Beskid Sądecki - 9 stycznia 2026
Marudziłam na brak śniegu. Sypało przez dwa dni… Na piątek
zaplanowałam sobie wycieczkę w góry, ale nagle do mnie dotarło, że po dwóch
dniach intensywnych opadów śniegu żaden szlak nie będzie przetarty, zwłaszcza,
że to środek tygodnia. Ma być piękny dzień. Muszę gdzieś się wybrać! I nagle mnie olśniło! Po górach mieszkają przecież ludzie i gminy
dbają, żeby mieli odśnieżone drogi. Postanowiłam, że pojadę do Brzyny.
Niedaleko, prosty dojazd doliną i na końcu spory parking. A potem pójdę sobie
lokalnymi drogami na spacer. Byłam już tam wielokrotnie i wiem, że widoki są
bardzo ładne. A o nie mi przed wszystkim, poza widokiem ośnieżonych drzew
chodziło. Jak zawsze.
Rano zaspałam, wstałam dopiero przed ósmą. Termometr
pokazywał minus 15 stopni. Zimno, ale tragedii nie ma. Potem na pewno się
ociepli, zwłaszcza, że dzień zapowiadał się słoneczny.
Ubrałam się, spakowałam i wyruszyłam. Przezornie wrzuciłam
do samochodu łopatę do śniegu, na wypadek, gdyby parking był nieodśnieżony.
Dojechałam do Jazowska, skręciłam na Brzynę. Droga była
czarna. Dopiero ostatni odcinek, jakieś półtora kilometra, był biały. Ale
dobrze odśnieżony i posypany. Parking jest jednocześnie końcowym przystankiem
autobusowym, więc był też oczyszczony ze śniegu.
Zastałam tam pana z pługiem śnieżnym, bo przyjechał po
kolejną porcję żwiru. Zapytałam, czy dobrze zaparkowałam samochód, bo ostatecznie ten autobus
i dojazd do kupy żwiru. I jeszcze śmieci przygotowane do odbioru. Ale okazało
się, że świetnie i nikomu nie będę zawadzać. Chwilę pogadaliśmy, powiedział, że już wszystkie drogi
odśnieżył, teraz kończy je posypywać. Zadowolona z przeprowadzonego wywiadu
terenowego, wyruszyłam.
.jpg)
.jpg)
Mrozik nadal był duży, jakieś 13 stopni na minusie, ale już
od samego dołu było pięknie. Szłam dość szybko do góry, żeby się rozgrzać. Po
chwili było mi już przyjemnie ciepło.
.jpg)
.jpg)
Dotarłam do przysiółka Połomia. Tam droga się rozwidlała. Postanowiłam pójść w stronę Cebulówki. Pięknie odśnieżoną drogą – byłam pod wrażeniem, bo w porównaniu z moimi osiedlowymi drogami w mieście, to było o kilka poziomów wyżej.
.jpg)
.jpg)
Mijałam co jakiś czas pojedyncze gospodarstwa. Było coraz
piękniej. Widoki były niesamowite, zwłaszcza, że okazało się, że stamtąd widać Tatry.
.jpg)
.jpg)
Sporo okiści na drzewach i trochę mojej ulubionej szadzi. A śnieg błyszczący od mrozu w promieniach słońca. Mam wreszcie swoją zimę! Jestem szczęśliwa!
.jpg)
.jpg)
Jest bezwietrznie, słoneczko przygrzewa, przechodzę obok starego sadu śliwkowego. Drzewa pięknie wyglądają, przyprószone śniegiem. Zresztą wszędzie jest pięknie.
.jpg)
.jpg)
Mijam szczyt Cebulówki (741 m n.p.m.) Docieram do miejsca, gdzie droga się rozwidla. Jedna schodzi ostro w dół, do przysiółku Cebulówka. Ja idę dalej graniową drogą. Pojawiają się znaki szlaku żółtego.
.jpg)
.jpg)
Idę potem przez jakiś czas lasem. Może nie ma tu widoków, ale las w zimowej szacie prezentuje się wspaniale. Potem znów wychodzę na otwarty teren.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Mijam piękną drewnianą chatkę, i teraz już idąc cały czas granią, mogę podziwiać kolejne wspaniałe widoki. Na Tatry, Gorce i Beskid Wyspowy. Idę wolno, bo nie mogę się na nie dość napatrzyć. Zwłaszcza, że widoczność jest dzisiaj niezła. Ten spacer to wspaniały urodzinowy prezent! Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego!
.jpg)
.jpg)
Docieram do przysiółku Wyrobiska. Szlak schodzi dalej do
Łącka, ale odgarnięta droga się tutaj kończy. Zawracam.
