LIPIEC
Dzwonek skupiony (Campanula glomerata)

Murańska Płanina - 2 maja 2024


Drugi dzień naszej wyprawy. Dzisiaj jedziemy wdrapać się na szczyt o nazwie Cigánka (935 m n.p.m.), gdzie znajdują się ruiny murańskiego zamku. To zajmie nam cały dzień.

Po drodze zatrzymujemy się przy Sysľovisku, bo wczoraj nie było to możliwe, z uwagi na zbyt dużą ilość chętnych do zobaczenia tych sympatycznych zwierzątek. Tak, jak przewidywaliśmy, dzisiaj jest pusto. Parking jest płatny. Jest tu też sklepik z pamiątkami i jedzeniem dla susełków. My wiemy, że jedzą marchewkę i słonecznik, więc zabraliśmy je z domu, bo nie doczytaliśmy, że można kupić na miejscu. Trochę się obawiamy, czy susełki już wstały, bo ponoć aktywność rozpoczynają koło dziesiątej, a jest dopiero dziewiąta. Ale na szczęście jest ciepło i słonecznie, wiec już powyłaziły z norek.


Jest to największa kolonia susła moręgowanego na Słowacji. Żyją tu sobie na rozległej łące u podnóży Cigánki. Razem z nimi mieszkają też sympatyczne osiołki.


Łąka jest ogrodzona i trzeba uważać, bo ogrodzenie jest pod prądem. Ale to nie przeszkadza w kontaktach z susełkami, które biegają też po części łąki przeznaczonej dla turystów. Te w naturze płochliwe zwierzątka, tu całkowicie oswoiły się z ludźmi, którzy je codziennie karmią, więc podchodzą i jedzą prosto z ręki. Można je wtedy nawet pogłaskać.


Poza nami jest tu tylko kilka osób, tak, że możemy spokojnie im się przyglądać, karmić i głaskać. No i oczywiście robić zdjęcia, a nawet filmiki.  


Do ogrodzenia podchodzą też osiołki – na szczęście mamy dużo marchewki, więc  też je częstujemy.

Trudno nam opuścić to sympatyczne miejsce, ale musimy jechać dalej. Lila kupuje jeszcze pluszaki - susełki dla wnuków i ruszamy.

Po drugiej stronie jest inna atrakcja – ponoć w kwietniu został tam otwarty nowy park rozrywki o nazwie Obrovisko. Z tego, co widać z parkingu, to wygląda to na małe zoo, więc rezygnujemy z jego obejrzenia, zwłaszcza, że jest to płatne. Może niesłusznie, bo jest tam poprowadzona bajkowa ścieżka. Są przy niej gigantyczne rzeźby olbrzymów, i inne atrakcje. Ponoć też piękny widok na Murański zamek. Ale o tym dowiaduję się dopiero w domu, podczas pisania relacji. Jak ktoś wybiera się tam z dziećmi, to oczywiście warto Obrovisko odwiedzić.



Dojeżdżamy do pobliskiego Murania, zostawiamy samochód na parkingu (jest płatny - parkometr) i rozpoczynamy wspinaczkę na zamek. Nie jest tam daleko, koło 4 kilometrów, ale mamy do pokonania około 500 metrów przewyższenia. Trasa cały czas prowadzi lasem. W runie rosną różne ciekawe rośliny, między innymi  storczyki – teraz zakwitł gnieźnik leśny i zaczyna kwitnąć buławnik wielkokwiatowy. Kwitną też konwalie majowe i orliki pospolite. Pełno jest wspomnianej wczoraj miesiącznicy trwałej, która pięknie pachnie.


Docieramy pod schronisko Chata pod Muránskym hradom. Zostało ono zbudowane przez Augusta Coburga, ojca Ferdynanda Coburga, którego pałac i dworek myśliwski oglądaliśmy wczoraj.


Podchodzimy znowu pod górę do bramy murańskiego zamku. Na zdjęciach w Internecie, są zwykle tylko jej zdjęcia, czasem kawałek murów i platforma widokowa. Nie spodziewamy się więc tego, co zastajemy na górze.


Zamek Murań (Muránsky hrad) wzniesiony został na wysokim, skalistym szczycie Cigánka (935 m n.p.m.), 550 metrów nad wsią Muráň, w XIII wieku. Był jednym z najwyżej położonych, a zarazem największych zamków na terenie dzisiejszej Słowacji. Teren w granicach jego murów zajmuje 500 metrów długości i 150 szerokości.


Warownia była kilkakrotnie przebudowana przez zmieniających się często właścicieli. Największa jego rozbudowa miała miejsce w początkach XVII wieku, kiedy to jej właścicielem został Tomasz Szèchy, mąż słynnej Marii Széchy, nazywanej Wenus Murańską (Muránska venuša), z uwagi na to, że była ponoć bardzo piękna. Wtedy zbudowany został renesansowy pałac oraz powstały zamkowe ogrody.


Kolejny raz zamek został przebudowany kilkadziesiąt lat później, tym razem w stylu wczesnobarokowym.


Potem już był wielokrotnie niszczony podczas kolejnych wojen. Były też dwa duże pożary. Po ostatnim, w 1760 roku, zamek nie był już odbudowywany.


W 1720 roku cesarz Karol VI Habsburg podarował zamek wraz z okolicznymi terenami Stefanowi Koháry’emu. W 1916 roku ostatnia z rodu Kohárych, Maria Antonina de Csábrág, wyszła za mąż za Ferdynanda Jerzego Coburga, i od tej pory aż do 1945 roku należały one wraz z ruinami do rodziny Coburgów.

