GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Tatry - 28 sierpnia 2025


Marek Koronę Karpat Polskich zaliczył wiosną. A do zdobycia Diademu Gór Polskich brakowało mu tylko Krzesanicy (2122 m n.p.m.) – jednego ze szczytów należącego do masywu Czerwonych Wierchów.

Już właściwie trzeci rok się tam wybieramy i jakoś nic z tego nie wychodzi. Zawsze coś staje nam na przeszkodzie. W tym roku zaplanowałam pójście na Czerwone Wierchy na początku lipca – wtedy, kiedy to miejsce zamienia się w kwietny ogród – bo chciałam przy okazji zrobić trochę zdjęć rosnącym tam roślinom. Ale znów się nie udało.

Kolejny termin wyznaczyłam teraz, ale na przeszkodzie stanął znowu halny. Byłam zła. Pomyślałam sobie, że może jedźmy, bo może nie będzie tak źle, jak mówią prognozy pogody. Bo jak będziemy tak czekać na idealne warunki, to nigdy się tam nie wybierzemy. W ubiegłym roku w Bieszczadach mocno wiało i daliśmy przecież radę. Markowi bardzo zależało, ja chciałam mu zrobić przyjemność… Koniec końców, wylądowaliśmy w Kirach u wylotu Doliny Kościeliskiej.

Jak wysiedliśmy z samochodu na parkingu, to już było nieciekawie. W Dolinie Kościeliskiej strasznie wiało. Niesiony wiatrem pył zasypywał oczy. Ale szliśmy, choć było to mało przyjemne.


Kiedy skręciliśmy w okolicach Cudakowej Polany na szlaki idące na Czerwone Wierchy, zrobiło się przyjemniej. Mieliśmy do wyboru albo czerwony szlak przez Adamicę, albo najpierw wejście czarnym na Miętusi Przysłop i dalej niebieskim szlakiem przez Kobylarzowy Żleb. Gdybyśmy wybrali pierwszą opcję, schodzilibyśmy pewnie przez Tomanową Dolinę. A wtedy czekałoby nas przejście całą Doliną Kościeliską, a było tam dzisiaj bardzo wietrznie. Poza tym to długa trasa. No i ten remont, związany z budową tam kanalizacji…



Marek wybrał więc drugą opcję – przez Kobylarzowy Żleb. Poszliśmy w stronę Przysłopu Miętusiego. Było pięknie. Na dodatek pusto – żadnych turystów. Szło się cudownie, bo wiatr, choć był, to nie dawał się nam zupełnie we znaki.


Dość szybko dotarliśmy na Przysłop Miętusi. Tu znowu mocno wiało, więc szybko skręciliśmy na niebieski szlak i po chwili wędrowaliśmy już lasem. To ładny, wygodny szlak. Co jakiś czas wyłaniały się widoki na Czerwone Wierchy. Było pięknie. Staraliśmy się nie myśleć, co będzie, jak wyjdziemy na grań… Zwłaszcza, że żadne z nas podczas halnego jeszcze w Tatrach nie było. Przeżyłam już burze, śnieg w lipcu, zalane szlaki, ale halnego nie.



Musieliśmy zrezygnować dużo wcześniej, niż zakładaliśmy w najczarniejszym scenariuszu. Kiedy wyszliśmy z lasu i stanęli u wrót Kobylarzowego Żlebu, wiedzieliśmy już, że jest źle. Z góry schodzili turyści. Wszystkich po kolei pytałam, jak jest na górze. Okazało się, że nikt z nich tam nie dotarł. Najdalej doszli pod łańcuchy. Stamtąd się wszyscy wycofywali. Chociaż ponoć kilka osób poszło dalej.


Ja chciałam zrezygnować od razu. Markowi jednak bardzo zależało na tej Krzesanicy… Chciał próbować... Ubrałam się więc cieplej i poszłam za nim... Wiejący cały czas wiatr nie był najgorszy. Straszny był w tych „porywach”, podawanych w prognozach pogody. Wtedy dosłownie zwalało z nóg i rzucało o skały. Można było nie utrzymać równowagi i spaść w dół. Kobylarzowy Żleb jest dość trudny do przejścia, nawet bez wiatru. A na górze mogło być tylko gorzej, zwłaszcza, że halny miał się w ciągu dnia nasilić. Marek poddał się po niecałych stu metrach. Rozsądek zwyciężył. Ostatecznie życie i zdrowie jest ważniejsze od zdobycia szczytu! A z naturą się nie wygra. Ale to była dla nas trudna decyzja. Ja zrezygnowałam przez te wszystkie lata chodzenia po Tatrach tylko raz! I też było to bolesne. Bardzo żal mi było kolegi, bo tak cieszył się na zdobycie tego ostatniego z 80 szczytów DGP!


