MARZEC
Śnieżyczka przebiśnieg (Galanthus nivalis)

Beskid Sądecki - 1 lutego 2026


Wreszcie! Czekałam na takie zimowe widoki już od końca listopada, jak spadł u nas pierwszy śnieg. Oczywiście chodziłam, bo trudno nie wybrać się na wycieczkę, jak jest piękny i słoneczny dzień. Częściowo zadowolił mnie spacer nad Brzyną, bo było tam pięknie, ale to jeszcze nie do końca było to. Sprawdzałam kamery, ale ani szadzi, ani okiści na drzewach nigdzie nie było. A bez nich zima dla mnie nie jest prawdziwą zimą. Teraz miało się to zmienić. Duże mrozy i przewalające się przez szczyty Beskidów i Gorców mgły mogły spowodować, że drzewa na szczytach zostaną obklejone lodową skorupą.

Planowałam Lubań (1211 m n.p.m.) z Ochotnicy Dolnej, bo tym szlakiem szłam tylko raz, ponad dwadzieścia lat temu. Rano profilaktycznie sprawdziłam jeszcze kamery. Na Przehybie (1175 m n.p.m.) było wspaniale. Jednak żadna z czterech kamer na szczytach w gminie Ochotnica Dolna nie działała.

Gdybym nie widziała tego pięknego słońca na Przehybie, to nie uwierzyłabym, że to dzisiaj jest możliwe. Było paskudnie, mglisto i ponuro. Gór nie było w ogóle widać. Na dodatek zaczął prószyć śnieg, chociaż przecież opady nie były zapowiadane. Drogi szybko pokrywały się cienką, niebezpieczną warstewką śniegu.

Jadąc, biłam się myślami, czy jechać na Lubań, czy jednak na pewniejszą od niego, bo sprawdzoną Przehybę, zwłaszcza, że do Ochotnicy Dolnej jest spory kawałek. No i jest spory mróz, a na Przehybie jest schronisko.

Na rondzie przy moście do Gołkowic wybrałam bezpieczniejszą opcję, czyli Przehybę. Chodziło mi głównie o widok pokrytych szadzią drzew, a to miałam tam zapewnione.


W Gaboniu nadal prószył śnieg, ale jakby zaczynało się przejaśniać. Było 9 stopni mrozu. Zostawiłam samochód na parkingu i wyruszyłam. Nielubianą przeze mnie drogą przez las. Siedem kilometrów. Ale szadź już od samego dołu była tak piękna, że nie było to tak bolesne. Miałam przedsmak tego, co dostanę w nagrodę na górze.


Zaczęło powoli pokazywać się słońce. Na potoku Jaworzynka tu i ówdzie były ładne lodowe „rzeźby”. Droga była bielutka. Ale to było tylko ze dwa centymetry śniegu, pokrywające oblodzony asfalt. Ubrałam na wszelki wypadek raczki i nie musiałam się już martwić, że się poślizgnę. Do pokonania miałam ponad 650 metrów przewyższenia, ale to długa trasa. Droga dość łagodnie wznosi się do góry.



Robiło się coraz piękniej. Co prawda, śniegu właściwie nie było, ale szadź pokryła grubą warstwą wszystko, nawet podszyt lasu, więc było bajkowo. Niebo robiło się coraz bardziej błękitne. Na jego błękicie białe gałęzie drzew prezentowały się znakomicie.



Miałam wyśmienity humor. Co prawda, zepsuł mi go nieco schodzący z góry turysta, który powiedział, że niestety, na szczycie pojawiła się teraz mgła i tego pięknego widoku na Tatry, który widziałam przed wyjazdem przez kamerę, to raczej już nie zobaczę. Cóż, mówi się trudno. I tak na pewno będę zadowolona. Zwłaszcza, że mgła też bywa piękna.



Rzeczywiście, na szczycie było nieco mgliście. Ale była to taka delikatna mgiełka, prześwietlona słońcem. Rzadko taka bywa, a jest wtedy pięknie. Ściągnęłam raczki i poszłam do schroniska. Miałam duży termos z herbatą i kanapkę, ale nagle naszła mnie ochota, żeby tu zjeść obiad, zwłaszcza, że było tylko kilka osób. Zamówiłam sobie pierogi z mięsem. I skwarkami, na bogato. Strasznie nie lubię czekać na jedzenie. To był tylko kwadrans, ale mocno mi się dłużył. Ale było warto, bo pierogi były pyszne. Cienkie, mięciutkie ciasto i dużo pysznego wilgotnego farszu w środku. Myślę, że Magda Gessler nie miałaby się do czego przyczepić.


