GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

 Kotlina Popradzka - 13 września 2025


Problemy zdrowotne zmusiły mnie do prowadzenia przez jakiś czas mniej intensywnego życia. W związku z tym Marek w piątek sam poszedł zdobyć Krzesanicę. Trochę mi było żal, zwłaszcza, jak zobaczyłam zdjęcia, ale mówi się trudno. To był ostatni brakujący mu szczyt do zdobycia odznaki "Diadem Gór Polskich" i chciał to już mieć za sobą. Gdyby na mnie czekał, to w tym roku pewnie by Krzesanicy nie zdobył. Jestem z niego bardzo dumna!

A ja wpadłam na pomysł „oszczędzającej” wycieczki. A na dodatek niezwykle atrakcyjnej!

W poprzedniej relacji wspomniałam o spotkanym na Oślim Wierchu turyście, który przyjechał do Starej Lubowli pociągiem z Muszyny, zamierzał górami zejść do Mniszka i stamtąd wrócić do Muszyny także pociągiem. Zaintrygował mnie ten pomysł i po powrocie do domu postanowiłam to sprawdzić.

Okazało się, że w okresie wakacyjnym (14 czerwca – 14 września) w weekendy pomiędzy Popradem a Muszyną kursuje pociąg turystyczny, tzw. Beliansky Expres. Jeździł także zimą (28 grudnia - 23 lutego). Wyjeżdża z Muszyny o godz. 10.00, a w Popradzie jest o godz. 11.34.  Wraca o godz. 15.29.  W Muszynie jest o 17.09.

Od razu zapaliłam się do pomysłu przejechania się tym pociągiem. Już od dawna chciałam ponownie odwiedzić Spiską Sobotę, będącą obecnie częścią Popradu.

Zadzwoniłam do Marka z propozycją. Wracał właśnie z Tatr. Bardzo zmęczony, ale szczęśliwy, więc przychylnie odniósł się do mojego pomysłu. Chociaż perspektywa wycieczki na drugi dzień po Tatrach była trochę niepokojąca. Ale innej opcji nie było, bo to był ostatni weekend kursowania tego pociągu, a w niedzielę miało mocno padać. Poza tym kusiłam niemiłosiernie – jazda pociągiem, za czym Marek przepada, przejazd tunelem, który zawsze mijamy, jadąc tamtędy na nasze wycieczki, zwiedzanie, no i kawa z ciastkiem w Spiskiej Sobocie…  Mój kolega się złamał. Na szczęście mógł się wyspać, bo nie wyjeżdżaliśmy tak wcześnie rano.



Samochód można zostawić tuż przed dworcem w Muszynie. Ten wygląda obecnie bardzo nieciekawie i jest zamknięty. Toaleta w postaci toi-toia obok. Smutne jest to, że na razie nie widać, żeby ten dworzec był w remoncie. Bilety na pociąg sprzedawane są na peronie. Bilet do Popradu kosztuje 21,50 złotych, czyli 43,00 złote tam i z powrotem. Można też kupić je w pociągu u słowackiej obsługi za euro (odpowiednio 5 i 10 euro). Dla dzieci jest taniej.


Wyruszamy punktualnie. W momencie wyjazdu jest jeszcze mgliście, ale po chwili wychodzi słońce i taką piękną pogodę mamy już przez cały dzień. To w tym wypadku bardzo ważne, bo główną atrakcją tego przejazdu są widoki na pobliskie Tatry.  




Pociąg zatrzymuje się po drodze kolejno w Pławcu (Plaveč), Starej Lubowli (Stará Ľubovňa), Podolińcu (Podolinec), Białej Spiskiej (Spišska Belá), Kieżmarku (Kežmarok) i na węzłowej stacji Studený Potok w miejscowości Wielka Łomnica (Veľká Lomnica). 


