WRZESIEŃ
Wrotycz pospolity (Tanacetum vulgare)

Beskid Śląski - 9 sierpnia 2022


Podczas naszego wyjazdu w długi majowy weekend do Cieszyna zaliczyłam aż 7 rezerwatów. Wszystkie z Pogórza Śląskiego i dwa kolejne z Beskidu Śląskiego. I okazało się, że w Beskidzie Śląskim został mi do odwiedzenia tylko jeden – rezerwat Kuźnie. Usiłowaliśmy go odnaleźć podczas wyjazdu w Beskid Śląski w 2016 roku. Jednak bez rezultatu.


Strasznie mi się teraz zachciało tego rezerwatu, bo miałabym już wszystkie. Postanowiłam znowu wykorzystać Marka – znalazłam na mapie szlak z Lipowej. Można tam zrobić ładną pętlę i przy okazji zaliczyć Malinowską Skałę (1152 m n.p.m.). Trochę, jak na mnie długa trasa, ale jak czegoś chcę, to potrafię się poświęcić. Marek oczywiście mi obiecał, że się ze mną tam wybierze. Zaplanowaliśmy to na wakacje, z uwagi na długi dojazd i długą trasę.

 

Wyszukałam dzień z piękną pogodą – słonecznie, około dwudziestu stopni i przyjemny wiaterek. Zapowiadała się wspaniała wycieczka.


Pojechaliśmy tradycyjną trasą – przez Skomielną Białą i Suchą Beskidzką do Żywca. A stamtąd do przysiółka Lipowej o nazwie Lipowa Ostre. Jest tam bardzo wygodny parking z zapleczem. Postanowiliśmy wyruszyć zielonym szlakiem, bo przy nim znajduje się rezerwat Kuźnie. W drodze powrotnej moglibyśmy już być zmęczeni, w razie, gdyby trzeba go było trochę szukać. Rezerwat znajduje się na południowo-wschodnich zboczach góry Muronka. W Internecie znaleźliśmy informację, że od zielonego szlaku wychodzi oznakowana przez nadleśnictwo ścieżka, która do niego prowadzi. Co prawda, poprzednim razem żadnej ścieżki nie znaleźliśmy, ale po pierwsze, byliśmy już zmęczeni, a po drugie może powstała niedawno.





Szlak najpierw prowadził przez wieś, potem stromą kamienistą ścieżką przez las u podnóży Ostrego (930 m n.p.m.). A potem teren się wypłaszczył i pojawiły się polany. Zrobiło się pięknie, pojawiły się widoki. Dotarliśmy w okolice szczytu Muronki (1021 m n.p.m.) i zaczęliśmy się rozglądać za ścieżką prowadzącą do rezerwatu. 6 lat temu też staliśmy w tym miejscu i usiłowali zorientować się, gdzie on może być. No, ale nie wiedzieliśmy tak naprawdę, gdzie się dokładnie znajduje. Wiedzieliśmy tylko, że przy zielonym szlaku, mniej więcej gdzieś tutaj.




Obiecanej ścieżki jednak nadal nie było. Zaczęliśmy już schodzić w dół, według nawigacji rezerwat już minęliśmy. Postanowiliśmy wejść „na krechę” na szczyt Muronki i tam się rozejrzeć. Bardzo szybko natrafiliśmy na ścieżkę. Uznaliśmy, że to ta, której szukamy. Niestety, prowadziła na szczyt, leżący poza szlakiem. I tam się kończyła. Postanowiliśmy zajrzeć do lasu, leżącego na bardzo stromych, południowo-wschodnich zboczach Muronki. Tam właśnie miał być rezerwat. Liczyliśmy, że zobaczymy wychodnie skalne. Było bardzo stromo, ale skoro przyjechaliśmy tu specjalnie… I byliśmy już tak blisko… Zaczęliśmy bardzo ostrożnie schodzić. Marek bardzo uważnie pilnował nawigacji. Zeszliśmy w ten sposób około 100 metrów w dół, na jakieś 900 m n.p.m.,  skręcili w lewo… i pojawiła się pierwsza skała. A potem następne. Byliśmy w rezerwacie!



Ale to bardzo niebezpieczny teren. Nie dość, że na bardzo stromym, prawie pionowym zboczu, to jeszcze pełno szczelin i dziur, przysypanych bukowymi liśćmi. Musieliśmy badać kijkami podłoże i uważać na każdy krok. Już teraz wiedzieliśmy, że tu żadnej ścieżki na pewno nie ma. Obejrzeliśmy tylko górne skały, do tych dolnych nie odważyliśmy się nawet próbować schodzić.




