KWIECIEŃ
Złoć żółta (Gagea lutea)

Beskid Niski - 7 października 2023


Dotrzymuję słowa i wracam nad Jezioro Klimkowskie. Tym razem postanawiam poplątać się po jego drugim brzegu, gdzie wznoszą się tzw. Pieninki Gorlickie.



Jadę w związku z tym do Łosia. Mijam centrum i skręcam na zaporę. Samochód zostawiam zaraz za mostem. Zauważam duże odsłonięcie skalne naprzeciw mostu po drugiej stronie Ropy, więc schodzę nad wodę, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Potem idę dalej asfaltową drogą w stronę zapory. Prowadzi tędy ścieżka przyrodniczo-widokowa. Są tu tablice informacyjne. Zaglądam do dawnego kamieniołomu. Skały są słabo widoczne, bo mocno już zarósł. W okolicach tamy są ławeczki.


Pod zaporą zderzam się z zamkniętą na kłódkę bramą. Jestem mocno rozczarowana, bo liczyłam na spacer po zaporze z widokiem na jezioro i szczyty, które zdobyłam w zeszły weekend. Wejście na dalszą część ścieżki, poprowadzone trawersem południowo-wschodniego zbocza góry Kiczera-Żdżar (610 m n.p.m.), jest właściwie niewidoczne. Po chwili rozglądania się zauważam za ogrodzeniem zapory metalowy mostek przerzucony przez rów. Okazuje się, że trzeba iść tamtędy.


Zaraz na początku trasy, w znajdujących się tu skałach jest ponoć wejście do małej osuwiskowej jaskini - "Jaskini Złomistej". Zaś w okolicy kamieniołomu jest druga, podobna jaskinia - "Jaskinia nad kamieniołomem".

Ścieżka prowadzi stromo do góry, potem trawersuje zbocze i schodzi na dół w okolicach zapory. Widoków o tej porze roku nie ma żadnych, bo wszystko zasłaniają liście rosnących tu drzew. Ale późną jesienią czy wiosną są stąd pewnie niezłe widoki na jezioro.


Schodzę na dół, podchodzę do tamy (oczywiście z tej strony też zamkniętej, o czym informuje tablica. Na szczęście jest stamtąd ładny widok na zalew i otaczające go góry.

Dociera do mnie, że skoro zapora jest niedostępna, to nie przejdę na drugą stronę, a przecież mam zamiar powłóczyć po górach właśnie po tej stronie. Muszę wrócić. Na mapie było zaznaczone przejście przez Ropę w pobliżu mostu. Ale uświadamiam sobie, że to chodziło o bród. Może latem, jak poziom wody jest niski, można tamtędy przejść, ale dzisiaj to na pewno nie jest możliwe. Czyli, że będę musiała pojechać do Kunkowej i spróbować wyruszyć na podbój Pieninek Gorlickich stamtąd. Cóż…


Ale nagle przypomina mi się, że przecież niedaleko przed mostem jest duży plac. Już po drugiej stronie Ropy, która przepływa pod mostem na drugą stronę drogi. I widać było stamtąd wejście do lasu. Nie muszę nigdzie jeździć!

Podjeżdżam ten kawałek od mostu na plac, zostawiam samochód i wyruszam szeroką leśną drogą na podbój Pieninek Gorlickich. Jestem bardzo zadowolona i dumna z siebie!


Nie ma tu żadnych szlaków, ale moje ulubione mapy.cz. są dokładne i zaznaczona jest na nich większość dróg leśnych oraz szczyty. Zamierzam dotrzeć na Czerteżyki (628 m n.p.m.) i Ubocz (623 m n.p.m.).


Cała trasa prowadzi niestety przez las. Nie ma żadnych widoków. Ale jest urodzaj na rydze. Szczególnie dużo rośnie ich na stromych zboczach jaru, którym płynie Potok z Góry Łyciec (trochę ta nazwa mi się nie podoba, bo góra nazywa się Łysiec, ale na dwóch mapach tak jest podane, więc nie polemizuję). Gdyby dało się do nich dotrzeć, to można by ich nazbierać w hurtowych ilościach.  Niestety, jest tu zbyt stromo. Ale nie narzekam, bo i tak udaje mi się ich sporo zebrać. Jak na moje skromne potrzeby, to i tak za dużo.