Przejedzona, bo porcja była spora, postanowiłam wyruszyć w drogę powrotną. Zdecydowałam się na żółty szlak. W ubiegłym roku z Lilą i Markiem wchodziliśmy nim do góry. Mocno nas to wejście umęczyło. Ale wtedy było świeżo po sporych opadach śniegu i musieliśmy sami przecierać szlak. Dzisiaj śniegu jest niewiele, a szlak na pewno jest przetarty.



Szłam sobie, podziwiając obklejone białą skorupą drzewa. Zrobiło się bardziej mgliście, więc widok był ciekawy. Zatrzymałam się na chwilę pod tablicą Rozdroże pod Średnią Przehybą. Zastanawiałam się ostatnio, gdzie ona jest, bo w pobliżu poza Przehybą nie ma żadnego szczytu, pod którym mogłoby być to rozdroże. I nagle do mnie to dotarło!



Poniżej Małej Przehyby (1155 m n.p.m.) jest Rozdroże pod Małą Przehybą. Kilometr dalej, pod Wielką Przehybą (1191 m n.p.m.) jest Rozdroże pod Wielką Przehybą. Teraz stoję mniej więcej w środku, na Rozdrożu pod Średnią Przehybą i jedyny szczyt w okolicy, właśnie tuż nad tym rozdrożem, to Przehyba (1175 m n.p.m.). Jej wysokość jest pomiędzy Małą a Wielką Przehybą. Czyli to właśnie jest najprawdopodobniej owa tajemnicza Średnia Przehyba, pod którą jest to rozdroże! Jestem z siebie dumna, że to odkryłam, chociaż to tylko takie moje przekonanie, a nazwa tego szczytu długo się nie zmieni. A powinna, bo teraz nie jest to logiczne i wprowadza bardziej dociekliwych turystów (takich jak ja) w błąd. Uff! Zmęczyłam się tymi rozważaniami, ale od wiosny nie dawało mi to spokoju!



Idąc dalej, dotarłam do Rozdroża pod Wielką Przehybą. Szlak prowadzący na Radziejową (1266 m n.p.m.) tonął we mgle. Ja poszłam dalej połączeniem szlaków żółtym z niebieskim. Na Rozdrożu Zwornik szlaki się rozdzieliły. Niebieski schodzi do Rytra, a żółty w stronę Gabonia. Nim poszłam na dół. To stromy szlak prowadzący wąską ścieżką trawersującą strome zbocze. Prowadzi nim także szlak narciarski, ale jest raczej ekstremalny.



Mgła się rozeszła i znowu miałam nad głową błękitne niebo. Ale ścieżka była bardzo oblodzona. A lód przysypany cieniutką warstewką śniegu mocno zdradliwy. Nie wiem jak inni radzili sobie na tej trasie bez raczków. Tyle, że mało kto tędy szedł. Spotkałam tylko dwie pary turystów. No i dawnego znajomego z PTT, Pana Jurka. Pogawędziliśmy chwilę. Powiedziałam mu, że ja już z PTT nie chodzę, bo oni chodzą za szybko. A on na to, że też już z nimi nie chodzi, bo chodzą… za wolno. Pochwalił się, że on chodzi przynajmniej dwa razy w tygodniu, a dodatkowo też tyle samo biega. Nie moja liga!


Dalej już nikogo nie spotkałam. Słońce powoli zaczęło chować się za górami. Szłam i szłam, a droga mi się dłużyła. Zwłaszcza, że schodzenie taką stromą i śliską ścieżką jest męczące.



Doszłam się do miejsca, w którym żółty szlak przechodzi na drugą stronę szerokiej stokówki. To rozdroże Pod Zgrzypami. Dalej znowu wąską i stromą ścieżką. Z ulgą dotarłam do miejsca, gdzie wychodzi on na kolejną szeroką drogę. Po chwili wchodzi znowu w las, by teraz piąć się do góry. Można nim dojść do Przysietnicy, a potem dalej, do Starego Sącza.


Ja w tym miejscu opuszczam szlak i schodzę na dół do Gabonia, bo tam mam samochód. Kiedy docieram na parking, to jestem już mocno zmęczona. Ale mam prawo, bo ostatecznie to aż 15 kilometrów i ponad 650 metrów przewyższenia. Lepiej by było iść odwrotnie, ale byłam sama i wolałam nie wkopać się w nieprzetarty szlak, idąc do góry.

Jestem bardzo szczęśliwa! Czekałam na takie widoki od początku zimy i wreszcie się doczekałam! Było super!



Beskid Sądecki Przehyba Pasmo Radziejowej Gaboń
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.