STYCZEŃ
Buk zwyczajny (Fagus sylvatica)

Tatry Bielskie - 2 lipca 2025

 

Tym razem samotna wyprawa w Tatry Bielskie (Belianske Tatry, Belanské Tatry, Bielské Tatry). W ubiegłym roku byłam tu z Magdą. Szłyśmy wtedy zielonym szlakiem ze Strednicy. A potem ścieżką dydaktyczną (bądź czerwonym szlakiem, bo idą tam razem) przez Mąkową Dolinę (Monkova dolina). To moje ulubione botaniczne miejsce. Wtedy też znalazłam dwa nowe gatunki do mojego altasu – dzwonek szerokolistny (Campanula latifolia) i traganek zwisłokwiatowy (Astragalus penduliflorus). To niestety nie jest widokowy szlak. I na dodatek dość stromy. Ale rośnie tam taka ilość niesamowitych i rzadkich roślin, że dla mnie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach.

Miałam ogromne szczęście, planując wtedy tę wycieczkę. Bo tydzień po niej rozpętało się nad Zdziarem (Ždiar) piekło. Była straszne ulewa i góry nie wytrzymały. Na schron w Dolinie Mąkowej zeszła kamienno-błotna lawina. A schroniło się w nim wtedy 17 osób! Dwie kobiety niestety zginęły, a reszta była mocno poraniona. To straszna tragedia! A dolina została zniszczona. No i szlak oczywiście też. Nie mówiąc już o stanowisku dzwonka szerokolistnego, które odkryłam tydzień wcześniej. Szlak został zamknięty i nie wiadomo, kiedy zostanie otwarty.

Postanowiłam więc dotrzeć na Przełęcz pod Kopą z Tatrzańskiej Jaworzyny (Tatranská Javorina). I idąc po linii najmniejszego oporu wrócić tą samą trasą. Zwłaszcza, że miała to być botaniczna wyprawa, a z doświadczenia wiem, że powrót tą samą trasą bywa często bardzo owocny.

W sumie mogłam pojechać przez Jurgów. Ale wybrałam znaną na pamięć trasę przez Piwniczną-Zdrój i Białą Spiską (Spišská Belá). Nie był to najlepszy wybór, bo w Białej Spiskiej droga prowadząca w Tatry była niestety zamknięta. Musiałam więc jechać objazdem – wąskimi i krętymi drogami przez miejscowości: Slovenská Ves, Výborná i Lendak. No ale przynajmniej miałam wycieczkę krajoznawczą!

W Tatrzańskiej Jaworzynie znalazłam parking. Był płatny – 8 euro za dzień. Było całkiem pusto, więc pewnie mogłam za darmo zostawić samochód na parkingu przed kościołem, do którego podeszłam, żeby go obejrzeć.


Tatrzańska Jaworzyna (Tatranská Javorina) powstała raczej dopiero w XVIII wieku, chociaż jakieś wzmianki o tym miejscu pochodzą już z wieku XIV. Była tu najpierw huta żelaza, a póżniej fabryka papy. No i prowadzono w tutejszych dolinach wypas. W 1879 roku kupił ją pruski książę Christian Craft Hohenlohe-Öhringen. Wtedy też miejscowość zaczęła się rozwijać. Nowy właściciel, miłośnik łowiectwa, rozpoczął odbudowę tutejszych lasów, w większości zniszczonych przez działalność przemysłową. Początkowo nikt na ten teren nie miał wstępu, ale później książę kazał wytyczyć trzy szlaki turystyczne, które funkcjonują do dzisiaj. Jego działania i mądra gospodarka sprawiły, że teren Tatr Bielskich jest dzisiaj ponoć jednym znajlepiej zachowanych przyrodniczo fragmentów Tatr.

Książę Christian Hohenlohe wybudował tutaj m. in. zameczek myśliwski i kościół, przed którym właśnie stoję.


Drewniany kościół rzymskokatolicki pw. św. Anny (patronka pracowników leśnych) został zbudowany przez księcia Hohenlohe w 1903 roku, mimo, że on sam był protestantem.

Obok jest cmentarz, na której pochowany jest książę wraz z małżonką, mała kaplica i grobowiec zarządcy Jaworzyny, Eduarda Kegla, zbudowany przez księcia w dowód wdzięczności za jego zasługi. Świątynię można ponoć zwiedzać w środku raz w tygodniu, w czwartek, w wyznaczonych godzinach.


