Ujście Gorlickie, Kwiatoń, Skwirtne, Regietów, Smerekowiec i Gładyszów - Beskid Niski - 21 listopada 2020


Od paru dni kusi mnie, aby zrobić sobie kontynuację zeszłorocznej, listopadowej wycieczki po cerkwiach Beskidu Niskiego. Zasiadam więc nad mapą i rozpoczynam planowanie. Po dwóch samotnych wycieczkach w tamte tereny, mam nadzieję, że już trochę je poznałam i nie będę się błąkać.

Postanawiam tym razem zajrzeć do Ujścia Gorlickiego, Kwiatonia, Skwirtnego, Regietowa, Smerekowca i Gładyszowa. Dodatkowo zrobić sobie spacer. Ze Smerekowca w stronę Magury Małastowskiej idzie zielony szlak. Do schroniska na Magurze najprawdopodobniej nie zdążę dojść, bo dzień jest krótki, ale postanawiam dojść do skrzyżowania Nad Przysłupem. Tutaj dochodzi żółty szlak z Ujścia Gorlickiego. Są tu łąki, więc mogę ewentualnie po nich pospacerować. I wrócić niestety tą samą drogą, bo innej alternatywy nie ma.

Pogoda zapowiadana jest dobra, chociaż ma być chłodno, ale za to słonecznie.

Dojeżdżam bez problemów do Czarnej, bo ten fragment trasy mam już dobrze opanowany. Tu postanawiam włączyć nawigację w telefonie, żeby się czuć pewnie. Ostatnio działała bez zarzutu. Bo jej nie potrzebowałam. Teraz nie działa w ogóle. Nawet mapy się nie wyświetlają. A ja papierową mapę wraz z pracowicie przygotowaną mapką przejazdu zapomniałam oczywiście zabrać z domu. Trudno, muszę sobie jakoś poradzić. Najwyżej będę błądzić.

Ale bez żadnych problemów docieram do Ujścia Gorlickiego. Jak się dowiedziałam, Ujście Gorlickie było w XVI wieku parafią prawosławną. I była też tu cerkiew. Po Unii Brzeskiej ludność przeszła na grekokatolicyzm. Po dawnej świątyni zachowała się tylko ikona św. Paraskewy, będąca częścią ikonostasu. Znajduje się obecnie w Muzeum Historycznym w Sanoku.

Istniejąca cerkiew powstała w wieku XVIII. To cerkiew greckokatolicka pw. św. Paraskewy. Zbudowana jest w stylu zachodniołemkowskim. We wnętrzu zachował się XVIII-wieczny ikonostas. Po Akcji „Wisła” świątynię przejęli katolicy, ale od 1956 roku były w niej także czasem odprawiane nabożeństwa greckokatolickie, organizowane przez księdza Wasyla Hrynyka, inicjatora odrodzenia duszpasterstwa obrządku wschodniego w Polsce. Obecnie katolicy mają swój kościół, a cerkiew należy wyłącznie do grekokatolików.

Jadę do Kwiatonia. Tu znajduje się, bezcenna, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, dawna łemkowska cerkiew greckokatolicka, także pw. św. Paraskewy. Powstała w II poł XVII w. W środku piękna polichromia i ikonostas z 1904 roku, autorstwa Michała Bogdańskiego. I chór, rzadko spotykany w cerkwiach, z unikatową, rzeźbioną arkadowo balustradą. W zakrystii płaszczenica. A najstarszym zabytkiem jest, odnaleziona podczas ostatniego remontu, 400-letnia ikona, zdobiąca obecnie ołtarz świątyni.

Po Akcji „Wisła” cerkiew była użytkowana przez katolików. Obecnie korzystają z niej także grekokatolicy.

Na drzwiach świątyni kartka „Zaraz wracam”. Nawet mi do głowy nie przychodzi na nią zwracać uwagi. Pewnie wisi tu od lata. Obchodzę cerkiew dookoła, robię kilka zdjęć. Kiedy wracam, drzwi są otwarte. Nieśmiało zaglądam do środka. Może przyszedł ktoś posprzątać?

