GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Pogranicze Bruzdy Podtatrzańskiej i Pogórzy Podtatrzańskich - 23 lipca 2025 


Wymyśliłam już sobie dawno wycieczkę na Magurę Witowską (Oravická Magura, Magura, 1232 m n.p.m.). Postanowiłam zrobić pętlę ze słowackich Orawic (Oravice), żeby przy okazji zajrzeć na tamtejsze torfowisko.

Nawigacja za Harklową na rondzie kazała mi skręcić na obwodnicę. Zwykle jeździłam przez Łopuszną, Ostrowsko i Waksmund, ale tym razem jej posłuchałam. Trzeba przyznać, że to rzeczywiście lepsza alternatywa. Nowa, wygodna droga, prowadząca po płaskim, całkowicie niezabudowanym terenie. Wychodzi potem kawałek przed Nowym Targiem na rondzie w pobliżu lotniska.

Minęłam trochę zakorkowany Nowy Targ i w Czarnym Dunajcu skręciłam na Chochołów. Tam skręciłam w prawo na Trzcianę (Trstená). W miejscowości Witanowa (Vitanová) w lewo i po kilku kilometrach dotarłam do Orawic. Zatrzymałam się na tym samym parkingu co zwykle (byliśmy już tam kilka razy), w pobliżu wejść do Doliny Cichej Orawskiej (Tichá dolina) i Doliny Bobrowieckiej Orawskiej (Bobrovecká dolina, Bobrovská dolina). Parking jest niedrogi, bo kosztuje tylko 2 euro za cały dzień.

Trasę miałam zaplanowaną szlakami i ścieżkami edukacyjnymi. Żadnej samowolki! Mimo to, jak się później okazało, była to kolejna wyprawa po przygodę.

Postanowiłam, że wyruszę ścieżką edukacyjną „Náučný chodník Antona Kocyana v Oraviciach – Okruh A”, oznaczoną biało-zielonym kwadratem. Zamierzałam nią dotrzeć do szlaku oznaczonego na mapie na żółto i czerwono (ale w praktyce to był żółty szlak, tak zresztą zaznaczony na innych mapach), dojść nim do niebieskiego, a nim na szczyt Magury Witowskiej. Na mojej mapie w telefonie była tam na zielono zaznaczona ścieżka edukacyjna z wieżą widokową na dole. A trochę dalej ścieżka rowerowa. Obie łączące niebieski szlak ze wspomnianą wyżej ścieżką edukacyjną. Tworzy ona pętlę długości nieco ponad 12 kilometrów. Zamierzałam znowu nią pójść, tym razem w stronę Orawic, a potem zejść na żółty szlak i dotrzeć nim do Cichej Doliny tuż przed Orawicami.



Przy pomocy mapy w telefonie znalazłam wejście na moją ścieżkę, bo żadnych oznaczeń nie było. Ale początek trasy był bardzo czytelny. Dotarłam do rozległych łąk. Na ich drugim skraju są wyciągi narciarskie. Tutaj jednak ścieżka się skończyła. Szłam na przełaj łąką do góry, GPS pokazywał, że idę ścieżką. W końcu wprowadził mnie do lasu.


Może kiedyś szła tamtędy jakaś ścieżka, ale to było pewnie z 10 lat temu! Po żałosnych próbach przedarcia się przez rosnący tam teraz młodniak, zrezygnowałam. Postanowiłam wyjść z powrotem na łąkę i nią dotrzeć pod wyciągi narciarskie, bo moja ścieżka pod nimi przechodziła. Szłam stromo do góry, jak to pod wyciągiem. Ale było tutaj wykoszone, więc przynajmniej nie brnęłam w wysokiej trawie, jak poprzednio.


Dotarłam do drogi. I pojawiła się ścieżka edukacyjna. Był schron dla turystów, znak ścieżki i numer przystanku nr 22. Prowadziła ona szeroką stokówką przez las, bez żadnych widoków. Trochę byłam rozczarowana, ale jednocześnie zadowolona, że ją odnalazłam.


