Beskid Sądecki - 4 stycznia 2025
Pogoda na długi weekend nie zapowiadała się najlepsza. Miało
być wietrznie i pochmurnie. Na dodatek, mimo ostatnich opadów śniegu, okiści na
drzewach w górach prawie nigdzie nie było. Ustaliliśmy z Markiem, że mimo to gdzieś się
wybierzemy – najlepiej w sobotę, bo wtedy miało najmniej wiać.
Postanowiła się z nami wybrać Lila. To jej pozostawiliśmy
wybór miejsca, w które pójdziemy. Z wielu moich propozycji wybrała Przehybę
(1175 m n.p.m.). W sumie to byłam z jej wyboru zadowolona, bo po obejrzeniu
przez mnie widoków z wszystkich dostępnych w Internecie kamer, wiedziałam, że
tam będzie najwięcej okiści na drzewach.
.jpg)
.jpg)
Moja przyjaciółka chyba nie do końca miała świadomość, że
nie będzie to tylko spacer szeroką, odgarniętą drogą leśną z Gabonia spod leśniczówki.
Owszem, stamtąd wystartowaliśmy, ale z Markiem zaplanowaliśmy pętlę. Czyli że
musieliśmy wejść na Przehybę stromym żółtym szlakiem, prowadzącym tam ze
Starego Sącza. My mieliśmy
iść jego fragmentem. Doszliśmy do niego wygodną, leśną drogą.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Lila więc niczego nie podejrzewała. Do momentu, jak idący przodem
Marek nie skręcił do góry w las. Nikt tym szlakiem po ostatnich opadach śniegu
nie szedł. Czyli przypadł nam w udziale wątpliwy zaszczyt jego przetarcia. Na
początku śniegu było niewiele. Ale im wyżej, tym było go więcej. Sięgał
miejscami do połowy łydek. No i zdarzały się też zaspy, chociaż na szczęście
niewysokie.
.jpg)
.jpg)
Do pokonania 650 metrów przewyższenia. Wąziutką, stromą i właściwie
niewidoczną teraz ścieżką. A i tak mieliśmy szczęście, bo w pewnym momencie
pojawiły się na niej ślady jakiej zwierzęcia, najprawdopodobniej rysia, i prowadziły aż pod Zgrzypy. Tam spotkaliśmy turystę, który schodził z góry, więc
szliśmy dalej już po jego śladach. Po dotarciu do Rozdroża Zwornik, gdzie dociera niebieski
szlak, który szłam tu wiosną z Rytra, ścieżka była już przetarta. Na dodatek
już dużo łatwiejsza.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Jak wyjechaliśmy z Nowego Sącza, to świeciło słońce, ale w Skrudzinie i Gaboniu było pochmurnie i mglisto. Na szczęście nie wiało, ale chwilami
prószył śnieg. Dobrze, że byli ze mną przyjaciele, bo samotna wyprawa w takich
warunkach nie byłaby przyjemna. Ale jak dotarliśmy w okolice Zgrzypów, to
chmury się zaczęły rozrywać, pokazało się błękitne niebo i słońce. Od razu poprawiły
się nam humory. Napiliśmy się herbaty i zjedli coś słodkiego, żeby nabrać nieco
energii, bo byliśmy już naprawdę zmęczeni tą wspinaczką w dość wysokim śniegu.
Na dodatek było ślisko i cały czas trzeba było bardzo uważać, żeby się nie przewrócić,
bo pod nami było strome zbocze.
.jpg)
.jpg)
Na drzewach pojawiła się ładna okiść. Zrobiło się
zimowo i pięknie! Taka nagroda od przyrody za trud włożony we wdrapanie się
tutaj. Byliśmy szczęśliwi, bo nie liczyliśmy dzisiaj na słońce!
.jpg)
.jpg)
Doczołgaliśmy się wreszcie pod schronisko na Przehybie. Spragnieni i głodni, mający ochotę na tutejszą szarlotkę, którą już mieliśmy okazję z Markiem spróbować.


Po drodze zatrzymaliśmy przy tutejszej nowej atrakcji.
Ostatnio pojawiły się przy schronisku dwie ogromne ławki. Wyjątkowo zamieszczam nasze
zdjęcie, bo inaczej nie byłoby widać, jakie są duże. Wyglądamy na tej ławce jak
krasnoludki. No i wejście na nią było dla nas nie lada wyzwaniem!
W schronisku pełno ludzi. Nie spodziewaliśmy się, że będzie
tu tak tłoczno. Większość przyszła tą wygodną asfaltową drogą z Gabonia, o której wspominałam. My będziemy nią wracać.
Mimo dużej ilości ludzi herbatę i ciasto dostajemy bardzo
szybko. Jeszcze nawet nie skończyliśmy przyniesionych z domu kanapek, a już
przed nami stoją pięknie podane – szarlotka dla mnie i Lilii, a sernik dla
Marka. Pięknie udekorowane bitą śmietaną, czekoladą i musem malinowym. Trochę
rozpustnie, ale zasłużyliśmy! Ostatecznie przetarliśmy dużą część żółtego
szlaku!

.jpg)
Za schroniskiem wybudowany został piękny punkt widokowy, ale Tatr niestety dzisiaj nie widać. Ale nie jesteśmy rozczarowani, bo nie liczyliśmy, że je zobaczymy, a i tak mamy niezłą pogodę.
.jpg)
.jpg)
Schodzimy teraz wygodną drogą na dół. Latem jest nudna i nieciekawa, ale dzisiaj prezentuje się pięknie. Z przyjemnością nią idziemy. A że w towarzystwie czas szybko mija, to nawet nie zauważamy, kiedy docieramy na
parking.
.jpg)
.jpg)
Wycieczka była godna – 15 kilometrów, z czego cztery stromym, nieprzetartym
szlakiem w sporym śniegu i prawie 700 metrów przewyższenia. Zafundowaliśmy Lili
kolejną wyprawę po przygodę, ale się na nas nie gniewa. Też jest bardzo
zadowolona z wycieczki. Było super!
Beskid Sądecki Przehyba Pasmo Radziejowej