Przejeżdżamy przez trzy mezoregiony Karpat: Pogórze Popradzkie (Ľubovnianska vrchovina), Międzygórze Spisko-Szaryskie (Spišsko-šarišské medzihorie lub Šariš) i Kotlinę Popadzką (Popradská kotlina). Trasa prowadzi wzdłuż dróg, którymi bardzo często jeździmy. To fajne obserwować je teraz z okien pociągu.

W każdej z wymienionych miejscowości można wysiąść i zrobić sobie wycieczkę pieszą, rowerową (można zabrać ze sobą rower za dodatkową opłatą) lub krajoznawczą. W Pławcu są ładne ruiny zamku i piękna trasa rowerowa.


Starej Lubowli raczej nie trzeba zachwalać. Zamek, skansen, wystawa militarna Michała Strenki oraz Ogród Wiktorii z największym w Europie Środkowej labiryntem i wieżą widokową. Jest tu aż 6 godzin na zwiedzanie, więc można sporo zobaczyć! A pasażerowie tego pociągu dostają 1 euro zniżki na zwiedzanie zamku i skansenu. Jest tu też sporo szlaków turystycznych i rowerowych.

Następną miejscowością, którą mijamy, są Drużbaki Niżne (Nižné Ružbachy). W niej pociąg się nie zatrzymuje, ale są tu dwa tunele kolejowe. Jeden przed, a drugi za. Ten pierwszy ma jakieś pół kilometra długości, drugi jest nieco krótszy. Temu dłuższemu przyglądaliśmy się zawsze podczas naszych wycieczek w Tatry i mocno nas intrygował. O tym drugim nie wiedzieliśmy. Teraz mamy okazję przez nie przejechać. To mocno ekscytujące.


Cała trasa prowadzi wzdłuż doliny Popradu, więc widoki są rozległe i piękne. Za Podolińcem pojawia się widok na Tatry i towarzyszy nam już do końca. Mamy szczęście, bo dzisiaj Tatry są pięknie widoczne.

Podoliniec to małe miasteczko, ale z bogatą historią. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z roku 1235. Należał do Polski i znajdował się w granicach ziemi sądeckiej. W roku 1292 uzyskał prawa miejskie. W połowie XIV wieku dostał się pod panowanie węgierskie, żeby znowu w 1412 roku za przyczyną słynnego zastawu spiskiego wrócić pod polskie panowanie, pod którym pozostawał aż do 1769 roku, kiedy to zajęli go Austriacy i włączyli do Cesarstwa austro-węgierskiego.


Tutaj też jest sporo do zobaczenia: dwa średniowieczne kościoły, renesansowa dzwonnica, dawny klasztor pijarów i fragmenty średniowiecznych murów obronnych, które są obecnie odnawiane. Można stąd zrobić sobie wycieczkę rowerową albo pieszą. Tuż spod dworca wychodzi zielony szlak, którym m.in. można dotrzeć do powstałej niedawno, a przepięknej ścieżki  turystycznej „Rekreačný chodník Sovia pol'ana”. Na jej trasie można sobie zrobić ognisko.

Kolejna na trasie jest Biała Spiska (Spišská Belá). Miejscowość została założona przez niemieckich osadników w XIII wieku po najazdach tatarskich. Ciekawostką jest, że do połowy XIX wieku zamieszkiwali ją wyłącznie Niemcy (w 1853 roku odsetek mieszkających tu Słowaków to 3,3%).


Miejscowość, mimo statusu królewskiego wolnego miasta, nigdy nie otrzymała przywileju na zbudowanie murów obronnych. Także należała do miast objętych zastawem spiskim, czyli przez ponad 350 lat była pod polskim panowaniem.

Przyznam się uczciwie, że nigdy się tu zatrzymywałam. To miasto, przez które się tylko przejeżdża. A jest tu zabytkowy średniowieczny kościół, renesansowa dzwonnica i XVIII- wieczna kolumna maryjna.


