STYCZEŃ
Buk zwyczajny (Fagus sylvatica)

Gorce - 18 czerwca 2025


Pomysłów na wycieczkę miałam dużo, ale nie mogłam się jakoś zdecydować. Jak wybieram się sama, to tak często bywa. W końcu stanęło na nietypowej wycieczce w Gorce. Jak przygotowywałam wycieczkę na Spisz wiosną, to błąkałam się myszką po mapie i wypatrzyłam w Maniowach kaplicę cmentarną pw. św. Sebastiana i mnie zaciekawiła. Stwierdziłam, że da się tam zrobić pętlę – co prawda, w większości poza szlakami, ale teraz to nie stanowi już dla mnie żadnego problemu.

Dojechałam do wsi Maniowy i skręciłam w prawo pod cmentarz. Kaplica rzeczywiście warta uwagi, ale rozpoczął się niestety jej remont. Światło było kiepskie, a na dodatek stały pod nią samochody robotników. Zrobiłam kilka zdjęć i pogawędziłam z nimi, ale uznałam, że lepsze zdjęcia zrobię po południu. Dlatego opiszę ją na końcu relacji.


Wyruszyłam do góry asfaltową drogą przez przysiółek Węgliszczak. Za ostatnimi zabudowaniami droga przeszła w bitą leśną drogę. W pewnym momencie musiałam ostro skręcić w prawo, bo droga idąca dalej do góry na mapie była zaznaczona jako ślepa i kończyła się gdzieś w dolinie potoku Kryte.


Weszłam na piękne, widokowe łąki i szłam nimi spory kawałek. Niestety widoczność była bardzo słaba, a Tatry prawie niewidoczne.


Weszłam do lasu i tam się po chwili zgubiłam. GPS pokazywał, że zeszłam ze ścieżki, chociaż ja żadnej innej nie widziałam, poza tą, którą szłam. Ale nie chciało mi się wracać, więc trochę jelenimi ścieżkami, a trochę na przełaj przez las szłam w stronę tej drogi. I dotarłam do niej dość szybko.



Szło się nią bardzo przyjemnie, mimo, że niedawno była tu prowadzona ścinka drzew. Ale o dziwo, droga nie uległa zniszczeniu. Ładne wąwoziki, stare buki… Wolę łąki, ale ten las też był całkiem ładny.


Dotarłam do GSB, gdzieś w połowie odcinka pomiędzy Kudowskim Wierchem (1024 m n.p.m.) a Runkiem (1004 m n.p.m.). Szeroka, graniowa ścieżka, świetna dla rowerów. Zresztą szlak rowerowy tamtędy też prowadzi.



Na początku mi się podobał, ale potem zrobiło się nudno. Lubię zmiany w krajobrazie, a tam cały czas szło się takim samym lasem. Cztery kilometry do Kotelnicy (1004 m n.p.m.), z której zamierzałam zejść niebieskim szlakiem do Huby. Zaliczyłam szczyt Runka i szłam…szłam…szłam... Z nudów rozpoznawałam sobie paprocie.



Wreszcie pojawiło się rozwidlenie szlaków i Kotelnica. Jest tam stary kopiec graniczny, o którym pisałam w relacji z jesiennej wycieczki z 2022 roku. Szłam wtedy z Przełęczy Knurowskiej do Studzionek i dotarłam właśnie tutaj.


Austriacy, jeszcze przed pierwszym rozbiorem zagarnęli część naszego południowego terytorium. Zrobili to pod pretekstem, że na terenie Polski była zaraza dżumy. Przesunęli granicę w głąb naszego kraju, budując wały i kopce graniczne. Nosiło to nazwę kordonu sanitarnego i miało zabezpieczać przed rozszerzaniem się zarazy, ale w rzeczywistości było podstępnym przyłączeniem naszych ziem do cesarstwa austriackiego. Część tych umocnień - wałów i kopców granicznych jeszcze się do dzisiaj zachowała. 



Niebieski szlak schodzi dość stromo w dół. Ale szybko wychodzi z lasu i pojawiają się domy. Ale jakie! Wszystkie niedawno zbudowane. Mieszkają tu ludzie, ale większość to takie na wynajem. Małe chatki dla turystów. Na, ale nie ma się czemu dziwić, bo widok stąd na Tatry i Jezioro Czorsztyńskie jest bajeczny! To znaczy akurat nie dzisiaj, ale potrafię go sobie wyobrazić.



 Docieram do asfaltowej drogi. Szlak schodzi nim na sam dół, do głównej drogi. Ja muszę zejść inaczej. Mam dotrzeć do rozwidlenia i skręcić w prawo. Na mapie są trzy drogi – na oko wszystkie równorzędne. Ale tu są tylko dwie! Jest co prawda trzecia, taka, która by pasowała, ale wygląda raczej na drogę dojazdową do gospodarstwa, a nie na publiczną. Nie ma się kogo zapytać. W końcu ryzykuję i nią idę. I to dobry wybór. Droga przechodzi pomiędzy dwoma gospodarstwami i wychodzi na piękne, widokowe łąki. Według GPS-u to ta droga.



Po jakimś czasie z żalem wchodzę do lasu. Jest ładny, ale to tylko las… Za to pięknie śpiewają ptaki! Muszę bardzo uważać, bo na mapie jest zaznaczona tylko jedna droga, a ciągle staję na rozwidleniach, gdzie tych dróg pojawia się nawet cztery! Bez GPS-u nie dałabym sobie rady! Ale metodą prób i błędów odnajduję właściwą (tak kilkakrotnie) i docieram do drogi, którą już szlam rano do góry.


Znowu idę przez przysiółek Węgliszczak, gdzie podziwiam stadko pięknych kur. Znowu atakuje mnie ten sam pies… Ale bezpiecznie docieram pod cmentarz. Miałam rację. Samochody zniknęły, a światło jest teraz zdecydowanie lepsze.


Wieś Maniowy była dawniej położona w miejscu, gdzie teraz znajduje się Jezioro Czorsztyńskie. Powstała jako wieś królewska w I poł. XIV wieku. Ta obecna to nowe, niezbyt ciekawe domy zbudowane na pocz. lat 70. ubiegłego wieku, na zboczach Gorców.


Kaplica pw. św. Sebastiana powstała w I poł. XVIII wieku. W latach 1720-21 panowała tu straszna czerwonka – umarło na nią 130 osób, co stanowiło ¼ ludności wsi. Okoliczni chłopi wybudowali wtedy kaplicę cmentarną jako przebłaganie i prośbę o wybawienie od epidemii. Przeniesiono ją tutaj razem z cmentarzem i odnowiono. Odtworzono wtedy na podstawie starych zdjęć soboty. Niestety, po kilkudziesięciu latach modrzewiowa kaplica wymaga kolejnego remontu. Udało się zdobyć na ten cel ponad milion złotych z rządowych dotacji i prace remontowe właśnie się rozpoczęły.


Wracam zadowolona do domu. Kolejna wycieczka z mojej listy została zrealizowana. Trasa może nie najciekawsza, ale całkiem ładna. Długość w sam raz - 15 kilometrów. No i przy okazji znalazłam dwie roślinki, których nie miałam jeszcze w moim atlasie. Nie wspominając już o podkolanie zielonawym (Platanthera chlorantha), który jest u nas dość rzadki.



Gorce Kotelnica Huba Maniowy Runek (Gorce)
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.