GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Sądecki - 17 stycznia 2025


W grudniu Marek potrzebował wybrać się na Kotylniczy Wierch. Planował trasę ze Szczawnika. Ponieważ jest nieciekawa, to zaczęłam szukać alternatywy. Wymyśliłam, że można się tam dostać z Jaworzyny Krynickiej (1114 m n.p.m.), po wjechaniu na szczyt kolejką gondolową. Ostatecznie się z Markiem nie wybrałam, ale pomysł pozostał. Postanowiłam, że zrobię tej zimy taką wycieczkę. Czekałam tylko na odpowiednie warunki.

Zbliżała się kolejna odwilż. Piątek miał być ostatnim chłodniejszym dniem. Na dodatek w nocy miały być mgły. A potem piękny i słoneczny dzień. Musiałam to wykorzystać, bo już od miesiąca ta Jaworzyna za mną chodziła. Zaplanowałam sobie pętlę – jakieś 14-15 kilometrów. Ambitnie, zwłaszcza że we wtorek na Koziarzu naciągnęłam sobie ścięgno w łydce i noga mnie bolała, więc ta trasa była pod dużym znakiem zapytania. Szczególnie, że w domu musiałam być przed czwartą.

Ale nie zamierzałam zrezygnować z Jaworzyny Krynickiej. W związku z tym kupiłam sobie bilety na gondolę przez Internet - w obie strony na wszelki wypadek, bo tak jest zdecydowanie taniej. I jeszcze w pakiecie wejście na platformę widokową. Bo liczyłam na morze mgieł nad Krynicą.

Kolejka miała być czynna od dziewiątej, więc wyjechałam z domu o ósmej. Pogoda była piękna. Im dalej, tym było więcej śniegu na drzewach. Przełęcz Krzyżówka przywitała mnie tradycyjnie mgłą i wspaniałą szadzią. Przejechałam przez ponurą i zamgloną Krynicę-Zdrój - z tego akurat byłam zadowolona, bo zwiastowało to widoki na morze mgieł z góry.

Byłam przed dziewiątą na parkingu w Czarnym Potoku. Parking o tej porze był już prawie pełen. Wyobrażam sobie, co musi się tu dziać podczas weekendu. Gondola jest czynna zdaje się wcześniej.


Do góry wjeżdżały tłumy narciarzy. Jechaliśmy we mgle. Drzewa wokół trasy były pokryte wspaniałą szadzią. Na szczycie jej niestety nie było, jak tylko wyjechaliśmy z mgły, to zniknęła.



Nie zamierzałam tu wrócić, więc wdrapałam się od razu na platformę widokową. To świetny pomysł, że ją zrobiono, bo widoki są z niej rewelacyjne. Szkoda tylko, że opłata za wejście jest spora – 17 złotych to dużo. Gdyby chciała z niej skorzystać rodzina z dwójką dzieci, to cena robi się już zaporowa. Dlatego za wiele osób z niej nie korzysta.


Ale ja byłam szczęśliwa! Miałam to, o czym marzyłam. Wspaniały widok na morze mgieł u stóp Jaworzyny. No i piękny widok na Tatry!

Miałam w planach dojść do rozwidlenia szlaków pod Czubakowską (1082 m n.p.m.) no i ewentualnie na Runek (1080 m n.p.m.). Potem niebieskim szlakiem przez Przysłop i Drabiakówkę na Przełęcz Krzyżową i stamtąd zielonym szlakiem z powrotem na parking w Czarnym Potoku.


Początkowy fragment szlaku jest zimą bardzo uciążliwy, bo prowadzi stokiem narciarskim. To bardzo niebezpieczne jest i powinno się przynajmniej wtedy poprowadzić go inaczej. Starałam się jak najszybciej przejść ten niebezpieczny fragment. Na szczęście na tym stoku rano było tylko kilku narciarzy.



Dotarłam szczęśliwie do zielonego szlaku, prowadzącego do schroniska. Miałam ochotę go zobaczyć, więc tam zeszłam. To jakieś 300 metrów. Schronisko odnowione, bardzo ładne. Obok stacja ratunkowa GOPR-u. Były stamtąd nawet jakieś widoki.


Wróciłam na szlak. Trasa przejechana ratrakiem. Byłam chyba pierwszą turystką dzisiaj, bo żadnych śladów stóp nie było. Idzie się prawie po płaskim terenie. Jest tamtędy poprowadzony szlak narciarski, bo to świetne warunki dla uprawiania narciarstwa biegowego.


Wspaniałe słońce, śnieg i gruba okiść na drzewach. Śnieg był jeszcze dość twardy, więc szło się całkiem dobrze. Trasa niestety cały czas lasem, ale było naprawdę pięknie. Nie przepadam jakoś za tą częścią Beskidu Sądeckiego i bywam tu rzadko, ale może pora się do niej przekonać?