Tuż obok jest miejscowość Strážky. Znajduje się tam renesansowy kasztel z parkiem i bardzo ciekawymi zbiorami. Obok gotycki kościół i renesansowa dzwonnica, a w pobliżu staw rekreacyjny.

Sprawdziłam to na mapie. Z dworca to jakieś trzy kilometry. Można iść przez miasto, albo polami, bo są drogi.

No a z Białej Spiskiej pod Tatry prowadzi piękna ścieżka rowerowa. Zdaje się, że można tam rower wypożyczyć.


Kolejne na trasie jest wspaniałe miasto Kieżmark, powstałe w XIII wieku, chociaż osadnictwo na tym terenie jest znacznie starsze, bo sięga epoki kamienia. W przyszłym roku, jeśli nadal będzie kursował, przyjadę sobie tutaj tym pociągiem, bo mam ochotę odświeżyć sobie wycieczkę sprzed ponad 10 lat. Do powrotu jest jakieś 4,5 godziny, więc można sporo zobaczyć.

Między innymi późnogotycki zamek, drewniany kościół artykularny, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, gotycki kościół pw. św. Krzyża, nowy kościół ewangelicki o bardzo ciekawej, niespotykanej architekturze, stare miasto z pozostałościami murów obronnych i sporo innych zabytkowych budowli.

Dworzec kolejowy w Kieżmarku jest bardzo pięknie odnowiony. Typowy dla dworców cesarstwa austro-węgierskiego.


Kolejny przystanek Beliansky Expres ma w miejscowości Wielka Łomnica na węzłowej stacji Studený Potok. Tu dworzec jest malutki, ale bardzo ciekawy, bo zbudowany z muru pruskiego. Można tu wysiąść i przesiąść się na pociąg kursujący wzdłuż Drogi Wolności tuż pod Tatrami.

Wreszcie dojeżdżamy do Popradu. Pociąg zatrzymuje się tylko na stacji głównej. Mnie interesuje przede wszystkim Spiska Sobota – dawniej niezależne miasto, a obecnie jedna z dzielnic Popradu.


Sprawdziłam na mapie odległości – z dworca to jakieś 2 kilometry na piechotę. Nie ma możliwości dojechania tam autobusem, bo nie kursują. Dziwne. Jedyna opcja to taksówka. Koło dworca są zaznaczone dwa postoje. W praktyce okazuje się to jednak bardzo skomplikowane. Tutaj funkcjonuje tylko radio-taxi. Trzeba dzwonić i czekać. Taksówki podjeżdżają i zabierają klientów. Żadna nie jest wolna. Wpisałam sobie w domu telefony do dwóch, ale nie zwróciłam uwagę, że przed numerem był plus. W związku z tym nie możemy się oczywiście dodzwonić i nie wiemy dlaczego. Cóż, niewiedza kosztuje…

W końcu zatrzymuje się tuż obok nas taksówka. Pusta. Rzucam się w jej kierunku. Ale kierowca też po kogoś przyjechał. Rzeczywiście, czekają na niego trzy Romki. Uspokaja mnie, że ktoś po nas przyjedzie, ale niby jak, bo przecież nigdzie nie możemy się dodzwonić… A czas ucieka….

Ale chyba wyczuwa moją rozpacz, bo każe pasażerkom wysiąść i podjeżdża po nas. Nie wiem, jak się dogadali, może obiecał im, że zaraz po nie przyjedzie, w każdym razie po chwili siedzimy w taksówce i jedziemy szczęśliwi do Spiskiej Soboty. Kurs kosztuje nieco więcej, niż było to podane na stronie, bo 10 euro, a miało być 6-7, ale nie protestujemy, bo najważniejsze, to się tam szybko dostać.

Słowak jest sympatyczny. Daje nam wizytówkę i obiecuje, że po nas przyjedzie. Ale zachęca, żebyśmy wrócili pieszo. Pokazuje nam skrót. Twierdzi, że to na dworzec tylko 7 minut. Nie do końca mu wierzymy, ale zapamiętujemy, jak mamy pójść.