Jakież jest moje zdziwienie, kiedy wychodzi mi naprzeciw przewodnik z identyfikatorem na szyi. Przyszedł tu specjalnie dla mnie. Mieszka obok, zauważył jak podjeżdżam na parking i wychodzę z aparatem. Wita mnie serdecznie. Opowiada o cerkwi. Ma bardzo dużą wiedzę. Zaczynamy rozmawiać o historii tych terenów i stosunków polsko-rusińskich. Okazuje się, że ma takie same poglądy na ten temat jak ja. Wdajemy się więc w dłuższą rozmowę. Potem doradza mi, jak pojechać dalej, żeby objechać wszystkie zaplanowane przeze mnie miejscowości. Jestem pod wrażeniem jego wiedzy i życzliwości. Wyszedł z domu i otworzył mi cerkiew, chociaż niedawno przeszedł koronawirusa i na pewno jeszcze nienajlepiej się czuje. Ukradkiem zerkam na identyfikator. Zapamiętuję nazwisko. Po powrocie wpisuję w wyszukiwarkę. Ale raczej pewna, że niczego nie znajdę. Bardzo się jednak mylę, bo o przewodniku z Kwiatonia jest kilka artykułów! Okazuje się że pan Jan Hyra jest postacią bardzo znaną. To pasjonat, dlatego nic więc dziwnego, że od razu poczułam do niego sympatię. Od wielu lat opiekuje się cerkwią w Kwiatoniu. Był inicjatorem jej remontu. To m.in. dzięki niemu tak wspaniale teraz wygląda. Został przez mieszkańców Małopolski wybrany jednym z „Ludzi Roku 2014”, a niedawno za swoją wieloletnią pracę na rzecz cerkwi w Kwiatoniu został wyróżniony w ramach nagrody im. Mariana Korneckiego, przyznawanej opiekunom zabytków. Cieszę się, że miałam przyjemność Go poznać.

W Kwiatoniu jest jeszcze druga cerkiew. Powstała przed wojną. Należała do wyznawców prawosławia. Po 1947 roku służyła jako magazyn, obecnie wróciła do kościoła prawosławnego, została odnowiona i służy jako miejsce kultu.


Zgodnie z radą przewodnika, skręcam na Skwirtne. Tu znajduje się dawna cerkiew greckokatolicka pw. św. Kosmy i  Damiana. Została wybudowana w I poł. XIX wieku. Obecnie służy jako kościół rzymskokatolicki. Na cmentarzu przy świątyni stare, zabytkowe nagrobki.

Stamtąd jadę do Regietowa. Liczę, że na pastwiskach obok stadniny będą koniki. Niestety, jest to złudna nadzieja.


Regietów, podobnie jak Gładyszów, ma ciekawą historię. Część tutejszej ludności w 1930 roku, podczas tzw. schizmy tylawskiej, przeszła z grekokatolicyzmu na prawosławie. Istniejącą tu wtedy kaplicę przebudowano, tworząc cerkiew. Po wysiedleniu ludności łemkowskiej stała pusta. W 1957 roku została odzyskana przez wyznawców prawosławia. Została rozebrana z powodu złego stanu technicznego, a w 2008 roku wybudowana została nowa cerkiew. Kiedy obok niej przejeżdżam, trwa właśnie nabożeństwo. Cerkiew jest pw. św. Michała Archanioła. Akurat dzisiaj, 21 listopada przypada jego święto.

Kolejny przystanek robię w Smerekowcu. Tu stoi okazała, murowana dawna greckokatolicka cerkiew pw. św. Michała Archanioła. Zbudowana na początku XIX wieku, w stylu tzw. józefińskim. Zbyt ładna nie jest. Ale w środku ma bogatą polichromię i ładny ikonostas z końca XIX wieku.

Smerekowiec też był przed wojną w większości rusiński – mieszkali tu grekokalolicy, którzy też w sporej części ,przeszli w 1930 roku na prawosławie. Oczywiście po wojnie wszyscy zostali wysiedleni, na „szczęście” dla nich, tylko na Ziemie Odzyskane. W latach 50. część wróciła. Korzystają z cerkwi – udało mi się wejść do środka, bo katolicka sprzątaczka robiła akurat porządek po ich nabożeństwie ku czci św. Michała Archanioła. Ale czy to są grekokatolicy czy prawosławni, to nie wiem.


