STYCZEŃ
Buk zwyczajny (Fagus sylvatica)

Pogórze Popradzkie - 11 sierpnia 2025


Pan Andrzej, autor bloga https://kordowiec.blogspot.com/ zrobił sobie w lutym wycieczkę, która mnie zaintrygowała. Wyszedł z Mniszka nad Popradem (Mníšek nad Popradom) zielonym szlakiem "kurierskim" prowadzącym na Ośli Wierch. Dotarł nim do ruin gospodarstwa w osadzie Skalná, gdzie podczas wojny gospodarze ukrywali Żydów.

Zerknęłam na mapę – tuż za granicą, niedaleko, ładny teren, no i ciekawa historia w tle. Postanowiłam się tam wybrać. Ale ciągle coś stało na przeszkodzie. W końcu się jednak udało i ta zaplanowana już wczesną wiosną wycieczka doszła do skutku.

Ja wymyśliłam sobie dotarcie do osady Skalná inaczej, niż Pan Andrzej. Zamierzałam zrobić kółeczko z graniczącej z Mniszkiem nad Popradem miejscowości Granastów (Hraničné). Na mapie są tam zaznaczone dwie drogi, którymi można dotrzeć do owego zielonego szlaku. Wychodzą z tyłu za tutejszą cerkwią. Początkowo samochód zaplanowałam zostawić koło cmentarza, ale dzień przed wycieczką, kiedy sprawdzałam jeszcze raz przebieg trasy, wymyśliłam lepsze rozwiązanie.

Tuż przed pierwszymi zabudowaniami, na zakręcie jest spory plac. Było tam składowane drewno, a podczas remontu drogi materiały budowlane. Przejeżdżałam tam trzy dni wcześniej, wracając ze Starej Lubowli, więc wiedziałam, że teraz jest pusty i spokojnie mogę tam zostawić samochód.


Prowadzi od niego na dół do wsi droga. Dotarłam nią do brodu i mostku na potoku Hranicná. Zaatakował mnie tam spory, półślepy pies. Był mocno agresywny. Na szczęście była tam jego właścicielka, ale mimo jej interwencji pies nadal mnie atakował. Przeprosiła mnie, tłumacząc, że to moje kije trekkingowe tak na niego działają, bo kiedyś jakiś turysta go takimi poturbował.


Miałam w planach przejść inaczej, ale chciałam się szybko oddalić i weszłam z duszą na ramieniu na ledwie trzymający się mostek. Skręciłam w prawo, minęłam tutejsze słynne źródło (czego wtedy nie zauważyłam) i dodarłam na tył cerkwi i jednocześnie do „mojej” drogi, którą planowałam dojść do zielonego, graniowego szlaku.


Tu się okazało, że dokonałam dobrego wyboru odnośnie pozostawienia samochodu. Pod cmentarz, gdzie pierwotnie planowałam zostawić samochód, prowadziła wąska droga pod górę. Można tam było co prawda zostawić samochód, ale najlepsze miejsce to to nie było.


Droga prowadziła lasem. Okazało się, że jest tamtędy poprowadzona ścieżka turystyczna, oznaczona żółto-białym kwadratem. Dość szybko dotarłam nią do szlaku. Idzie on w tym miejscu wspaniałymi, widokowymi łąkami. Poszłam więc najpierw w prawo, do przełęczy o nazwie Sedlo Doštená, a stamtąd piękną polną drogą jakieś pół kilometra.


Potem droga zaczęła schodzić w dół i pojawiły się zabudowania. Na mapie wyglądało to jak jakieś duże gospodarstwo rolne, taki słowacki PGR. Zawróciłam. Pojawiły się malownicze, szare chmury. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo dzień był zapowiadany przecież bezchmurny. Ale po pół godzinie zniknęły.



Teraz już szłam szlakiem w stronę Mniszka nad Popradem. Było pięknie. Skoszone jakiś czas temu łąki zieleniły się prawie wiosenną zielenią traw, a żółto kwitnąca komonica i brodawniki z daleka wyglądały jak mniszki kwitnące w maju.


Znalazłam pierwszą kanię czubajkę, a wcześniej sporo moich ulubionych gołąbków zielonawych, które znalezione przez mnie, babcia piekła mi na blasze kuchennej. To niezapomniany smak dzieciństwa i cieszyłam się już, że go sobie przypomnę. Na brzegu lasu rosło też sporo maślaków, ale ich nie zbierałam, no i także prawdziwków, ale już niestety starych i robaczywych.


A potem łąki się skończyły i szlak wszedł do lasu. I tu zaczęły się pojawiać pierwsze, piękne i zdrowe prawdziwki. Szczerze powiedziawszy, nie nastawiłam się na zbieranie grzybów. No ale, jak każdy Polak, prawdziwka w lesie nie zostawię. Miałam małą reklamówkę i trochę miejsca w plecaku, więc je zabierałam. Nie schodziłam ze szlaku, ale ciągle jakiś rósł przy drodze. W jednym miejscu 6 obok siebie!