Spiska Sobota jest pięknym miejscem. W 1950 ogłoszono ją miejskim rezerwatem zabytków i jest dzisiaj największą atrakcją turystyczną Popradu.

Kiedyś było to samodzielne miasto. Założone najprawdopodobniej pod koniec wieku XII, chociaż pierwsza pisemna wzmianka pochodzi z wieku XIII. Po najazdach tatarskich wyludnione tereny zajęli koloniści niemieccy. Oni też do XVIII wieku stanowili większość mieszkańców.


Wznieśli tu kościół pod wezwaniem św. Jerzego (kostol sv. Juraja). Jego początki sięgają 1273 roku. Pierwotnie był romański, później kilkakrotnie przebudowywany. Ołtarz główny  powstał w 1516 roku. Jego autorem jest słynny Paweł z Lewoczy, artysta klasy Wita Stwosza. Teoretycznie można go zwiedzać, bo przed kościołem jest tablica, że jest otwarty dla turystów w godz. od 10.00 do 17.00. Ale jest zamknięty. I nie tylko dzisiaj, bo szukając informacji w Internecie na ten temat, odkryłam, że prawie nikomu nie udało się go zobaczyć w środku. Jest też podany telefon, ale nikt go nie odbiera. Byliśmy tu na wycieczce zorganizowanej przez PTTK w 2013 roku. Strasznie wtedy lało. Zwiedzaliśmy miasto w deszczu. Do kościoła nas w końcu wpuszczono, ale wnętrze było akurat remontowane. A, z tego co pamiętam, osoba, która nas po nim oprowadzała, była bardzo niemiła.

No cóż, jesteśmy trochę rozżaleni. Niby boczne drzwi są uchylone i można zajrzeć do środka, ale widać tylko jeden z bocznych ołtarzy.


Obok kościoła jest piękna, renesansowa dzwonnica, zbudowana w 1958 roku. Zwieńczona jest attyką, jak większość tego budowli na tym terenie.

Podchodzimy pod Muzeum Podtatrzańskie, mieszczące się przy rynku w dawnym niemieckim domu mieszczańskim (Wernerov dom). Niestety, też jest nieczynne, bo trwa w nim remont.


Obchodzimy więc wokół wrzecionowaty rynek, podziwiamy ratusz zbudowany w wieku XVIII, barokową kolumnę z figurą Najświętszej Marii Panny, wzniesioną na pamiątkę powrotu miast spiskich do Węgier (Spiska Sobota, podobnie jak Poprad i sąsiednie miejscowości wchodzące obecnie w jego skład, były częścią zastawu spiskiego).


Docieramy do protestanckiego kościoła z 1777 roku, podziwiając po drodze piękne kamieniczki mieszczańskie. Są w większości niewysokie, bo dwukondygnacyjne. Powstały w XVI i XVII wieku. Duża ich część ma strome dachy, kryte gontem. Pod wieloma z nich zachowały się gotyckie piwnice.



Większość znajdujących się tutaj budynków jest pięknie odnowiona. Wychodzimy poza rynek, docieramy do tutejszego cmentarza, na którym jest sporo zabytkowych nagrobków. Naszą uwagę zwracają niezwykle efektowne, wbudowane w mur cmentarny.


Wracamy na rynek i idziemy na obiecaną Markowi kawę i ciastko. Siedzimy sobie w ogródku przed kawiarnią i delektujemy się atmosferą tego sennego, zabytkowego miejsca. Jest tutaj przepięknie!