A wydostanie się stamtąd okazało się prawdziwym wyzwaniem. Postanowiliśmy nie wracać, tylko pójść do góry. To nie był dobry pomysł. Strome zbocze, zarośnięte trawą i jeżynami, sięgającymi nam po szyję, a wśród nich mnóstwo ogromnych powalonych pni. A nad nami skalna ściana. No, ale jakoś się udało, chociaż byliśmy bardzo podrapani przez jeżyny i wystające sęki – zwłaszcza Marek, bo był w krótkich spodniach.


Byliśmy wykończeni, kiedy stanęliśmy znowu na szczycie Muronki. Prawdopodobnie, gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, to pewnie byśmy się nie odważyli tam zejść. To był najtrudniejszy teren rezerwatu, w jakim byłam. A ten był już 120. Na szczęście zostało mi już tylko 15. Chociaż ciągle powstają nowe.



Powinniśmy byli zadzwonić do nadleśnictwa i się z nimi skonsultować. Czy można tam wejść i jakie są warunki. Często tak robię, jak rezerwat jest oddalony od szlaku. No ale zasugerowaliśmy się informacjami o ścieżce, zamieszczonymi na poważnej ostatecznie stronie w Internecie (https://www.slaskie.travel/). Okazuje się, że do takich informacji należy podchodzić z dużą ostrożnością. Później dowiedzieliśmy się, że ścieżka rzeczywiście kiedyś była, ale już dawno została zlikwidowana, m.in. z uwagi na bardzo niebezpieczny teren. No i ochronę przyrody.




Z jednej strony jestem szczęśliwa, że udało mi się zobaczyć ten rezerwat, ale z drugiej mam duże poczucie winy – raczej staram się nie wchodzić tam, gdzie nie wolno, a poza tym bardzo dużo ryzykowaliśmy, bo była to bardzo niebezpieczna wyprawa.






Po odpoczynku i ochłonięciu z wrażeń wracamy na nasz szlak tą ścieżką, która prowadzi na szczyt. Docieramy do skrzyżowania szlaków, zielony tu się kończy. Dalej idziemy czerwonym. Zdobywamy Magurkę Radziechowską (1108 m n.p.m.). Już było pięknie, ale teraz jest jeszcze piękniej. Po dwóch majowych wyprawach w Beskid Śląski uważałam go za brzydki. Co prawda w pierwszych dniach maja większość gór na pewnej wysokości jest nieciekawa, a poza tym mieliśmy wtedy kiepską pogodę. Przygnębiające były zwłaszcza stoki Baraniej Góry i zniszczone przez narciarzy stoki Skrzycznego. Teraz Beskid Śląski mnie zachwyca. Wspaniałe widoki (widać m.in. Babią Górę, Skrzyczne i Baranią Górę) i sierpniowe kolory, pełno malin i ogromnych czarnych borówek, ciekawe wychodnie skalne, wygodny szlak. Jeszcze nie szłam taką trasą. Wszystko tu jest inne od tego co do tej pory widziałam. No oczywiście, niebagatelną rolę odgrywa w moich odczuciach piękna pogoda, ale nie tylko. Jestem szczęśliwa, że tu przyjechałam!




Dochodzimy do  Magurki Wiślańskiej (1140 m n.p.m.), zmieniamy szlak na zielony, zdobywamy Gawlasi (1077 m. n.p.m. ), mijamy Zielony Kopiec (1152 m n.p.m.) i docieramy do rozdroża Pod Malinowską Skałą. Stąd będziemy schodzić z powrotem do Lipowej. Żółtym szlakiem. No, ale najpierw musimy zdobyć oczywiście Malinowską Skałę. Idziemy więc dalej zielonym szlakiem, najpierw na szczyt, a potem pod ciekawą wychodnię poniżej.





Po krótkim odpoczynku na szczycie wracamy do rozejścia szlaków i zaczynamy schodzić w dół. Też jest tu pięknie i sporo widoków. Potem niestety zaczyna się kamienista, stroma ścieżka, podobna jak na podejściu, tyle że w zdecydowanie ładniejszym terenie. Jest dość długa, tak że z ulgą wchodzimy tym razem na znienawidzony zwykle asfalt. Ale mamy tylko jakie 1,5 kilometra do parkingu, a poza tym idziemy bardzo ładnym lasem, z kwietnymi poboczami, na dodatek w cieniu, więc jest całkiem przyjemnie.

Na dole okazuje się, że przeszliśmy prawie 22 kilometry. Sporo. No i mieliśmy na trasie prawie 900 metrów przewyższenia. Ale nawet tego nie czuję. Trasa była przepiękna.



Czekał nas teraz długi powrót do domu, ale tym razem to Marek był kierowcą, więc mogłam sobie odpocząć. To była wspaniała wycieczka! Było trochę adrenaliny, chociaż niezamierzonej, no ale zaliczyłam ostatni rezerwat Beskidu Śląskiego i zdobyłam  Malinowską Skałę! 


Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.