Dotarłam na polanę, na której zeszłam ze szlaku w lewo, żeby dotrzeć do dawnej osady Skalná. To jakieś 300 metrów. Jest strzałka, która tam kieruje.

Przy ruinach gospodarstwa – zachowały się tylko kamienne podmurówki – jest tablica informacyjna i ławeczka. Powstały z inicjatywy społecznego stowarzyszenia Vertikála východného vetra, powstałego w celu zachowania pamięci o ofiarach Holokaustu na Słowacji. Organizuje ono m.in. od kilku lat, w pierwszych dniach września, na zamku w Starej Lubowli (Stará Ľubovňa), Festiwal East Wind Verticals z okazji Dnia Pamięci o Holokauście i Przemocy Rasowej.


Na tablicy, ustawionej tu w 2019 roku w 75. rocznicę wydarzenia, jakie tu miało miejsce pod koniec 1944 roku, jest jego opis. W tym gospodarstwie, należącym do Anny i Pavla Imrichovcov ukrywała się część rodziny żydowskiej Honigovcov z Małego Lipnika  (Malý Lipník), – rodzice i dwaj synowie, Móric i Šimon.

Obydwaj młodzi ludzie działali w partyzantce. Ktoś doniósł o miejscu ich ukrycia. Niemcy przysłali po nich oddział SS. W tym czasie na terenie gospodarstwa byli tylko ukryci synowie Honigovcov. Gospodarze nie chcieli ich wydać, więc Niemcy podpalili stodołę, bo myśleli, że tam są ukryci. Chłopcy byli jednak w sąsiednim budynku gospodarczym. Spłonęłyby wszystkie zabudowania, ale wtedy zdarzył się jakby cud. Powiał silny, wschodni wiatr i dzięki temu ogień nie przeniósł się na inne budynki, a ukrywający się Żydzi zostali uratowani. Niemcy odpuścili.


Słowacka rodzina Imrichovcov miała wtedy już 5 dzieci. Sporo ryzykowała. Zainteresowałam się po powrocie do domu, co groziło na Słowacji za ukrywanie Żydów. I wstyd to powiedzieć, ale okazało się, że na temat historii tego kraju podczas wojny właściwie nic nie wiedziałam!

Po zajęciu przez Niemców Czechosłowacji została utworzona Republika Słowacka, uzależniona od  III Rzeszy. Jej prezydentem został ksiądz Józef Tiso. Tyle mojej wiedzy.

Szukając informacji, dotarłam na stronę https://wielkahistoria.pl/holokaust-na-slowacji-jedyny-kraj-ktory-doplacal-niemcom-za-mordowanie-zydow/

Okazało się, że ksiądz Tiso był niesamowitym antysemitą. Zresztą cały rząd ówczesnej Słowacji był bardzo wrogo nastawiony do Żydów. Już w 1938 roku, kiedy to Słowacja zmuszona była oddać Węgrom sporą część swojego terytorium, Tiso wpadł na genialny pomysł pozbycia się sporej części Żydów – wszyscy, którzy nie mieli stałego zameldowania, zostali wyłapani i wywiezieni na Węgry tuż przed zamknięciem granicy. Ponad 7 tysięcy osób. Potem prześladowano pozostałych Żydów niemiłosiernie, zabierając im po trochę cały majątek i nakładając na nich kolejne ograniczenia.

Kulminacja nastąpiła w 1942 roku, kiedy to władze słowackie wpadły na iście szatański pomysł. W celu całkowitego „odżydzenia” kraju podpisano z Niemcami porozumienie. Wystosowali oni do władz słowackich pismo z prośbą o dostarczenie do Generalnego Gubernatorstwa 20 tysięcy Żydów, którzy rzekomo mieli pracować w niemieckich fabrykach. Tak naprawdę byli oni zawożeni do obozów koncentracyjnych i uśmiercani. A rząd słowacki płacił Niemcom za każdego wysłanego do GG Żyda po 500 marek.

Była to tzw. operacja „David”. Jej skutkiem było wywiezienie do niemieckich obozów koncentracyjnych utworzonych na terenie okupowanej Polski blisko 58 tysięcy słowackich Żydów. Pośród nich było prawie 7 tysięcy dzieci poniżej 7 roku życia, które od razu zostały uśmiercone.

Akcja została wznowiona w 1944 roku po wybuchu słowackiego powstania narodowego. Do Auschwitz trafiło kolejne 14 tysięcy Żydów. Większość została tam zamordowana. Ten los mieli podzielić młodzi ludzie ukrywający się w miejscu, które odwiedziłam. Im udało się na szczęście przeżyć.

