GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Niski - 27 września 2025


Zachciało mi się odmiany. Dawno nie byłam w Beskidzie Niskim. Wymyśliłam sobie taką pętelkę z Izb. Trochę szlakami, a trochę lokalnymi ścieżkami. Ale myszka niechcący zjechała mi dalej. Zauważyłam ciekawą nazwę Czertyżne. Wpisałam w wyszukiwarkę i okazało się, że była tam kiedyś ludna wieś łemkowska. Teraz już jej nie ma. Pozostał tylko dawny cmentarz. No i miałam nowy pomysł na wycieczkę.

Początkowo planowałam dojść tam drogą, która odchodzi od tej prowadzącej do Izb. Ale to nudna droga szeroką drogą przez las i na dodatek trzeba pokonać bród na Białce.

Dość szybko znalazłam dużo lepszą alternatywę. Trzeba dojechać do Ropek. Stamtąd pójść kawałek szlakiem w stronę Przełęczy Prehyba, a potem skręcić w prawo. Są tam dwie równoległe drogi. Jedna prowadzi głównie łąkami, po płaskim terenie, a druga lasem, gdzie jest trochę stromszych podejść. Obie łączą się w Czertyżnem, więc można zrobić pętlę. Ja zdecydowałam się pójść najpierw tą pierwszą, czyli łąkami, a wrócić tą drugą.

Pojechałam przez Ropę i Uście Gorlickie. Tam powinnam była skręcić na rondzie w prawo, żeby dotrzeć do Hańczowej, ale niechcący pojechałam prosto, na Kwiatoń. Nawigacja zmieniła trasę. No i dojechałam do Hańczowej, ale mocno wąską i stromą drogą. Zjechałam na dół, wjechałam na mostek i przede mną wyrosła cerkiew. Zatrzymałam się tam i obeszłam ją wokół. Boczne drzwi były uchylone – pomyślałam, że pewnie jest sprzątana. Ale, mimo soboty, odbywało się tam jakieś nabożeństwo. Cerkiewne śpiewy były piękne. Miałam ochotę zobaczyć ją w środku, ale nie wiedziałam, ile to może potrwać. Bo uroczystości religijne w obrządku wschodnim trwają dość długo. A uchylić drzwi z przedsionka nie miałam odwagi. Z żalem zrezygnowałam.


Cerkiew pw. Opieki Matki Bożej w Hańczowej powstała w I poł. XIX wieku, na miejscu poprzedniej, XVII-wiecznej. Pierwotnie była to cerkiew greckokatolicka, Zbudowana w stylu północno-zachodnio łemkowskim. Po akcji „Wisła” korzystali z niej katolicy. Mimo to ulegała stopniowej dewastacji. W 1956 roku władze podjęły decyzję o jej rozbiórce i wywiezieniu wyposażenia do składnicy ikon w Łańcucie. Na szczęście wróciło wtedy do Hańczowej kilka rodzin prawosławnych wysiedleńców. Wyremontowali oni świątynię własnym kosztem i doprowadzili do utworzenia tu prawosławnej parafii. A od 2009 roku cerkiew jest oficjalnie własnością Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Pojechałam do Ropek. Dopiero jadąc stromą drogą wśród rozległych łąk, uświadomiłam sobie, że zarówno w Hańczowej, jak i w Ropkach już byłam! I to stosunkowo niedawno, bo pięć lat temu. https://zielnik-karpacki.pl/ropki


Skręciłam na bitą drogę do Ropek. Zaraz na jej początku zostawiłam w dogodnym miejscu samochód i poszłam dalej na piechotę. To jakieś 1,5 km do centrum dawnych Ropek. Droga jest bita, ale przyzwoita, więc można tam dojechać samochodem. A nawet trochę dalej.


Minęłam urokliwy stawek i skręciłam w stronę cmentarza łemkowskiego. Już tam byłam, a na dodatek jest kiepskie światło do zrobienia zdjęć, ale podejrzewam, że jak będę wracać, to mogę być już zmęczona i nie będzie mi się chciało.


Okazuje się, że dobrze, że tu zajrzałam, bo jest tutaj nowy nagrobek. Kilka lat temu cmentarz został uporządkowany i ogrodzony. Pojawiła się też tu na sporym głazie tablica, z suchą, lakoniczną informacją o losach tutejszych, przedwojennych mieszkańców. Jednak bardzo wymowną i pozwalającą odczuć cierpienie skrzywdzonych. Ten napis wywarł na mnie duże wrażenie. Inicjatorem a zarazem głównym fundatorem odnowy cmentarza był profesor Andrzej Jaczewski – lekarz pediatra, seksuolog i pedagog, a także instruktor harcerski. W czasie wojny działał w Szarych Szeregach.


Zakochał się w Beskidzie Niskim i w Ropkach wybudował dom, w którym zamieszkał. Okazuje się, że zmarł niedługo po mojej wycieczce do Ropek, bo w październiku 2020 roku, a ja tam byłam we wrześniu.

Odkryłam, że zetknęłam się z nim już w dzieciństwie – nie osobiście, ale za pośrednictwem świetnych książek o wychowaniu seksualnym, których był współautorem: „O dziewczętach dla dziewcząt” i „O chłopcach dla chłopców”, które moi rodzice zakupili dla mnie w latach 70. ubiegłego wieku i które pomogły mi zdobyć rzetelną wiedzę w tym temacie. 


