STYCZEŃ
Buk zwyczajny (Fagus sylvatica)

Beskid Sądecki - 4 stycznia 2026


Duża część Polski zawalona śniegiem. Ciągle tylko ostrzeżenia przed zawiejami i zamieciami. A u nas właściwie bezśnieżna zima. Tyle, że wieje i słońca niewiele. Trzy razy już wstawałam rano z zamiarem wyjazdu i po sprawdzeniu prognoz pogody i kamer na pobliskich szczytach rezygnowałam.

Niedziela miała być słoneczna. I mniejszy wiatr. Na dodatek w Wierchomli miały być nad ranem mgły. Może nie ma zbyt wiele śniegu, ale wyobraziłam sobie te drzewa pokryte szadzią….

Jednak rano po sprawdzeniu kamery mocno się rozczarowałam. Tak samo szaro jak wczoraj. Ale postanowiłam pojechać, bo to mimo wszystko miał to być piękny, słoneczny dzień. A śnieg może prędzej czy później się pojawi.

Zostawiłam samochód pod cerkwią w Wierchomli Wielkiej. Było trochę ponuro, bo słońce nie wyszło jeszcze zza gór, ale rzeczywiście zapowiadała się wspaniała pogoda. Ruszyłam gminnym czerwonym szlakiem do góry w stronę żółtego szlaku, idącego z Łomnicy-Zdrój na Halę Łabowską. Postanowiłam, że pójdę na Parchowatkę (1004 m n.p.m.).


To piękny, widokowy szlak. Mój ulubiony. Od samego początku jest na co popatrzeć. Prowadzi głównie łąkami, zresztą podobnie jak ten żółty z Łomnicy. Bałam się, że na tych rozległych łąkach, zwłaszcza pod szczytem, będzie wiało, ale nie. Właściwie cały dzień było prawie bezwietrznie.


Szłam sobie niespiesznie do góry, podziwiając widoki. Byliśmy tu z Markiem trzy lata temu o tej samej porze. Też było piękne słońce i podobna ilość śniegu. Zrobiliśmy wtedy długą trasę, bo jak zeszliśmy ze szczytu na Siodło pod Parchowatką, to Marek zmienił moje plany i schodziliśmy do Doliny Potaszni – częściowo szlakiem narciarskim, a częściowo lokalnymi drogami – w sumie ponad 18 kilometrów. To była piękna wycieczka. Ja jej dzisiaj nie powtórzę – wejdę na szczyt, a potem zejdę, najprawdopodobniej jakimiś drogami lokalnymi, zdecydowanie krótszą trasą.

Śniegu niewiele, ale lekki mrozik, więc ziemia jest zamarznięta i nie ma błota. Idzie się świetnie. Początkowe podejście jest ostre. Wychodzę na rozległą polanę, skąd jest pierwszy widok na Tatry.



Jest tutaj mój ulubiony łemkowski krzyż, a na górze polany ciekawa drewniana kapliczka, zrobiona z rozwidlonego pnia. Była w niej gipsowa figurka Matki Boskiej, co mocno mi nie pasowało. Teraz z radością zauważam, że ktoś był mądry i umieścił tam ikonę. Teraz to bardzo ładnie się komponuje. I ktoś o tę kapliczkę dba, bo jest świeża dekoracja bożonarodzeniowa. Ławeczka też została umieszczona inaczej – tak żeby można było podziwiać Tatry.


Widoczność jest taka sobie – Tatry oczywiście widać, ale są jakieś takie rozmyte.


Plątam się chwilę po okolicznych polanach. Na jednej z nich jest ładna bacówka, więc zawsze tam zaglądam. Potem wracam na szlak. Docieram pod szczyt Kiczory (763 m n.p.m.). Mijam małą polankę. Pełno na nie rozmaitych tropów zwierząt – jeleni, saren, dzików, wilków, a nawet rysia. Robię zdjęcia, ale wychodzą kiepskie, więc ich nie zamieszczam.


Potem szlak schodzi stromo w dół – jakieś 100 metrów do potoku Wapiennik. Potem muszę tę wysokość znowu odzyskać. Tu szlak jest oblodzony, ale można go obejść bokiem.


Mijam przysiółek Poza Wierch. Tam szlak schodzi z drogi i skrótem, prawie niewidoczną ścieżką, idzie do góry. Ale zdaje się, że już tamtędy, mimo szlakowych oznaczeń nie będzie można chodzić, bo buduje się nowy dom i jest napis "teren prywatny" oraz taśmy zagradzające drogę. Co prawda zerwane, ale idę tędy już na pewno ostatni raz. I pewnie przebieg szlaku zostanie prędzej czy później zmieniony.