Wyruszam na trasę. Niebieski szlak, którym idę, przez pierwsze dwa kilometry prowadzi asfaltową drogą wzdłuż potoku Javorinka. Razem z zielonym szlakiem prowadzącym na Lodową Przełęcz. Na rozdrożu Pod Muraniom szlaki się rozdzielają. Ja idę dalej niebieskim przez piękną polanę. To Polana pod Muraniem (Poľana pod Muráňom). Znajduje się tu leśniczówka TANAP-u i ładne miejsce odpoczynkowe dla turystów. Jest tu także mała wystawka skał występujących w Tatrach Bielskich. A koło leśniczówki jest też toaleta. 



Dalej szlak wchodzi do lasu. Ale co chwila wychodzi znowu na mniejsze lub większe widokowe polanki. Turystów właściwie nie ma. Na całej, 9-kilometrowej trasie spotykam kilkanaście osób. Głównie Polaków.


Im wyżej, tym bardziej kwietnie. Szlak prowadzi Doliną Zadnich Koperszadów (Zadné Meďodoly). Ponoć nazwa jest związana z wydobywaniem na tym terenie rud miedzi. Po niemiecku słowa Kupferschächte  oznacza szyby miedzi. Ale niektórzy twierdzą, że od niemieckiego słowa Koperschächte, czyli szyby pod Kopą. W każdym razie nazwa wiąże się z kopalniami miedzi.


Na tym terenie był także kiedyś duży ośrodek pasterski. Wypasano tu początkowo bydło, a później także owce. Tutejsze hale były bardzo żyzne. Należały do gospodarzy z Białej Spiskiej.  Wszyscy im tych terenów zazdrościli i musieli o nie często walczyć. Mijam po drodze pomnik tym walkom (tzw. Wojnom Pasterskim z XVI wieku) poświęcony.


Docieram do wąwozu skalnego o nazwie Tiesňiava Bránka, położonego nad potokiem o nazwie Meďodolský potok. Wąwóz jest krótki, ale bardzo efektowny.




Potem znów kawałek lasem i wchodzę na tereny zniszczonego przez szkodniki lasu. Ale wygląda to nawet malowniczo, a poza tym przy drodze kwitnie tyle roślin, że skupiam się głównie na nich. Szczególnie pięknie kwitnie teraz rutewka orkolistna (Thalictrum aquilegiifolium), omieg górski (Doronicum austriacum) i bodziszek leśny (Geranium sylvaticum).


W kolejnym fragmencie lasu znajduję piękne stanowisko żłobika koralowego (Corallorhiza trifida). Rośnie na nim kilkanaście osobników. Niestety, zdjęcia wychodzą mi kiepskie. Przydałaby się lampa doświetlająca Kamila! W sumie to najlepsze udaje mi się zrobić telefonem! No i kwitnie tu też gruszycznik jednokwiatowy (Moneses uniflora).


Docieram do miejsca wypoczynkowego o nazwie Medveď, bo poza wiatą i źródełkiem są tam rzeźby niedźwiedzi. Ale te zdaje są nowe, bo, jak sprawdziłam, to na zdjęciach sprzed 10 lat mam inne.


Tych miejsc wypoczynkowych i źródełek jest po drodze kilka. Są przy nich często ciekawe, rzeźbione ławki. Zwłaszcza te źródełka są fajne, bo można ograniczyć ilość niesionej w plecaku wody. Teraz już niestety trzeba liczyć na siebie.


Dalej szlak prowadzi pięknym, widokowym trawersem. Ale czeka mnie tu przykra niespodzianka. Słyszę odgłos podkaszarki spalinowej. I oczom nie wierzę! Na terenie rezerwatu ścisłego, jakim jest ten teren, dwóch ludzi wykasza „pobocza” ścieżki. Do metra z każdej strony! Czyli niszczy rosnącą tam unikatową roślinność! Serce boli patrzeć na ścięte storczyki i inne rzadkie gatunki! No i ten hałas! Panowie pracowicie wykosili pobocza szlaku aż do samej góry. A ja boję się zrobić dwa kroki w murawę, żeby sfotografować jakąś cenną dla mnie roślinkę! Zaiste, sposób ochrony przyrody na Słowacji mnie kolejny raz zaskakuje!