Okazuje się, że mamy jeszcze dużo czasu. Postanawiamy zaoszczędzić 10 euro i wrócić tak, jak doradził nam taksówkarz. Docieramy do przystanku autobusowego, który nam pokazał i zaczynamy schodzić ulicą Vagonárską. Skręcamy w Košicką, potem Prešovską. Z niej wąską uliczką znowu wychodzimy na Vagonárską. A stamtąd dziką ścieżką docieramy do kładki na Velickim potoku. Dochodzimy do ulicy Novej, idziemy nią kawałek i skręcamy na kolejną dziką ścieżkę, która doprowadza nas do chodnika prowadzącego prosto na dworzec. Korzystaliśmy z mapy w telefonie, więc nie było to trudne. Co prawda, zajęło nam to 25 minut, a nie 7, ale było warto.


Mamy jeszcze ponad półtorej godziny, więc idziemy zobaczyć popradzkie stare miasto, bo jest położone niedaleko od dworca.

Jakoś nie pamiętałam, żebym tu była, ale jak dochodzimy do centrum, to dociera do mnie, że tak. Na dodatek byliśmy tu z Markiem razem. I było to na tej samej wycieczce, o której wspominałam.


Poprad (Poprád) to obecnie miasto powiatowe. Największe miasto w tym regionie. Liczy ok. 50 tys. mieszkańców (10. co do wielkości miasto Słowacji). Malowniczo położone u podnóża Tatr.

Od X wieku te tereny należały do Węgier. Po najazdach tatarskich w I poł. XIII wieku węgierscy władcy sprowadzili tu osadników z Niemiec. Zakładali oni nowe osady lub zasiedlali stare. M.in. powstały wtedy: Poprad, Spiska Sobota, Maciejowce (Spišské Matejovce), Wielka (Veľká), Straże (Stráže pod Tatrami) i Kwietnica (Kvetnica). Wszystkie one obecnie znajdują się w granicach współczesnego Popradu i są jego dzielnicami. Zamieszkiwała je aż do XIX wieku ludność niemiecka (często powyżej 90 %).


Najważniejsze znaczenie miała Spiska Sobota, pełniąca rolę miasta powiatowego. Ale w II poł. XIX wieku zbudowano kolej, która przechodziła przez Poprad, a ją ominęła. Wtedy to podupadła, a Poprad zaczął się intensywnie rozwijać. W 1927 roku to on został siedzibą powiatu, a po drugiej wojnie światowej kolejno przyłączano do niego wymienione wyżej miejscowości.


W centrum Popradu jest obecnie pięknie odnowiony rynek, także o soczewkowatym kształcie, otoczony przez barokowe i klasycystyczne kamieniczki. Stoi tu wczesnogotycki kościół pw. św. Idziego z końca XIII wieku. Jest zamknięty, ale ma otwarty przedsionek, więc przez kraty zaglądamy do środka.

Został przebudowany w wieku XV, wtedy też ściany zostały pokryte polichromią, która częściowo się zachowała. Ponoć na łuku tęczowym jest malowidło przedstawiające Tatry – to najstarsza znana ich panorama. Ze starego wyposażenia zachowała gotycka chrzcielnica z brązu z XV wieku.


Obok kościoła jest renesansowa dzwonnica z XVI wieku i figura Matki Boskiej Niepokalanej.

W centrum rynku stoi klasycystyczny kościół ewangelicki pw. Świętej Trójcy.

Podobnie, jak w Spiskiej Sobocie, obchodzimy rynek dookoła. I wracamy na dworzec, bo czas nam się kończy. Ale jesteśmy bardzo zadowoleni, bo nie liczyliśmy, że tyle uda nam się zobaczyć.

W drodze powrotnej siadamy po drugiej stronie, żeby podziwiać inne widoki. Zwłaszcza, że Tatry tak zasłoniły chmury, że prawie ich teraz nie widać.

W Muszynie jesteśmy tuż po 17.00. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej niespodziewanej i tak nietypowej wycieczki. To był świetny pomysł! Zwłaszcza, że pogoda nam dopisała.



Muszyna Kotlina Popradzka Poprad Spiska Sobota
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.