W drodze powrotnej informowałam idących tam turystów, że raczej nie ma co ryzykować i że 90% osób zawraca. Ale niech podejdą do Kobylarzowego Żlebu i zobaczą, jak tam jest, żeby sami podjęli decyzję. Większość z nich wyglądała na mocno niedoświadczonych. Wiedziałam, że jak wyjdą z lasu, to zawrócą. Tym będzie im łatwiej, jak będą wiedzieli, że nie tylko oni. I tak było. Większość wracała. Ze dwóch mnie wyśmiało. Zwłaszcza jeden, który na doświadczonego nie wyglądał… Zdobył wczoraj Świnicę! To nie wyjdzie na Czerwone Wierchy?! On?! Tyle, że wczoraj nie wiało… Ciekawe, czy mu się udało. Może jednak zawrócił…



Wróciliśmy na Przysłop Miętusi. Zaproponowałam powrót innym szlakiem. Czerwonym do Drogi pod Reglami i nią dalej do Kir. Ale dzień był piękny i mieliśmy sporo czasu, więc zeszliśmy jeszcze czarnym szlakiem do Doliny Małej Łąki. Po drodze mieliśmy ładny widok na Giewont. Potem wróciliśmy znowu na Przysłop Miętusi.




Wyruszyliśmy stamtąd dalej czerwonym szlakiem. Kiedyś nim szłam i bardzo mi się podobał. Zwłaszcza, że mimo tłumów na innych szlakach, tu było pusto. I tak było i teraz. Przeciętni turyści o nim nie wiedzą. Prowadzi głównie lasem. Ale wspina się dość wysoko do góry, więc potem w kilku miejscach są całkiem ładne widoki, zwłaszcza na Giewont. Markowi też się ten szlak spodobał.




Dotarliśmy do miejsca (Staników Żleb), w którym płynie Staników Potok. Płynie jest eufemizmem, bo ledwie się sączy. Na dodatek cały jest zawalony połamanymi drzewami, więc prawie niewidoczny. Dopiero w okolicach mostku można mu się przyjrzeć. Ma ciekawą, jak na tatrzański potok budowę. Nie ma w nim charakterystycznych głazów i kamieni. Płynie po wapiennych skałach, jakby płytach. U jego wylotu jest mały wodospad. Ale z powodu braku wody teraz go raczej nie przypomina. Zaledwie sączy się ona po porastającym go mchu, co całkiem ciekawie wygląda.


Wychodzimy na drogę pod Reglami. Do Kir mamy zaledwie 15 minut. Tu też jest pusto. Mija nas raptem jeden rowerzysta.

Spędziliśmy w sumie przyjemnie dzień w Tatrach. Byliśmy trochę rozżaleni, że nie udało nam się zdobyć Krzesanicy, ale z drugiej strony byliśmy z siebie dumni, że wykazaliśmy się rozsądkiem i zawrócili. A to wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. No i wzbogaciliśmy się o kolejne, cenne doświadczenie. Wiemy już, jak wygląda halny w Tatrach. I że wyjście w wyższe partie gór, kiedy wieje, jest zbyt niebezpieczne. Nie można się narażać. A także tych, którzy w razie czego musieliby nam w takich warunkach pospieszyć na ratunek.

Mieliśmy jeszcze nadal trochę czasu, więc w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Witowie przy drewnianym kościele, który zauważyliśmy rano.


Starania o pozwolenie na wybudowanie w Witowie kościoła trwały 9 lat. Jeden z tutejszych górali osobiście wybrał się do Wiednia po to zezwolenie, które osobiście wydał cesarz Franciszek Józef. I dołożył do niego 200 koron. Witowianie zbudowali ten kościół własnym kosztem i nakładem swojej pracy.


Kościół Matki Bożej Szkaplerznej został zbudowany w latach 1910–1912. Zaprojektował go zakopiański architekt Jan Tarczałowicz. Ołtarz w stylu neogotyckim wykonał austriacki artysta Ferdynand Prinoth. Ufundowano wtedy też dwa dzwony i sygnaturkę. Witraże powstały w 1937 roku.


Kościół jest drewniany, o konstrukcji zrębowej. Jest oszalowany. Wokół świątyni są podcienia, mające nawiązywać do dawnych sobót.

Obok kościoła jest ładna droga krzyżowa, ciekawy ołtarz polowy i kaplica.

W latach 50. ubiegłego wieku opiekę nad Kościołem przejęli Salezjanie. Wcześniej zajmowali się nim księża z parafii w Chochołowie, a w sezonie letnim księża, którzy przebywali w Witowie na wakacjach. Dopiero w 1985 roku została tu utworzona parafia. Kościół znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce.



Tatry Zachodnie Tatry Przysłop Miętusi Dolina Małej Łąki
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.