Idą sobie niespiesznie, bo teraz już zaczął się dla mnie botaniczny raj. Co prawda nie znajduję żadnego nowego gatunku, ale cieszę się pięknem wszystkich rosnących tu roślin.  A jest na co patrzeć! No i widoki też są piękne!




Fotografuję tu m.in. len karpacki (Linum extraaxillare), starzec główkowaty (Senecio capitatus), przewiercień okrągłolistny (Bupleurum longifolium), gnidosz okółkowy (Pedicularis verticillata), zawilec narcyzowy (Anemone narcissiflora) i wierzbownicę okółkową (Epilobium alpestre).



Docieram na Przełęcz pod Kopą (Kopské sedlo – 1749 m n.p.m.). Muszę powiedzieć, że mocno tu się zmieniło od roku. Wrócił szlakowskaz i pojawił się stół z ławeczkami. Ale całkowicie zarósł już szlak ze Zdziaru. Idzie teraz sporo powyżej. Podchodzę tam nim kawałeczek, bo chcę sobie sfotografować murawę nawapienną. Rośnie tu mnóstwo gółki długoostrogowej i gołka białawego (Pseudorchis albida). Schodzą tamtędy turyści. I na szlakowskazie czerwony szlak do Zdziaru jest. Ale przecież dołem jest zamknięty! O ile ktoś tamtędy chodzi, łamiąc zakaz, to jego sprawa. Ale jednak nie powinno tego szlaku być na szlakowskazie! A prowadzi teoretycznie przez 4 kilometry trudnym terenem stromo w dół donikąd! Na mapach.com go nie ma, no i jest tam zaznaczone zamknięcie szlaku, ale nie każdy turysta przecież z tego udogodnienia korzysta!  No cóż…


W ubiegłym roku, po prawej stronie szlaku pomiędzy Przełęczą pod Kopą a Wyżnią Przełęczą pod Kopą (Predné Kopské sedlo – 1778 m n.p.m) były w pewnym miejscu piękne murawy nawapienne. Prowadziły do nich wydeptane przez turystów ścieżki, którzy chodzili tam podziwiać widoki na drugą stronę. Ja też tam wtedy poszłam, zresztą nie pierwszy raz. Zrobiłam wtedy zdjęcie skalnicy. Nie przyłożyłam się, bo myślałam, że ten gatunek już mam w kolekcji. A potem okazało się, że to unikatowy gatunek - hybryda dwóch innych skalnic. Chciałam sobie w tym roku zrobić lepsze jej zdjęcie. Właściwie głównie po to tu przyszłam.




Ale tutaj też wszystko wyglądało inaczej! W ogóle nie rozpoznawałam tego miejsca. Ścieżki były – wszystkie przeszłam kilkakrotnie – każda właściwie kończyła się w kosodrzewinie. Straciłam na poszukiwanie tego miejsca ponad godzinę i go nie znalazłam. A przecież byłam tam wielokrotnie, a ostatni raz zaledwie rok temu! Jak to się mówi, diabeł nakrył go ogonem! Musiałam zadowolić się fotografowaniem widoków i rosnących tam roślin: goryczki kropkowanej (Gentiana punctata) i dzwonka alpejskiego (Campanula alpina). 


Wróciłam na Przełęcz pod Kopą i zajęłam się fotografowaniem dwóch gatunków koniczyn, których jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. To był drugi cel mojego tutaj przyjścia, bo wiedziałam, że tu rosną. No, a przy okazji miałam duże szczęście, bo znalazłam spore stanowisko dorodnych podejźrzonów księżycowych (Botrychium lunaria). Kamil będzie ze mnie dumny!


A potem niespiesznie zaczęłam schodzić. Muszę powiedzieć, że to chyba jeden z najłatwiejszych tatrzańskich szlaków, poza oczywiście spacerowymi trasami w dolinach. Niby „robi się” ponad 700 metrów przewyższenia, ale w ogóle się tego nie zauważa. Idzie się właściwie cały czas jakby po płaskim. Więc zero zmęczenia. Przynajmniej dla mnie. Trasa ma 18 kilometrów, ja przeszłam 20, bo jak głupia biegałam tam i z powrotem pomiędzy przełęczami, ale dawno nie wróciłam tak rześka z gór. Polecam tę trasę wszystkim, którzy nie lubią się męczyć. Szłam nią co prawda wcześniej kilkakrotnie, wiedziałam, że jest łatwa, ale aż tak łatwa mi się nie wydawała!