Schodzę na łąkę, skracając sobie w ten sposób trochę trasę i docieram do żółtego szlaku. Idę powoli, podziwiając widoki. Dochodzę do lasu. Idę szeroką, kamienistą drogą, pewna, że tędy idzie szlak. Okazuje się, że nie. Szlak idzie granią, a ja poszłam bokiem. Ale jak sprawdzam naszą wycieczkę sprzed trzech lat, to szliśmy tak samo. Docieram w pewnym momencie do szlaku. Podejście było dość ostre. Teraz już jest łagodniej.


Dochodzę do rozległej polany pod Parchowatką. Zachowało się tu kilka bacówek. Jedną z nich ktoś kupił i przyjeżdża tu latem. Od razu też zagrodzona została przechodząca obok niej droga, od której odchodziła wygodna ścieżka na szczyt Parchowatki. Znowu prawo własności...


Z tej polany jest wspaniały widok na Tatry. Podchodzę do jednej z opuszczonych bacówek. Ma mały ganeczek i zamierzam tam sobie zjeść drugie śniadanie, bo już najwyższa pora.


Potem się pakuję i zamierzam brzegiem lasu dotrzeć do końca polany, a potem spróbować wejść na szczyt. Szkoda, że nie zostałam chwilę dłużej, bo na polanę wbiega jeleń. Gdybym siedziała na ganeczku, to pewnie by mi się udało zrobić mu zdjęcie. Teraz go widzę, ale zasłaniają mi go zarośla i zdjęcie mi nie wyjdzie. Obchodzę drugą bacówkę powolutku, w nadziei, że jeszcze tam będzie. Ale znowu mam pecha, bo z zarośli wypadają trzy psy i go płoszą. Ale i tak jestem zadowolona, bo z tak bliska jeszcze rogacza nie widziałam. No, wyjąwszy tego z Jurgowa, ale ten nie był całkiem dziki.



Zaczynam wspinaczkę na szczyt. Ktoś przed mną tędy wchodził, więc idę po jego śladach. I słusznie, bo docieram do celu. Chociaż przez chaszcze. No, ale tak zdobywa się właśnie KBS. Często bez ścieżek. Marka tabliczka wisi (chyba już trzecia z rzędu). Na dole kierunkowa też była. Idę chwilę po śladach, ale turysta szedł w kierunku Siodła pod Parchowatką. Jest już prawie pierwsza, więc nie mogę sobie na to pozwolić. Postanawiam, że zejdę do Wierchomli, tak jak weszłam, bo co prawda są dwie inne możliwości, ale poza szlakami. Ostatnim razem się nieco zgubiłam, a to wcale nie jest łatwy teren. Muszę być na dole przed wpół do czwartej, żeby wrócić do Sącza za dnia.


Całkiem niechcący znajduję ścieżkę Marka, więc schodzę nią na dół. Ostatecznie w chatce nikogo dzisiaj nie ma, więc nikt mi nie zrobi awantury.


Ta ścieżka to jedyne dzisiaj miejsce, w którym znajduję zimę. Spędzam więc na niej trochę czasu, bo bardzo jestem spragniona widoku okiści na drzewach. To tylko namiastka, ale zawsze…


Schodzę teraz już cały czas żółtym szlakiem. Wydawało mi się, że droga, którą szłam do góry była stroma. Ten odcinek szlaku jest jednak bardziej stromy. No i to zdecydowanie węższa, leśna ścieżka.


Wychodzę na łąki, znowu skracam sobie trasę, idąc nimi na przełaj. Potem pomijam już wspominany wyżej szlakowy skrót czerwonego szlaku i idę drogą przez przysiółek Poza Wierch.


Teraz zejście w dół i znowu 100 metrów przewyższenia. Idę w miarę szybko, bo czas mnie mocno goni. Ale już piętnaście po trzeciej jestem pod cerkwią, więc dotrę do domu za dnia.


To był bardzo przyjemny spacer. Co prawda, w obie strony prawie tą samą trasą, ale zimą bywa tak bezpieczniej, zwłaszcza, gdy dzień jest krótki. Przeszłam jakieś 13 kilometrów i po raz kolejny zaliczyłam Parchowatkę. No i spotkałam jelenia. A dzień był piękny, mimo braku moich ulubionych zimowych widoków. Nowy rok w górach został przez mnie rozpoczęty. Mam nadzieję, że czeka mnie w nim na górskich szlakach wiele ciekawych przygód.



Beskid Sądecki Pasmo Jaworzyny Krynickiej Parchowatka Wierchomla
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.