Po drodze miała być wieża widokowa. Była, ale był na nią zakaz wstępu. Sądząc po stanie ławeczek obok, pewnie była mocno zbutwiała. No i widoków z niej raczej żadnych już nie było, mimo znajdującej się tam lunety, bo otaczające ją drzewa były od niej teraz wyższe! Kolejne rozczarowanie, ale cóż…



Po przejściu kolejnego fragmentu lasem, dotarłam do następnego schronu turystycznego. Naprzeciwko była poręba zarośnięta trawami. Byłam trochę znudzona brakiem widoków, więc postanowiłam na nią zajrzeć. Szło się nawet wygodnie, bo nie było tam już pozostałości po wycince – tylko pniaki i wysoka trawa. Zerknęłam w mapę i zobaczyłam, że nade mną idzie ten szlak turystyczny, którym planowałam dalej pójść. Postanowiłam już nie wracać na ścieżkę, tylko iść dalej do góry. I szłam. Ale po chwili  pojawił się lęk. Trawa sięgała mi chwilami do szyi. Mogłam tu natrafić na odpoczywającego niedźwiedzia. I tak go sobie zwizualizowałam, że zaczęłam się mocno tego wyimaginowanego misia bać... Tak bywa, jak się idzie samotnie i na dodatek schodzi ze szlaku w tak dziki teren. Ciągle sobie obiecuję, że tego więcej nie zrobię, ale diabeł mnie niestety kusi…



Szczęśliwa, dodarłam do żółtego szlaku. To znaczy, żadnych oznaczeń nie było, ale GPS tak utrzymywał. Ścieżka była dość szeroka i wygodna, a widoki wspaniałe. Szłam chwilę bardzo zadowolona. Ale tylko chwilę, bo ścieżka w pewnym momencie zniknęła. Po prostu zarosła.


Odnalazłam jakąś kawałek dalej, sprawdziłam, że jestem na szlaku, więc nią poszłam. Była to ledwie widoczna, częściowo zarośnięta ścieżynka, ale była. No i było tu mocno podmokle. Cały ten płaski tern był zarośnięty większymi lub mniejszymi młakami. Jednak było tutaj pięknie i widokowo, więc byłam zadowolona.



Dotarłam do wielkiej łąki. Stała na niej wieża dla myśliwych. Tu ścieżka zniknęła. Ale na drugim jej końcu miało być skrzyżowanie z niebieskim szlakiem, który miał mnie doprowadzić na szczyt Magury Witowskiej. Wypatrzyłam w trawie ślad po przejściu jednej albo dwóch osób, bo trawy były w tym miejscu delikatnie wydeptane. Prowadził brzegiem łąki. Sprawdziłam, GPS utrzymywał, że jestem na szlaku, chociaż według mapy przechodził on nie skrajem, a środkiem. I tak chyba było, bo jak dotarłam szczęśliwa do niebieskiego szlaku, to zauważyłam czytelną drogę wchodzącą na tę łąkę.



Teraz już było wspaniale. Wygodna, szeroka ścieżka. Szlakowe znaczenia na drzewach. No i wspaniałe widoki. Poza Tatrami Zachodnimi także na Babią Górę. Czasami szlak wchodził na chwilę do lasu, ale głównie prowadził łąkami. Marzył mi się widok kwitnącej łanowo wierzbówki kiprzycy. No i doczekałam się, bo w okolicach szczytu było jej sporo.


Magura Witowska (Oravická Magura, Magura, 1232 m n.p.m.) to szczyt leżący na granicy polsko-słowackiej na Pogórzach Przedtatrzańskich (dawniej Pogórza Spisko Gubałowskiego). To najwyższy polski szczyt tego mezoregionu. Najwyższy szczyt leży po stronie słowackiej. To Skoruszyna (Skorušina - 1314 m n.p.m.), którą zdobyliśmy dwa lata temu. https://zielnik-karpacki.pl/skoruszyna_skoru_ina


Poza granicą państwową przebiega przez Magurę Witowską Wielki Europejski Dział Wodny pomiędzy zlewiskami Bałtyku i Morza Czarnego.