Po drodze jeszcze róża alpejska (Rosa pendulina), fiołek żółty sudecki (Viola lutea), koniczyna brunatna (Trifolium badium) i gruszyczka mniejsza (Pyrola minor).



I kolejny raz przejście przez kanion. A potem zauważam pomiędzy drzewami mostek. Jak docieram w to miejsce, to droga jest zagrodzona. Ale przechodzę pod barierką, żeby go zobaczyć. Ostatecznie to tylko kilka metrów. A jestem tak wściekła na to wykaszanie szlaku, że robię to z przyjemnością! Jest stąd ładny widok na Tatry Wysokie.

 Potem już spacer piękną łąką, którą szłam rano. Z widokiem na Tatry Bielskie.


No i 2 kilometry asfaltem. Rano spotkałam na tej trasie niewiele osób. Teraz nikogo! Przez 9 kilometrów Dolina Zadnich Koperszadów była tylko moja! To cudowne uczucie!

Docieram do parkingu. Trochę mam ochotę podjechać pod ten książęcy dwór myśliwski. To niedaleko i prowadzi tam asfaltowa droga. Ale jest już w pół do siódmej, więc rezygnuję. To niesamowite miejsce i warto by go zobaczyć w środku. Ten drewniany „domek” myśliwski został zbudowany w latach1883-1885. Ponoć jest stamtąd wspaniały widok na Tatry Bielskie i Wysokie. Książę Christian Craft Hohenlohe-Öhringen był zapalonym myśliwym i założył w okolicznych lasach zwierzyniec, do którego sprowadzał dzikie zwierzęta, m.in. żubry. Jego spadkobierca był bardzo rozrzutny, i kiedy popadł w długi, to sprzedał tutejszą posiadłość władzom Czechosłowacji. Z zameczku korzystali najwyżsi dostojnicy państwowi. Był to podobnie jak ten u nas w Wiśle, zameczek prezydencki. Ale od 2009 roku można go zwiedzać. Na dodatek za darmo. Niestety, podobnie jak kościół, tylko w czwartki w wybranych godzinach i to po uprzednim zapisaniu się telefonicznie.

Później doczytałam, że teraz niestety jest w nim remont i nie ma zwiedzania w ogóle. Może w przyszłym roku przyjadę tu z przyjaciółmi. Albo za dwa, bo nie wiadomo, ile ten remont potrwa. Ale trochę żałuję, że tam nie podjechałam. Może udałoby mi się obejrzeć i sfotografować go z zewnątrz.

Postanawiam wrócić przez Jurgów. Nastawiam nawigację na Niedzicę i jadę. Szybko docieram do granicy. I przy okazji zerkam na tereny, co do których mam już wycieczkowe plany. Za Jurgowem nawigacja wprowadza mnie na kręte i wąskie drogi Spiszu. Trzeba uważać, ale widoki są wspaniałe! Zwłaszcza na Tatry. Docieram na Przełęcz nad Łapszanką. Zatrzymuję się pod kapliczką, bo jest stąd piękny i słynny widok na Tatry.

Zjeżdżam na dół, a potem jadę dobrze mi już znaną drogą, bo tę część Spisza przejechaliśmy wiosną z Markiem. Nie włączyłam nawigacji w Niedzicy, bo byłam pewna, że dam sobie bez nie radę. Miałam skręcić na Przełęczy Osice w prawo, żeby pojechać skrótem. Niestety, chwila nieuwagi, i skręciłam w prawo, tyle, że dużo niżej, i wylądowałam w Sromowcach Wyżnych. Musiałam zawrócić. Ale w sumie to nie żałowałam, bo dawno tam nie byłam, a sporo się zmieniło.

A potem już przez przeszkód dotarłam do domu. To była, mimo małych niepowodzeń, wspaniała wycieczka! I obiecałam sobie, że za rok znowu do Tatrzańskiej Jaworzyny wrócę i przejdę tę trasę jeszcze raz.



Tatry Bielskie Tatry Przełęcz pod Kopą Jaworzyna Tatrzańska
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.