.jpg)
.jpg)
Zauważam, że ktoś przejechał przez las jakimś pojazdem.
Wchodzę na te ślady i plątam się trochę po lesie. I odkrywam, że tego śniegu to wcale
nie jest tak dużo. Nieco powyżej kostek. Miejscami poniżej połowy łydki. Na dodatek jest niezwykle puszysty i lekki.
.jpg)
.jpg)
Wracam na szlak. Zauważam, że nagle skręca do lasu.
Przypomniało mi się, że kiedyś szłam późną jesienią z Łącka w stronę Koziarza. I tam wtedy nie dotarłam, bo nie zauważyłam tego odbicia szlaku w las.
.jpg)
.jpg)
Nachodzi mnie ochota, żeby spróbować tamtędy przejść. Jakoś
tak trochę zbyt spacerowo dzisiaj jest…
.jpg)
.jpg)
I nie żałuję, bo ta ścieżka jest bardzo ładna. A idzie się w tym puszystym śniegu bardzo przyjemnie. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to pewnie zdecydowałabym się na wejście
na szczyt Koziarza. Co prawda, przecierałabym szlak przez 2 kilometry, a nie
przez 500 metrów, jak tutaj, no i śniegu pod szczytem mogło być więcej, ale dałabym radę, chociaż na pewno bym się mocno zmęczyła. Teraz jest już (na
szczęście) za późno.
.jpg)
.jpg)
Ale w sumie dobrze się stało, bo na Koziarzu byłam już wielokrotnie.
A dzisiaj przeszłam spory kawałek całkiem nieznaną trasą. Widokową i piękną.
.jpg)
.jpg)
Wychodzę z lasu na drogę. Tędy idzie dalej szlak w stronę
Koziarza. Powinna być odgarnięta jeszcze przez jakieś półtora kilometra, do
ostatniej chałupy. Postanawiam pójść nią jeszcze kawałek, bo jest tak pięknie,
że żal jeszcze wracać.
.jpg)
.jpg)
No i patrzę na te pięknie odśnieżone drogi z ogromnym podziwem.
Przecież śnieg przestał sypać dopiero wczoraj wieczorem! Żaden, najwyżej nawet
położony przysiółek, nie jest odcięty od świata. A warunki są tu przecież
trudne. Miejscami te drogi są mocno strome. To ogromna praca. Ten spotkany na dole pan z pługiem się spisał!
.jpg)
.jpg)
Docieram do Okrąglicy Północnej (767 m n.p.m.). Robię sobie tu przerwę na drugie śniadanie. Mogłabym
jeszcze pójść kawałek, ale szlak schodzi teraz mocno w dół, a że na Koziarz nie pójdę, więc postanawiam już
zawrócić.
.jpg)
.jpg)
Mijam miejsce, w którym wyszłam z lasu po przetarciu tego
odcinka szlaku i idę dalej drogą w stronę przysiółku Połomia. Trochę denerwują
mnie szczekające psy, bo wyczuwają mnie z bardzo daleka. No ale żaden po drodze
mnie nie zaatakował.
.jpg)
.jpg)
Jest ciepło i przyjemnie. No i bezwietrznie. Nie czuję w ogóle mrozu, chociaż na pewno jest kilka stopni na minusie. Nadal świeci
słońce, choć zbierają się już powoli chmury, bo w weekend ma być pochmurnie i sypać znowu śnieg.
.jpg)
.jpg)
Jak zaczynam schodzić na dół, to mija mnie kilka samochodów.
Między innymi furgonetka z napisem „Pieczywo”. To znaczy, że tutejsi mieszkańcy
mogą liczyć na podstawowe zaopatrzenie. Nie muszą schodzić po chleb do mocno
oddalonych sklepów. A niektórzy mieszkający tu starsi ludzie nie mają przecież
samochodów.
A potem zatrzymuje się przy mnie jadący z dołu samochód. To
pan od odśnieżania. Skończył na dzisiaj pracę i wraca do domu na obiad. Poznaje
mnie, więc chce się dowiedzieć, czy jestem zadowolona z wycieczki. Jestem! I to
bardzo!
Po powrocie do domu przyglądam się dokładniej mapie i odkrywam, że można w tym terenie zrobić jeszcze przynajmniej ze dwie takie ładne
wycieczki. Ja już nie muszę zdobywać szczytów. Wystarczy mi samo chodzenie po
takich pięknych i widokowych miejscach. A u nas jest gdzie chodzić!
Beskid Sądecki Pasmo Radziejowej Brzyna