Gorce - 20 grudnia 2020


Tydzień temu pogoda w sobotę była piękna, ale niestety nie mogłam się nigdzie wybrać, a w niedzielę było paskudnie, więc sobie odpuściłam. Zwłaszcza, że cotygodniowa wycieczka to już pewnego rodzaju nałóg. A z nałogami trzeba walczyć. Nawet dobrymi, bo czasem są rzeczy ważniejsze.

Oczywiście nie należy zbytnio przesadzać z samoumartwianiem się. Dlatego też cały tydzień kontrolowałam prognozy pogody. W weekend miało być nieźle, zwłaszcza w niedzielę. Znowu najładniej w Tatrach, ale dzień jest tak krótki, że trzeba by jechać w obie strony po ciemku. To żadna przyjemność, zwłaszcza, że mogą być mgły i ślisko na drodze. Z kimś tak, ale sama… Może w styczniu, jak dzień będzie nieco dłuższy.

Planowałam Pustą Wielką z Wierchomli Wielkiej, żeby przejść drugą częścią tego gminnego szlaku, którym szłam w listopadzie. Ale wszystko wskazywało na to, że będzie tam mglisto, a trochę słońca mi się jednak marzyło. Zdecydowałam się na Dolinę Dunajca, bo tu miało być słonecznie.

Myślałam o Trzech Koronach, ale tak do końca mnie nie pociągały. Postanowiłam kolejny raz wdrapać się na Koziarz z Tylmanowej. Może na szczycie będzie trochę szadzi.


Zostawiłam samochód tradycyjnie pod skałkami i ruszyłam mostem na drugą stronę Dunajca. Ale jakoś przeszła mi ochota, żeby tam pójść, bo od strony Krościenka nasuwały się w kierunku szczytu paskudne, szare chmury, a szadzi ani śladu. Spojrzałam w stronę Gorców. Tam niebo było zdecydowanie ładniejsze, a na szczytach było tu i ówdzie trochę szadzi, więc zmieniłam zdanie i wróciłam. Wdrapałam się do góry na szczyt skalistego wzniesienia pod którym zostawiłam samochód. To tzw. Baszta (Basta – 440 m n.p.m.). Ponoć w średniowieczu miała tam być strażnica, ale nie ma na to naukowych dowodów. Obecnie jest tam punkt widokowy, a grzbietem, przez ładny, brzozowy zagajnik, poprowadzona została droga krzyżowa.


Dotarłam do zielonego szlaku (wychodzącego pod skałkami) i widokowymi łąkami poszłam w stronę Lubania. Potem zagłębiłam się w lesie. Szłam tamtędy już dość dawno i nie pamiętałam już, jaki ten szlak jest stromy. Szczerze powiedziawszy, to trochę zaczęłam żałować swojej decyzji. Brzydki, nieciekawy las, bardzo stroma, chwilami śliska, mocno kamienista ścieżka, żadnych widoków. No cóż… Zamienił stryjek siekierkę na kijek…


Ale gdzieś na wysokości 800 m pojawiła się delikatna szadź i las od razu zrobił się piękniejszy. A jeszcze wyżej pojawiła się mgła. Delikatna i prześwietlona słońcem. Najładniej było na takiej małej polance, więc zeszłam ze szlaku i poplątałam się tu trochę. A potem zza drzew błysnęło słońce i to był naprawdę piękny widok.


Kilkadziesiąt metrów wyżej mgła całkiem znikła. Szadź też. Niebo było błękitne, a temperatura zdecydowanie wzrosła. No i było bezwietrznie. Musiałam się trochę rozebrać. Żałowałam, że nie wybrałam się wcześniej, bo po sprawdzeniu swojego położenia w aplikacji, która mam w telefonie, a z której coraz częściej korzystam w górach, ustaliłam, że na szczyt jest jeszcze około godziny. Na dodatek było sporo wiatrołomów i trzeba było obchodzić powalone pnie lasem. Nie zdążyłabym zejść przed zmierzchem, a nie miałam czołówki. Zresztą nie ryzykowałabym schodzenia tym szlakiem po ciemku. Sama.

Dotarłam na Pasterski Wierch (1100 m n.p.m.). I wróciłam. To nie była długa wycieczka. Jakieś 10 kilometrów. Ale za to godne przewyższenie, bo 700 metrów. Jak na koniec grudnia i samotny spacer, to całkiem nieźle.


Po drodze znowu spotkałam psy. Tym razem dwa. Co robiły same tak wysoko? Z dala od ludzi? Mały kudłaty i drugi wielki, przypominający mastifa angielskiego. Staliśmy i patrzyliśmy na siebie z obawą. Bałam się ruszyć, psy też. Zaczęłam je zachęcać łagodnym głosem, żeby się nie bały i mnie minęły (chociaż ja też się strasznie bałam). W końcu ten mały się odważył, i ostrożnie mnie minął. Musiałam jeszcze zachęcić tego wielkiego. Trochę to trwało. Ale wziął przykład ze swojego towarzysza i powolutku przeszedł obok mnie. Ale widać było, że trzęsie się ze strachu. Panicznie się mnie bał. Ciekawa jestem dlaczego? Musiał go ktoś bardzo skrzywdzić. Ale to dziwne, bo oba wyglądały na zadbane.



Lubań Gorce Tylmanowa
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.