Koło dwunastej wychodzi słońce i od razu robi się przyjemniej. Wdrapuję się na szczyt. Wysokościomierz pokazuje mi 644 m n.p.m. Nazwy ta górka nie ma. Przynajmniej na mapie. Schodzę niżej, na Czerteżyki. Znajduję kamień będący oznaczeniem szczytu. Nazwa pochodzi od słowa czerteż, czyli po rusku wyrąb. Akurat teraz jest to adekwatna nazwa, bo na szczycie prowadzony jest intensywny wyrąb lasu. Potem w domu doczytuję, że jest to szczyt dwuwierzchołkowy, co zresztą sugeruje jego nazwa. Ale na mapie ten drugi wierzchołek nie jest zaznaczony. Z Czerteżyków można zejść stromą drogą do Kunkowej. Na widokowe łąki.



Ale ja wracam kawałek, bo muszę teraz odnaleźć szczyt o nazwie Ubocz. Nazwa pochodzi najprawdopodobniej od słowa ubocze, czyli miejsca oddalonego od osiedli ludzkich.



Odnajduję prowadzącą na niego ścieżkę i dość szybko docieram na wierzchołek. Tu też jest granitowy słupek, a na drzewie nad nim zatarty znak szlaku. Najprawdopodobniej niebieskiego. Czyżby przed powstaniem Jeziora Klimkowskiego prowadził właśnie tędy, a nie szczytami po drugiej stronie? Nie udało mi się niestety znaleźć żadnych informacji na ten temat.


Miałam wracać tą samą drogą, ale postanawiam zejść z Ubocza ścieżką, która prowadzi w dół nad Ropę, dokładnie do brodu, przed którym stałam rano. Trochę martwi mnie, jak przejdę potem na drugą stronę, bo na mapie to nie wygląda zbyt zachęcająco, ale postanawiam pomyśleć o tym na dole. Jakoś to będzie!


Dróżka, na początku przyjemna, zamienia się w świeżą „spychaczówkę”. Nie idzie się nią przyjemnie, ale jakoś docieram na dół. Stoję nad brodem i zastanawiam się co dalej. Znajduję błotnistą ścieżkę prowadzącą wzdłuż Ropy. Ale mam świadomość, że w pewnym momencie się skończy, bo stanie jej na drodze to strome skalne zbocze, które oglądałam rano. No i tak właśnie jest!


Postanawiam wdrapać się do góry i przejść nad urwiskiem. Pomysł karkołomny i niebezpieczny, bo jest tu bardzo stromo, ale jakoś udaje mi się w końcu wczołgać nad urwisko. Jest stąd całkiem ładny widok na Ropę i most. Potem, przedzierając się przez haszcze, odnajduję stromą i niebezpieczną ścieżynkę na dół. Nie ma innej alternatywy, więc powolutku, uważając na każdy krok, schodzę nią do szerszej drogi, docierającej nad brzeg Ropy. Dalej przedzieram się znowu przez gęste zarośla. Ale na szczęście tylko chwilę, bo dość szybko docieram do drogi prowadzącej nad zaporę. I jestem naprawdę szczęśliwa, bo ten ostatni odcinek trasy mnie wykończył!


Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i dochodzę do samochodu. Jestem bardzo zadowolona! Zrealizowałam cały plan wycieczki. Zaliczyłam ścieżkę nad zaporą, obejrzałam przełom Ropy i zrobiłam piękną pętlę po Pieninkach Gorlickich. Przeszłam w sumie 13 kilometrów, całkiem poza szlakiem, korzystając tylko z aplikacji w telefonie. Nie zgubiłam się ani razu! Zaliczyłam oba zaplanowane szczyty i znowu nazbierałam sporo grzybów, w tym poza rydzami, moje ulubione kanie i gołąbki. Pieninki Gorlickie może nie okazały się bardzo interesujące, ale zaspokoiłam swoją ciekawość, zapoznałam się z kolejnym, nieznanym mi fragmentem Beskidu Niskiego, i teraz, po dwóch ostatnich wycieczkach, okolice Jeziora Klimkowskiego są mi już nieźle znane. 



Beskid Niski Łosie (Beskid Niski) Pieninki Gorlickie Czerteżyki Ubocz
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.