GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Trybecz i Góry Strażowskie - 15 maja 2025


Dzisiaj niestety nie mamy chyba szczęścia. Zrobiło się chłodno i leje. Niby wracamy, ale po drodze mamy w planie trzy atrakcje do zobaczenia. Pałac i park w miejscowości Topoľčianky, ruiny zamku Hrušov i spacer na Vápenný vrch w okolicach miejscowości Skýcov, na którym jest wieża widokowa.

Pakujemy się i żegnamy z naszym gospodarzem. Jedziemy do Topoľčianek. Po drodze mijamy Zlaté Moravce. To nieduże powiatowe miasto. Zatrzymujemy się w nim na chwilę, zwłaszcza, że przestało padać. Oglądamy z zewnątrz kasztel pochodzącej z Włoch rodziny Migazzi, w którym mieści się obecnie muzeum (Ponitrianské múzeum – stála expozícia Zlaté Moravce). Rodzina ta pełniła chyba ważną rolę w życiu  miasta, ale nie udało mi się dowiedzieć, kiedy i dlaczego się tutaj pojawiła, mimo, że sporo się naszukałam. Ostatnim męskim potomkiem rodu był hrabia Viliam Migazzi, będący wojewodą (żupanem) Tekova (Dolnego Pohronia). Miał ponoć 6 córek. Zbudował tutaj w 1887 roku dla siebie i swojej żony neogotyckie mauzoleum. Ponoć warte zobaczenia.


Dwór był najprawdopodobniej zbudowany w XVII wieku w stylu renesansowym. Został jednak przebudowany przez Christopha Migazzi, kardynała i arcybiskupa Wiednia w 1789 roku. Jego herb znajduje się na ścianie szczytowej budynku. To także dzięki niemu powstał naprzeciwko barokowo- klasycystyczny kościół pw. św. Michała Archanioła, zbudowany w 1785 roku.


Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się pod pałacem w Topoľčiankach. Na szczęście przestało padać. Docieramy przez park pod boczne wejście, w którym znajduje się kasa biletowa. Wielu chętnych do zwiedzania nie ma. Poza nami tylko jeszcze dwie Słowaczki.

Od samego początku byłam rozżalona, bo nie wolno było robić zdjęć. Z reguły każą płacić, często tyle co za bilet, albo nawet drożej, ale pozwalają. Tu niestety nie.


Pałac (kaštiel) w Topoľčiankach jest dużym pałacem, składającym się z dwóch części – renesansowej i klasycystycznej. Jest otoczony dużym angielskim parkiem. Kiedyś w tym miejscu znajdował się gotycki zamek.  Został on znacznie przebudowany w wiekach XVI i XVII.  Powstał wtedy czteroskrzydłowy budynek z arkadowym dziedzińcem, otoczony fortyfikacjami i bastionami, które miały mu zapewniać ochronę przed tureckimi najazdami.

Na początku wieku XIX ówczesny właściciel, hrabia Ján Keglevich kazał zburzyć południowe skrzydło zamku, a na jego miejscu stanęła reprezentacyjna, klasycystyczna budowla. Pewnie wtedy też powstał park.


W 1890 roku pałac stał się letnią rezydencją Habsburgów. Kiedy po I wojnie światowej powstała Czechosłowacja, a Habsburgowie opuścili Topoľčianky w pośpiechu, zostawiając całe wyposażenie pałacu, przejęło go ministerstwo rolnictwa.

Od 1923 roku był on własnością kancelarii prezydenckiej i stał się letnią rezydencją prezydenta Republiki T. G. Masaryka, któremu bardzo się tu podobało i często tutaj bywał.

Obecnie w renesansowej części zamku mieści się hotel, a ta późniejsza, klasycystyczna została zamieniona w muzeum.

Są tu prezentowane meble i przedmioty, stanowiące dawne wyposażenie pałacu. Ale nie podoba nam się do końca ich sposób ekspozycji. Zwykle ogląda się wnętrza pałacowe, gdzie można sobie wyobrazić dawne życie ich mieszkańców. Tu zbiory są bardzo bogate i ciekawe, ale poukładane po obu stronach sal, przez które przechodzimy, tak jak na ekspozycji w zwykłym muzeum.