W pewnym momencie wpadłam na „genialny” pomysł. Zobaczyłam w lesie prześwit i pomyślałam, że będzie stamtąd ładny widok na morze mgieł poniżej. Postanowiłam zejść ze szlaku i dojść tam na przełaj przez las. To było tylko jakieś sto metrów. Ale śnieg był powyżej kolan, a czasami zapadałam się do połowy ud. Jak dotarłam tam ledwie żywa, to okazało się, że widok był paskudny, a na dodatek całkiem pod słońce i żadne zdjęcie mi nie wyszło. Byłam na siebie wściekła. W pobliżu była jakaś droga. Co prawda, nikt nią ostatnio nie szedł, ale wcześniej musiała być przetarta, bo zapadałam się w śniegu tylko do połowy łydki. Sprawdziłam na mapie, że powinnam nią dojść do szlaku. Ale i tak było to męczące.


Odetchnęłam z ulgą, jak znalazłam się z powrotem na szlaku. Chociaż szło się coraz gorzej, bo śnieg robił się mokry i coraz cięższy.

Dotarłam do skrzyżowania szlaku, w pobliżu Czubakowskiej. Okazało się, że niebieski szlak, którym zamierzałam zejść, jest nieprzetarty. Były co prawda jakieś ślady sprzed tygodnia, ale śnieg był tam i tak dość wysoki.


Przy okazji przyjrzałam się zamieszczonym tutaj tabliczkom, umieszczonym na dwóch słupkach obok siebie. Oba należące do PTTK. Na jednej pisało, że to Runek Czubakowski o wysokości 1084 metrów, a na drugiej że to Runek - Rozdroże Czubakowskie o wysokości 1080 m. Na dodatek obie wprowadzające w błąd. Czubakowska (1082 m n.p.m.), czasami nazywana rzeczywiście Runkiem Czubakowskim jest w tym lesie za obydwoma tablicami kilkadziesiąt metrów dalej. I jest tam też tabliczka z nazwą szczytu, powieszona dla osób zdobywających Koronę Beskidu Sądeckiego. A Runek (1080 m n.p.m.), jest kawałek dalej. Wiem, że jest to dość skomplikowane, jedne mapy podają tak, inne inaczej. Na jednych mapach i w przewodnikach jest tylko Runek, a Czubakowska jest tam uważana za drugi szczyt Runka. Poza tym dość często mylnie podaje się jej wysokość. Ale PTTK powinno to ujednolicić. A już na pewno nie umieszczać dwóch różniących się od siebie nazewnictwem i podaną wysokością tablic obok siebie.


Postanowiłam, że decyzję, jak będę schodzić, podejmę później. Teraz planowałam dojść jeszcze na Runek. Dowlekłam się tam z trudem. Ale nagrodą był widok na Tatry, chociaż nie dorównywał temu z Jaworzyny Krynickiej. Był tam powalony pień, więc miałam gdzie usiąść i wreszcie coś zjeść.


Wracam ma skrzyżowanie szlaków. Próbuję iść tym niebieskim szlakiem, Zerkam na mapę. Musiałabym przejść prawie dwa razy tyle, ile do tej pory przeszłam. A już jest dwunasta. Na dodatek 3,5 kilometra prawie nieprzetartym szlakiem. Poza tym cały czas w cieniu, lasem po północnej stronie. Rezygnuję i wracam na czerwony szlak. Zwłaszcza, że nie powinnam się dzisiaj forsować. No i mam kupiony bilet powrotny na gondolkę. To trochę kuszące jest…


Podejście do góry przez stok narciarski jest sporym wyczynem, bo ruch jest teraz duży. Jakoś mi się to udaje, ale idę z duszą na ramieniu. Przed wejściem na stok była przetarta droga, odchodząca w bok. Tylko, że niepokojąco szła na dół. Potem sprawdziłam na mapie. Dochodziła na szczyt Jaworzyny Krynickiej. Dlaczego nikt nie zadał sobie trudu, żeby tamtędy poprowadzić czerwony szlak? Przynajmniej zimą? Wystarczyło postawić dwie tabliczki.


Na przyszły raz, kiedy się tutaj wybiorę, będę mądrzejsza i pójdę tamtędy. Bo bardzo mi się tu podobało i na pewno na Jaworzynę Krynicką wrócę.


Jestem bardzo zadowolona z wycieczki, mimo, że nie zrealizowałam mojego ambitnego planu, chociaż nie do końca z mojej winy. I zdaje się, że dobrze się stało, bo przeszłam zaledwie 10 kilometrów, a wróciłam pod stację gondoli bardzo zmęczona. Chyba trochę za ciepło się ubrałam, a poza tym śnieg zrobił się ciężki i mimo przetartego szlaku szło się trudno.



Beskid Sądecki Jaworzyna Krynicka Pasmo Jaworzyny Krynickiej Runek
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.