Ciekawostką jest, że ostatnim jego mieszkańcem był w 1820 roku 84-letni emerytowany żołnierz.


Ruiny zamku są dostępne do zwiedzania. Nie ma żadnych opłat. Do zamku prowadzą znakowane szlaki turystyczne – czerwony (którym tu przyszliśmy) z miejscowości Murań, noszący nazwę „Cesta Márie Széchy”. żółty z Muránskiej Huty oraz niebieski z przełęczy Pod Javorinkou, z którym od Wielkiej Łąki (Veľká lúka) idzie także ścieżka dydaktyczna „Náučný chodník k Muránskemu hradu”.


Przekraczamy zamkową bramę i rozpoczynamy obchód ruin. Teren jest naprawdę ogromny. Trudno uwierzyć, że w tak niedostępnym terenie zbudowano tak olbrzymią budowlę. To właściwie takie małe, samowystarczalne miasteczko. Nawet młyn tu funkcjonował!

Dokładne obejście całości zajmuje nam prawie dwie godziny. Oczywiście, aż tyle czasu nie potrzeba, wystarczy godzina, ale mu szukamy jeszcze głównego celu naszego przyjazdu do Murańskiej Płaniny – tutejszego endemitu, wawrzynka murańskiego (Daphne arbuscula). Mam informację, że tu rośnie, ba, nawet dokładne namiary GPS. W praktyce okazują się jednak mylne. Tam, gdzie teoretycznie powinniśmy go znaleźć, rosnąć nie może, z uwagi na warunki.


Po obejściu całego terenu, wnikliwego oglądania stromych ścian skalnych, wawrzynka nigdzie nie zauważamy. Trudno, tak czasem bywa! I nie wiem, komu jest bardziej przykro, mnie, czy Markowi, który z poświęceniem pomagał mi go tam odnaleźć. Cała nadzieja w jutrzejszej wycieczce. Może będziemy mieć więcej szczęścia. Ale nie wracam z niczym, bo znajduję tu inny rzadki gatunek, którego jeszcze nie miałam w swojej kolekcji. Poza tym rośnie tu mnóstwo innych ciekawych roślin, więc jestem w swoim żywiole.


Z żalem opuszczamy zamkowe ruiny, bo bardzo się nam tutaj podobało i idziemy dalej. Schodzimy pod Chatę pod Muránskym hradom. Zatrzymujemy się tu na chwilę na kawę i idziemy dalej. Wspomnianą wyżej ścieżką „Náučný chodník k Muránskemu hradu”.


Po drodze natrafiamy na odchody niedźwiedzia. Nie ma się czemu dziwić, choć to bardzo często uczęszczany przez turystów szlak. Ostatecznie Murańska Płanina to ponoć największe na Słowacji skupisko niedźwiedzi.


Docieramy nią na Wielką Łąkę (Veľká lúka). To wielka polana – jakieś półtora kilometra długości, a pół kilometra szerokości. Na obu krańcach polany znajdują się węzły szlaków turystycznych – są wiaty dla turystów, ławeczki, miejsce biwakowe (ponoć można rozbić namiot na jedną noc), miejsce na ognisko.


Na północnym krańcu polany znajduje się stadnina koni. Hoduje się w nich konie o nazwie norik murański. To konie sprawdzające się przy pracy w lesie, a także w agroturystyce. Koniki, według opisów, miały się paść na tej łące wolno, więc bardzo chcieliśmy je zobaczyć, a tymczasem są zamknięte na małym wybiegu tuż przy stadninie. W związku z tym rezygnujemy z ich obejrzenia, bo spacer nagrzanym asfaltem przez otwartą łąkę nie należy do przyjemnych. A konie są piękne na łące, a nie w brudnej i ciasnej zagrodzie.

W planach mieliśmy jeszcze wejście na Południcę (Poludnica). To skała, z której są ponoć wspaniałe widoki. Niestety, to dodatkowe trzy godziny. A godzinę spędziliśmy przy susełkach, co było zaplanowane na wczoraj, no i liczyliśmy, że obejrzenie ruin murańskiego zamku zajmie nam pół godziny, a zajęło dwie, więc musimy zrezygnować, bo jest już blisko czwarta, a czeka nas jeszcze droga powrotna do Telgártu.


Decydujemy się na zejście ścieżką rowerową, żeby nie wracać ta samą drogą. To dobry wybór. Co prawda jest tam asfalt, ale za to są czasem piękne widoki, zwłaszcza jeden, na murański zamek. No i rośnie tu mnóstwo ciekawych roślinek, wśród nich wspominana już miesiącznica trwała. Miejscami całe pobocza są nią zarośnięte. Zapach jest cudowny.


Przy rozejściu szlaków wracamy na czerwony szlak „Cesta Márie Széchy” i nim docieramy na parking, gdzie zostawiliśmy samochód.


Po powrocie Lila z Markiem idą jeszcze na obiad, ja odpuszczam. Wolę sobie zjeść kanapkę i odpocząć. Idą do lokalu o nazwie Horehronska Kuria. To restauracja i pizzeria. Czytałam o niej w Internecie dobre opinie. I jest dość długo, jak na słowackie warunki otwarta, bo do 21.00. Moi przyjaciele wracają bardzo zadowoleni. Pizza, którą zjedli, była bardzo smaczna, no i zostali szybko obsłużeni.

To był bardzo udany dzień - Muránsky hrad przeszedł nasze oczekiwania, widoki były piękne, no a te susełki… Było super!                



Murańska Płanina Ciganka Murański Zamek
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.