Tylko gabinet Masaryka wygląda tak, jak w czasie, kiedy tu przebywał. No i biblioteka, ale do niej właściwie nie możemy zajrzeć. Nawet przez kratę, którą jest zabezpieczona. Przewodniczka otwiera bowiem małe drzwi, za nią jest krata. A my możemy przez nią patrzeć na kratę z odległości dwóch metrów. Czyli, że widzimy, że jest to biblioteka. I nic więcej. Wiem, że zgromadzone tam zbiory są cenne i trzeba je chronić, ale chyba nic by się nie stało, żeby można było przynajmniej do tych krat podejść.


Po obejrzeniu muzeum idziemy do parku. Nadal nie pada, a nawet troszkę się rozjaśniło. Jest tu bardzo ładnie. Docieramy na skraj parku, albo raczej do jego „dzikiej” części. Powyżej jest winnica. W sumie, to pierwsza, jaką widzimy, a okolice Nitry słyną z winnic i produkcji wina. Tu także jest produkowane. Firma Chateau Topoľčianky została założona w 1933 roku. Ale winorośl zaczęto tu uprawiać już na początku XVIII wieku. Hrabia Keglevich de Busin sprowadził wtedy wykwalifikowanych pracowników z jego rodzinnej Dalmacji i zaczęli oni tworzyć pierwsze winnice.

Po II wojnie światowej tradycje winiarskie w Topoľčiankach podupadły. Odrodzenie winiarstwa nastąpiło dopiero w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy to winnice wraz z piwnicami przeszły znowu w prywatne ręce.


W zamkowo-parkowym kompleksie znajduje się również założona w 1921 roku słynna państwowa stadnina koni i szkoła jeździecka. W Topoľčiankach można też zwiedzić muzeum hipologiczne, które ma ponoć bogate zbiory eksponatów związanych z jeździectwem.

Niedaleko Topoľčianek (około 6 km), we wsi Lovce, znajduje się zwierzyniec, w którym od 1958 roku hoduje się żubry. Przez ten teren jest poprowadzona ścieżka dydaktyczna. Ale żubry można zobaczyć głównie podczas karmienia.


W trakcie naszego spaceru pojawiają się ciemne chmury, a potem zaczyna intensywnie padać. Z trudem docieramy do samochodu. I zapominamy, że mieliśmy zamiar kupić tutejsze wino. Trochę szkoda.

Następnym punktem programu miały być ruiny zamku Hrušov z XIII wieku. Równie ciekawe jak oglądane wczoraj ruiny zamku Gýmeš. Niestety jedynie miały! Bo leje tak strasznie, że żadne z nas nie odważy się wysiąść z samochodu. To niedaleko – raptem pół godziny w jedną stronę, ale w takich warunkach to nie ma sensu. Siedzimy więc w samochodzie, dojadamy resztę upieczonego przez mnie na tę wyprawę ciasta i mamy nadzieję, że może jednak przestanie padać… Nasza nadzieja jest jednak płonna, więc z żalem ruszamy dalej…

Kolejna na liście jest ścieżka edukacyjna w okolicach miejscowości Skýcov, prowadząca na wzgórze o nazwie Vápenný vrch. Jest tam wieża widokowa i piękne widoki na okolice. Ale leje tak samo… Znowu rezygnujemy. A tam mogły rosnąć jakieś ciekawe roślinki! Zresztą na zamkowym wzgórzu też!

Kiedy docieramy do drogi nr 64, to zaczyna się rozjaśniać. A potem przestaje padać. Zerkam na mapę w telefonie i postanawiam uratować ten dzień. W górach Trybeczu nic już nie zobaczymy, bo zostały za nami, ale można by spróbować zobaczyć coś po drodze. Wpadam na fajny pomysł. Kiedy będziemy przejeżdżać brzegiem Gór Strażowskich (Strážovské vrchy), to można skręcić w lewo i obejrzeć malowaną wieś Čičmany. To niedaleko. Marek podchodzi nieufnie do mojego pomysłu. Już nie pierwszy raz podczas tego wyjazdu burzę jego precyzyjne plany. Ale jak dociera do niego, że to tylko 7 kilometrów, to nawet zapala się do tej myśli. Zwłaszcza, że jest tam szansa na obiad…

Niestety, jak wjeżdżamy na drogę tam prowadzącą, zaczyna znowu padać deszcz. A im dalej jedziemy, tym jest gorzej. Ale Marek nie zamierza zawrócić. Kiedy stajemy pod gospodą w Čičmanach, to z nieba leci już śnieżna krupa! Te kilka metrów dojścia z samochodu do budynku jest bolesne, bo na dworze są tylko 2 stopnie! A my jesteśmy lekko ubrani!