Siedząc tam w sielskiej atmosferze, bardzo zadowolona z wycieczki, nie przypuszczałam, że próbując się później coś dowiedzieć na temat ukrywających się w tym miejscu Żydów, którzy ocaleli, dowiem się później takich smutnych rzeczy.

I skojarzyłam to z naszą niedawną wizytą w Sabinowie. W 1964 roku był tam kręcony film „Sklep przy głównej ulicy” (Obchod na korze), który w 1965 roku zdobył Oskara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Był to pierwszy film z bloku państw socjalistycznych, który otrzymał tę zaszczytną nagrodę. Zainteresowałam się nim, znalazłam w Internecie i obejrzałam. Jego fabuła była osnuta wokół wspomnianej operacji „David”. Teraz wszystko poskładało mi się w jedną całość.



Pamiętałam, że Pan Andrzej w swojej relacji wspominał coś o jakiejś polanie, na której zachowały się zabudowania. Poszłam więc dalej ścieżką i znalazłam na szczycie rozległej łąki opuszczoną osadę – chyba dwa albo trzy gospodarstwa. Wszystkie budynki już w ruinie, ale zdecydowanie w lepszy stanie, niż to poniżej. Wdrapałam się tam i sobie dokładnie obejrzałam. Co prawda, musiałam się przedrzeć przez wysokie zarośla i pokrzywy, ale było warto. Na ścianie jednego z domów była tabliczka z napisem „Skalna”. Czyli nie był to pojedynczy dom, a cała osada wysoko w górach. Bardzo urokliwe miejsce z pięknym widokiem.



W sumie to miałam w planach zejść tą drogą niżej, do kolejnej, potem dojść do Hranicnego, robiąc w ten sposób pętlę, ale jakoś o tym zapomniałam. Zachciało mi się zejść na polanę położoną przy zielonym szlaku. Widziałam ją na zdjęciach Pana Andrzeja i według mnie była warta zobaczenia.


Wróciłam więc do szlaku i weszłam w las. I się zaczęło! Prawdziwek za prawdziwkiem! Nie schodziłam w ogóle ze ścieżki, ale tuż przy niej rosło ich mnóstwo. Wygrzebałam w plecaku wiatrówkę, zrobiłam z niej prowizoryczny worek, który udało mi się przymocować do plecaka. Dość szybko się niestety zapełnił.


Dotarłam do źródełka. Zauważyłam dorodną żabę trawną. Chciałam ją sfotografować, ale usiłowałam ją przesunąć, żeby lepiej wyszła na zdjęciu. A ta ze strachu wskoczyła do pojemnika na wodę przy źródełku. Zostawiłam ją tam i poszłam dalej. Ale jak po godzinie wracałam, to jeszcze tam siedziała. Uznałam, że pewnie się sama stamtąd nie wydostanie. Cóż, musiałam sobie przypomnieć dzieciństwo, kiedy to nawet ropuchy brałam do ręki, złapać ją i wypuścić.


Polana była rzeczywiście piękna. Urokliwe gospodarstwo na jednym krańcu, na drugim krzyż, zmurszała ławeczka i wyblakła tablica informująca o polsko-słowackich szlakach kurierskich.


Stamtąd zawróciłam. Niby wracałam tą samą drogą, ale prawdziwki ciągle były. Na szczęście, wyjmując jedzenie, znalazłam na dnie plecaka kolejną reklamówkę. Ale ona też szybko się zapełniła. W sumie przydźwigałam do domu 4 kilogramy grzybów. Głównie piękne prawdziwki, ale było też kilka kani, gołąbków, kozaków i rydzy. Strach pomyśleć, co by było, gdybym zeszła ze ścieżki!



Dotarłam na tę pierwszą wielką łąkę. Na mapie była tam zaznaczona jakaś droga schodząca łąkami do Granastowa, więc nią zeszłam na dół.



Potem podeszłam jeszcze do tego źródła o nazwie "Kvašná voda", zaznaczonego na mapie. Okazało się, że rano już go mijałam. Niestety, wody nie udało mi się z niego wycisnąć, bo była tam zamontowana pompa. Chyba częściowo wyschło. W rurze coś bulgotało, ale woda nie leciała. Postanowiłam nie przechodzić obok tego gospodarstwa z agresywnym psem, tylko obejść dookoła. Tak, jak rano miałam w planach przyjechać samochodem. Co prawda, musiałam przejść potem jakieś 200 metrów główną drogą bez pobocza, ale na szczęście ruch był akurat niewielki.

Piękne tereny, wspaniała pogoda – słońce, 20 stopni i chłodny wiaterek – rewelacyjne warunki do wędrówki po górach. No i te grzyby! Przeszłam 14 kilometrów i nie spotkałam nikogo! A pisząc relację, sporo poszerzyłam swoją mizerną wiedzę o historii Słowacji. Wycieczka więc była bardzo udana! Pod każdym względem!



Pogórze Popradzkie Granastów (Hraničné)
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.