Spod cmentaraz idę połączonymi szlakami: GSB i żółtym. Tylko pół kilometra, bo potem skręcam w prawo, na drugą z kolei drogę, bo jak już wspomniałam, tą planuję wracać. Idzie się cały czas doliną. Szlaku nie ma, ale nie można się tu zgubić. Zresztą mam przecież mapę w telefonie. Pojawiły się pierwsze symptomy jesieni. Tu i ówdzie zaczynają się, choć nieśmiało, przebarwiać liście na drzewach. Mnóstwo tutaj muchomorów czerwonych.



Plątam się po rozległych łąkach. Rośnie tu sporo moich ulubionych czubajek kani. W dużej części już wyschnięte, ale udaje mi się zebrać kilka młodych.

Widoki są piękne, słońce świeci, nikogo poza mną tu nie ma, więc idzie się bardzo przyjemnie.


Docieram do granic Czertyżnego. Wieś położona była w dolinie potoku Czertyżnianka. To jedna z najpóźniej lokowanych tu na prawie wołoskim miejscowości. Została założona w 1584 roku. Powstała na terenach należących do biskupstwa krakowskiego i weszła w skład tzw. „państwa muszyńskiego”.


Nazwa wsi pochodzi od ruskiego słowa czerteż, oznaczającego wyrąb, a także miejsce po wycięciu i wykarczowaniu bądź wypaleniu lasu w celu zagospodarowania go pod uprawę. Po polsku to poręba.

Wieś była niewielka, ale zamożna, bo ponoć panował tu sprzyjający mikroklimat do uprawy roli. W dwudziestoleciu międzywojennym mieszkało tam 25 rodzin, w tym jedna żydowska. Zamieszkujący ją Rusini byli grekokatolikami. Pod koniec wieku XVIII zbudowano tu drewnianą cerkiew pw. św. Michała Archanioła.


Po II wojnie światowej część mieszkańców wyjechała do Ukrainy. Pozostali zostali deportowani na Ziemie Odzyskane. Wieś opustoszała i już nigdy nie została zasiedlona. Cerkiew rozebrano w 1952 roku. Pozostał tylko stary cmentarz, przy którym potomkowie dawnych mieszkańców umieścili dwa krzyże – na 50. i 70. rocznicę Akcji „Wisła”. Ponoć na cerkwisku był krzyż, ale go nie znalazłam.


Trafiłam w Internecie na stronę poświęconą tej wsi. Są tam także zamieszczone wspomnienia tutejszych mieszkańców z Akcji „Wisła. https://www.saga-grybow.com/single-post/2020/06/01/czerty%C5%BCne-wie%C5%9B-kt%C3%B3rej-nie-ma-czyli-transmutacja-utopii-w-atopi%C4%99


Wychodzę ścieżką na łąki nad cmentarzem. Robię tu sobie przerwę na drugie śniadanie. A potem idę na przełaj przez las, żeby dotrzeć do drogi, którą mam zaznaczoną na mapie, bo nią zamierzam wrócić do Ropek.


Na początku jest dość strome podejście. Potem już prawie płasko. Droga niestety jest rzadko uczęszczana, w związku z tym miejscami mocno zarośnięta. Na dodatek podmokła.


Planuję zdobyć po drodze dwa szczyty. Pierwszy z nich to Czertyżne (744 m n.p.m.). Nie prowadzi na niego żadna ścieżka, ale może dam radę. To tylko kawałek od drogi. Drugi szczyt to Siwejka (785 m n.p.m.). Na mapie jest zaznaczona ścieżka, tyle, że jest tam strome podejście.



Docieram pod Czertyżne. Na wprost szczytu jest coś na kształt ścieżki. Szybko się jednak kończy, ale las jest tu rzadki, no i niezbyt stromo. Po chwili jestem na wierzchołku. Nie jest oznaczony, ale GPS tak utrzymuje, a poza tym stoję rzeczywiście w najwyższym punkcie. Cieszę się, że tu weszłam, bo to fajnie odwiedzić dawną wieś i zdobyć szczyt nad nią o takiej samej nazwie. I spotyka mnie tu nagroda. Cały wierzchołek jest zarośnięty prawdziwkami. Połowa jest robaczywa, ale widok niesamowity. Moja torba z kaniami dopełnia się teraz sporą ilością borowików.



Schodzę na drogę i idę dalej. Docieram do odejścia ścieżki na Siwejkę. Podoba mi się ta nazwa. Zresztą Czertyżne też. Obie takie rusińskie. Podejście krótkie, ale mocno strome. Na wierzchołku jest betonowy słupek.


Schodzę znowu do drogi, która teraz idzie mocno w dół. Ale pięknym lasem. Mam przez chwilę możliwość dojść do tej drogi prowadzącej łąkami, którą szłam rano, ale ten las jest naprawdę urokliwy…. Idę więc dalej, tak, jak to sobie rano zaplanowałam.

Niestety, mocno mi dokucza biodro. Każdy krok boli. Te ostatnie 2 kilometry nie są przyjemne. Ale dojść trzeba…


Mimo to jestem bardzo zadowolona z tej wyprawy. Jakieś 14 kilometrów. Wspaniała pogoda, piękny teren, kolejny kawałek historii tych ziem… No i te grzyby… Znowu bez szukania same mnie znalazły… A ból minie…

Wracam do Nowego Sącza inaczej - przez Czarną, Brunary, Binczarową i Kamionkę Wielką.



Beskid Niski cerkwie Ropki Hańczowa Czertyżne (dawna wieś) Czertyżne (szczyt) Siwejka
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.