Ale już przejazd przez Čičmany zrobił na nas ogromne wrażenie. Poza nami jest tu pusto, więc szybko zostajemy obsłużeni. Jedzenie jest bardzo smaczne. Kończę jak zwykle szybciej, a ponieważ przestało padać, to idę do samochodu i wyciągam wszystko, co tylko można na siebie włożyć, żeby przetrwać to zimno. Idę na spacer. Chwilami nawet zaczyna wyglądać słońce. Potem dołączają do mnie moi przyjaciele.


Čičmany to stara wieś. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z roku 1272. W XVIII wieku była to spora miejscowość. Mieszkańcy zajmowali się głównie hodowlą owiec i wyrobem bryndzy. Latem część z nich wyruszała za pracą na Nizinę Naddunajską. W zimie mężczyźni trudnili się też wyrębem drzewa. No i wyrabiano tu słynne papucie, które były sprzedawane na targach i jarmarkach. Czasem nawet w bardzo odległych miejscowościach.


Malowanie domów wapnem jest w Europie popularne. Miało to różne cele – chroniło przed słońcem, pełniło funkcje dezynfekcyjne, no i często magiczne – miało chronić przed nieszczęściem. Ale taka malowana wieś to rzadkość.


Jeszcze w XIX wieku tutejsze domy były malowane znacznie oszczędniej – głównie w narożnikach. Zmiana nastąpiła po pożarze, jaki tu miał miejsce w 1921 roku. Znany nam już dobrze architekt, Dušan Jurkovič, m.in. twórca cmentarzy wojennych w Beskidzie Niskim, opracował plan odbudowy wsi i stworzył projekty domów w oparciu o tutejszą tradycję. Wtedy domy pokryły się całe malunkami. Obecne wzory na budynkach nawiązują do haftów w tradycyjnym stroju čičmańskim. Po jakimś czasie bledną i są wtedy odtwarzane przez gospodynie. Chociaż już nie używają one do tego celu wapna, a farb lateksowych.


Čičmany stały się jednym z symboli kultury ludowej na Słowacji, w 1977 roku wioskę ogłoszono pomnikiem ludowej architektury, a 36 domów otrzymało status narodowych pamiątek kultury. Ale malowanych domów jest tu znacznie więcej, bo około 130. Malowane są też zabudowania gospodarcze. Mnie udało się wypatrzeć nawet malowaną wygódkę!


Wizyta w tym pięknym miejscu powetowała nam wcześniejsze niepowodzenia. No i uzupełniliśmy naszą znajomość Gór Strażowskich, bo choć już po nich chodziliśmy kilka lat temu, to tutaj nie dotarliśmy.

Ruszamy dalej. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscu, na które dostałam namiary. Miał tam rosnąć miodokwiat krzyżowy (Herminium monorchis), niezwykle rzadka roślina. W Polsce rośnie tylko na jednym stanowisku w Dolinie Rospudy. Co prawda podejrzewałam, że go nie znajdziemy, bo kwitnie raczej w czerwcu, ale postanowiliśmy się tam zatrzymać, bo stanowisko było tuż przy drodze. Niestety, pech powrócił. Było to ogrodzone pastuchem elektrycznym pastwisko. I pasło się na nim stado krów. Był zakaz wstępu i maty dezynfekcyjne przy wjeździe. Dotarło do nas, że na Słowacji panuje przecież pryszczyca. Dobrze, że nie zaryzykowaliśmy, bo skutki naszego tam wejścia mogły się dla nas źle skończyć. Mandat mógłby być niesamowicie wysoki. O ile Słowacy nie kazaliby nam zapłacić za te wszystkie krowy, które się tam pasły, bo ostatecznie mogliśmy wnieść na teren pastwiska wirusa pryszczycy i trzeba by je było wybić!


Ale nie mogę narzekać, bo poza wszystkimi pięknymi miejscami, które widzieliśmy, to z botanicznego punktu widzenia ta wycieczka okazała się dla mnie niezwykle udana – jeszcze nigdy nie przywiozłam z naszych słowackich wypraw tyle nowych dla mnie gatunków roślin. Bo tym razem było ich aż 14.

Marek zaplanował krótki postój w Szczyrbie (Štrba).Było co prawda przeraźliwie zimno, ale widok na Tatry był piękny!

Lila z Markiem też byli z wyjazdu w okolice Nitry bardzo zadowoleni. Zwłaszcza podobała im się nieplanowana wizyta w Čičmanach. Było super!



Góry Strażowskie Trybecz
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.