Jest tu słowacka wiata dla turystów z tablicami informacyjnymi i miejsce do zrobienia ogniska. Polskiej tabliczki z oznaczeniem szczytu nie znalazłam, chociaż nas szczytach położonych na granicy są zwykle dwie – słowacka i nasza. Robię tu sobie dłuższą przerwę, także na posiłek. No i na podziwianie widoków. Warto było tu przyjść! Jest cudnie!


Rozglądam się za ścieżką edukacyjną, którą mam na mapie. Ale nie ma po niej śladu. W międzyczasie na szczycie pojawia się para sympatycznych, młodych polskich rowerzystów. Przyjechali z Witowa, chcą zjechać do Orawic żółtym szlakiem, którym tu częściowo przyszłam. Trochę im podcinam skrzydła, opowiadając o swoich przygodach. Ale są młodzi! Dadzą sobie radę! Mówią mi o tej ścieżce rowerowej, którą będę musiała zejść na dół do ścieżki edukacyjnej.


Schodzę ze szczytu, idę teraz czarnym szlakiem w stronę Przysłopu Witowskiego (Príslop - 1164 m n.p.m.). Podziwiam widoki, bo nadal są wspaniałe. Docieram do miejsca, gdzie teren się wypłaszcza. Szlak jest tu straszliwie błotnisty. Najprawdopodobniej z Witowa wjeżdżają tędy na szczyt „turyści” kładami.

Spotykam tu dwie góralki z Witowa z dziećmi. Są obejścia tych błot, ale one dzielnie się przez nie przedzierają. Mówię im, że tego błota będzie jeszcze sporo i żeby wykorzystały te ścieżki, które idą obok przez las. Na pewno się nie zgubią.



Chwilę się waham, czy nie zejść na Przysłop Witowski, ale rezygnuję. To nieciekawy, niewybitny szczycik w lesie. Schodzę więc ścieżką rowerową. Wejście na nią jest, tak, jak mówili rowerzyści, za ostatnim błotem. Cała jest wyłożona betonowymi, ażurowymi płytami. Prowadzi stromo przez las, ale jest sporo pięknych widoków.



Docieram na ścieżkę edukacyjną. To ta sama, którą szłam rano. Jednak ta jej część jest niezwykle widokowa. No i jest tu bardzo kwieciście. Na szczególną uwagę zasługuje rosnący tu łanowo jastrun właściwy. Nigdy go jeszcze nie widziałam w takiej ilości. Akurat ma teraz pełnię kwitnienia.



Rosną tutaj także storczyki, mieczyki dachówkowate i inne ciekawe gatunki. Jest pięknie. Co jakiś czas mijam kolejną wiatę turystyczną. Po 3 kilometrach docieram do szlaku rowerowego. Prowadzi asfaltem. Chwilę się zastanawiam, czy nim nie zejść do Cichej Doliny. Ponieważ tam też jest asfalt, za którym nie przepadam, to decyduję się pójść dalej ścieżką edukacyjną. To nie była najlepsza decyzja, ale cóż…Dowiaduję się o tym po niewczasie...



Najpierw wspinam się do góry, potem droga się wypłaszcza. Idę jakiś kilometr. Docieram do miejsca, w którym przez ścieżkę przechodzi żółty szlak. To dosłownie kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym rano weszłam na porębę… Do góry jest dość czytelny. Ja muszę zejść nim na dół. Żółta strzałka na drzewie jest, ale ścieżki nie ma! Przedzieram się kawałek przez ziołorośla. Pojawia się ledwie widoczna ścieżynka. Jest też znak na drzewie. Idę. Dalej jest coraz gorzej. Ścieżynka zamienia się w potok. Znaków nie ma, a według GPS-u jestem cały czas na szlaku. Idę na wyczucie w dół, chociaż jestem na siebie wściekła! Trzeba było zejść tym asfaltem! Na szczęście pojawia się znów ścieżynka. Błotnista i niewygodna, ale jest!