Znajduje się tu jeszcze cmentarz wojenny nr 56 z I wojny światowej, więc się zatrzymuję, zwłaszcza, że zwykle w listopadzie odwiedzaliśmy te cmentarze z moimi przyjaciółmi. Projektantem cmentarza jest wspominany już przeze mnie wielokrotnie Dušan Jurkovič.  Na cmentarzu obok sporo starych nagrobków, więc też zaglądam.

Stamtąd jadę do ostatniej zaplanowanej na dzisiaj cerkwi. W Gładyszowie. Cerkiew zbudowana w stylu, jaki najbardziej mi się podoba, na planie krzyża greckiego. Wzniesiono ją tuż przed wojną. Należała do grekokatolików. Po wysiedleniu Łemków używali jej katolicy, ale w 1985 roku świątynia wróciła do kościoła greckokatolickiego.

Tak w Gładyszowie, jak i Regietowie mieszka obecnie sporo Rusinów. Świadczy o tym to, że są właścicielami cerkwi. I tabliczki z nazwami miejscowości są dwujęzyczne.

Całkiem przez przypadek, bo zauważam koniki na pastwisku, i idę w tamtym kierunku, docieram do dawnej kaplicy greckokatolickiej, pw. Narodzenia św. Jana, zbudowanej pod koniec XIX wieku. Po pożarze cerkwi w 1914 roku, kaplica została rozbudowana i przejęła rolę spalonej świątyni. Obecnie jest to cerkiew prawosławna pod tym samym wezwaniem.

Wracam do Smerekowca. Zostawiam samochód pod remizą i idę poszukać mojego szlaku. Pogoda co prawda wcale nie przypomina tej obiecanej – rano było słońce, chociaż zimno, ale teraz jest coraz pochmurniej i zimniej. Ale twarda jestem, miałam się przejść, to się przejdę. Okazuje się, że szlak akurat wychodzi naprzeciwko remizy – przechodzi przez środek gospodarstwa, gdzie o niego pytam.


Idę stromo pod górę. I nagle w szybkim tempie niebo się rozpogadza i robi się zdecydowanie cieplej. Grzęznę w błocie, bo powyżej są pastwiska, a szlakiem doprowadza się do nich bydło. Wszystko poodgradzane, szlak co chwilę też, trzeba przechodzić przez ogrodzenie. A błoto coraz większe. Wchodzę wiec za ogrodzenie na pastwisko, na którym pasie się stado krów. Nawet takich sympatycznych na wygląd. Tu jest też mokro, ale zdecydowanie mniej błota. Kiedy podchodzę bliżej do krów, zaczynają mi się uważnie przyglądać. Ja im też. I wtedy zauważam, że to nie krowy są, tylko stado młodych byczków. Hodowanych prawdopodobnie na ubój. Ale dzielnie trzymam fason – idę dalej pastwiskiem.


Na szczęście ogrodzenia w pewnym momencie się kończą, a szlak wchodzi do lasu. Tu też jest duże błoto, ale akceptowalne. A szlak świetnie oznaczony.  Nawet jakbym się bardzo starała, to nie udałoby mi się zgubić.


Docieram do skrzyżowania szlaków Na Przysłupie. Tak, jak to zaplanowałam, nie idę do schroniska, tylko plątam się w słońcu po rozległych, szczytowych polanach. Jest pięknie. I zauważam spore stadko gili. Co prawda uciekają, ale zostaje parka, która dość chętnie mi pozuje. A potem wracam. Tą samą drogą, bo nie ma innej alternatywy.


W domu jestem dokładnie w momencie zachodu słońca. Bardzo szczęśliwa, bo zrealizowałam wszystkie plany, a nawet więcej. I udało mi się wrócić przed zmierzchem.



Beskid Niski Regietów cerkwie cmentarze wojenne Kwiatoń Gładyszów Skwirtne Smerekowiec Ujście Gorlickie
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.