GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Gorce - 1 marca 2025


Markowi do uzyskania odznaki Korona Gór Polskich została do zdobycia Babia Góra i Turbacz. Byliśmy już tam wielokrotnie, ale jak trzeba… Wycieczkę na Turbacz zaplanowałam na okres, kiedy będą kwitły krokusy, bo wtedy tam jeszcze nie byłam. Ale młody człowiek, który zrobił dla mnie tę stronę internetową i nadal służy mi pomocą, kiedy tego potrzebuję, miał akurat wolny weekend, co nieczęsto mu się zdarza i nagle zapragnął wybrać się ze mną w góry. Nie mogłam odmówić. Musiałam wymyślić wycieczkę, z której Pan Wojtek byłby zadowolony. I pomyślałam, że najlepszym wyborem będzie Turbacz z Koninek. Tak z Nowego Sącza, jak i z Krakowa, odległość jest podobna. A góra godna zdobycia. No i Marek mógłby się z nami wybrać i  miałby już ten szczyt z głowy.

Obydwaj panowie wyrazili zgodę na wspólną wycieczkę. Zaplanowaliśmy ją na sobotę, bo wtedy miała być lepsza pogoda. W nocy z czwartku na piątek trochę sypnęło śniegiem i w związku z tym liczyłam na ładne zimowe widoki.

Umówiliśmy się o 8.30 na parkingu w Koninkach. Jest płatny, a na dodatek kosztuje teraz 30 złotych, co jest dość sporo, zważywszy panujące tam warunki.

Bilety do GPN kupiliśmy przez Internet. Po wniesieniu opłaty dostałam maila od Parku, ale bez biletów w załączniku. Pan Wojtek podobnie. A pani sprzedająca bilety przed wejściem na teren GPN dokładnie nas sprawdziła i mocno mruczała, chociaż mieliśmy dowody zakupu. W końcu nas puściła, ale nie była zbytnio zadowolona. Uważała, że to nasza wina.



Pogoda zapowiadała się ładna, chociaż po południu miało się zachmurzyć. Wyruszyliśmy niebieskim szlakiem do góry. Początkowo śniegu prawie nie było, ale im wyżej, tym było go coraz więcej. I było coraz piękniej. Świeży bielutki śnieg, także na drzewach, błękitne niebo i słońce… Czegóż można więcej chcieć zimą w górach, poza ładnymi widokami, a te też wkrótce się pojawiły. A myślałam, że wycieczka na Gorc będzie moją ostatnią zimową wycieczką w tym sezonie...



Minęliśmy Suchy Groń (1043 m n.p.m.), a potem Polanę Średnie. Potem wdrapaliśmy się na Czoło Turbacza (1258 m n.p.m.). Po chwili byliśmy już na rozległej Hali Turbacz i mogliśmy podziwiać widoki. Trochę tu wiało i pojawiły się też śniegowe chmury, ale na razie jeszcze cieszyliśmy się słońcem.



Zdecydowaliśmy się pójść najpierw na Turbacz (1310 m n.p.m.), a dopiero później do schroniska. Z Hali Turbacz wychodzi ścieżka, dochodząca do GSB, przechodzącego przez szczyt. Na szczęście była przetarta. Po chwili dotarliśmy do szlaku. Nim kawałek do góry. Niestety, tu słoneczna pogoda się skończyła. W okolicy szczytu i na nim było mgliście. W związku z tym ani Tatr, ani Babiej Góry nie udało nam się zobaczyć.



Ale i tak byliśmy bardzo zadowoleni. Zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną, a potem poszliśmy do pobliskiego schroniska na kawę i oczywiście słynny gorczański deser, bez którego zdobycie Turbacza nie byłoby pełne. Ostatecznie, Pan Wojtek był tu po raz pierwszy, Marek zaliczył przedostatni szczyt, brakujący mu do KGP, a ja, jako łasuch, też nie mogłam przegapić takiej okazji!


Po uzupełnieniu kalorii i odpoczynku, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety, słońce schowało się już na dobre. I nawet zaczął prószyć śnieg.



Wracaliśmy początkowo, tak, jak przyszliśmy, czyli niebieskim szlakiem przez Halę Turbacz. Poniżej Czoła Turbacza postanowiliśmy zejść na zielony szlak, prowadzący przez Turbaczyk. To trochę dłuższa trasa, ale za to mogliśmy zrobić honorową pętlę. Szlak był kiepsko przetarty, bo przed nami przeszły tylko dwie osoby, ale śniegu nie było tam zbyt dużo. Zaczął co prawda sypać śnieg, ale po chwili na szczęście przestał. Szlak schodził dość stromo w dół, a potem, ku naszemu zaskoczeniu, dwukrotnie musieliśmy się ostro drapać do góry. Jakoś umknęło to mojej i Marka pamięci, bo pewnie nie zdecydowalibyśmy się tędy wracać. To była mocno męcząca trasa. No, ale zdobyliśmy trzy kolejne szczyty – Kopieniec (1081 m n.p.m.), Wierch Spalone (1091 m n.p.m.). i Turbaczyk (1078 m n.p.m.).



Na Turbaczyku mocno wiał zimny wiatr, więc odpoczynek, żeby coś zjeść i się napić, zrobiliśmy nieco niżej. Nie szliśmy dalej zielonym szlakiem, który schodzi do Niedźwiedzia, tylko ścieżką edukacyjną „Na Turbaczyk”. To bardzo ładna ścieżka, ale w końcowym odcinku też mocno stroma.


Trasa była godna – całe 17 kilometrów i pokonaliśmy ją w bardzo dobrym czasie. To trochę zasługa Marka, bo miał tego dnia niesamowite tempo. Chyba radość ze zdobycia Turbacza tak go niosła… Byłam bardziej zasapana i spocona niż zwykle. Obydwoje z towarzyszącym mi cierpliwie Panem Wojtkiem ciągle zostawaliśmy w tyle. 

Byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni ze wspólnej wyprawy. Ja co prawda zdobyłam Turbacz już po raz dwunasty, ale spędziłam dzień w miłym towarzystwie, więc nie żałowałam. 



Gorce Turbacz Turbaczyk Koninki
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.