam jakieś ślady ścieżek, ale to ciągle nie to. W końcu postanawiamy zaufać własnemu instynktowi i wracamy na tę pierwszą, którą zaczęliśmy wchodzić. I to dobra decyzja, bo po przejściu 100 metrów mapa pokazuje, że teraz idziemy dobrą trasą.


Kiedy wychodzimy na łąki, to wita nas tam lodowaty wiatr i mgła (hmla). Dużo większa, niż rano! Okazuje się, że na dole cały dzień utrzymały się mgły i było paskudnie. A my mieliśmy taką piękną pogodę wyżej!

Jest już dość późno, więc idziemy szybko, zwłaszcza, że jest zimno. Błoto po wejściu w las jest też większe, niż było rano. No, ale musimy pokonać ten na szczęście niedługi odcinek. Na dole jest jeszcze trochę śniegu, więc udaje nam się trochę odczyścić buty.

To była kolejna świetna wycieczka. W sumie to pogoda na swój sposób się nam udała. Te mgły były malownicze. Szkoda tylko, że nie mieliśmy słońca w uzdrowisku. Całkiem nowa, bardzo piękna trasa – przeszliśmy w sumie jakieś 13-14 kilometrów, zaliczyliśmy przepiękną ścieżkę, na której było sporo atrakcji, zdobyliśmy widokowy szczyt bez szlaku, no i Marek zobaczył Wyżne Rużbachy. Wracamy bardzo zadowoleni do domu. Mgła na trasie jest na szczęście mniejsza niż rano, ale szadź na Przełęczy Vabec się utrzymała, czyli, że rzeczywiście cały dzień było ponuro. Znowu mieliśmy szczęście!



Magura Spiska Wyżne Rużbachy
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.