Wychodzę na łąki. Oczywiście ścieżka znika. Znaków szlaku też nie ma. Ale wiem, gdzie jestem, więc w poprzek łąki schodzę do Doliny Cichej. Pół kilometra asfaltem i jestem w Orawicach. Mocno już zmęczona, a czeka mnie jeszcze Torfowisko (Rašelinisko) Peciská. Zachmurzyło się, ale ostatecznie to był jeden z głównych celów mojej dzisiejszej wycieczki. Muszę go zaliczyć. Chociaż to dodatkowe dwa kilometry.


Czołgam się więc szeroką, asfaltową drogą prowadzącą przez Dolinę Bobrowiecką. Obu tym dolinom – Cichej i Bobrowieckiej - dodano w nazwie Orawska, żeby odróżniały się od innych dolin o tych samych nazwach, też na Słowacji.


Na szczęście to tylko pół kilometra. Wchodzę na torfowisko. Niebo jest zachmurzone, ale jakby zaczynało się trochę rozjaśniać. Mam szczęście, bo po chwili wychodzi znowu słońce. To piękne miejsce. Byliśmy tutaj dwa lata temu, przy okazji wycieczki do Juraniowej Doliny (Juráňova dolina).

https://zielnik-karpacki.pl/juraniowa_dolina_jur_ova_dolina_i_torfowisko_ra_elinisk_pecisk

W okolicy Orawic jest bardzo dużo torfowisk, młak i podmokłych łąk – nie tylko w dolinach, ale również na szczytach, czego dzisiaj już doświadczyłam.



Torfowisko (Rašelinisko) Peciská, położone w Dolinie Bobrowieckiej Orawskiej zostało pięknie przygotowane, żeby je mogli obejrzeć turyści. Został tam zbudowany drewniany chodnik długości blisko kilometra tworzący pętlę oraz mała wieża widokowa z ławeczkami dla turystów.



To niezwykle urokliwe miejsce, no i raj dla miłośników roślin. Poprzednim razem byłam tu w czerwcu – było przepięknie. Teraz też jest podobnie, chociaż kwitną zupełnie inne rośliny. Przed wszystkim pełno jest mojego ulubionego kruszczyka błotnego (Epipactis palustris). Ale sporo jest także kukułki Fuchsa (Dactylorhiza fuchsii) i kukułki plamistej (Dactylorhiza maculata). Są tutaj w pełni kwitnienia, chociaż gdzie indziej już dawno przekwitły. Rośnie także kruszczyk szerokolistny (Dactylorhiza majalis). A z innych, ciekawszych roślin gnidosz błotny (Pedicularis palustris), bobrek trójlistkowy (Menyanthes trifoliata) i oczywiście żurawina błotna (Oxycoccus palustris).


Jest tu tak pięknie, że jak tylko przekroczyłam bramę torfowiska, to od razu zapomniałam o zmęczeniu. Na tablicy informacyjnej była wymieniona rosiczka długolistna, więc  po cichu liczyłam, że ją gdzieś wypatrzę, ale niestety nigdzie nie było śladu po tych ciekawych, miniaturowych roślinkach. No i rozglądałam się też za siedmiopalecznikiem błotnym, bo ponoć występuje w okolicach Orawic. Ale też nigdzie go nie zauważyłam. Szkoda.

Spędziłam tam trochę czasu, ale z żalem musiałam wracać, bo robiło się już późno, a do domu było kawałek drogi.

Pusty rano parking zapełniony był teraz całkowicie – zdaje się, że największy ruch na tutejszym kąpielisku zaczyna się późnym popołudniem.

Tuż przed Nowym Targiem nawigacja kazała mi skręcić w prawo, na nową obwodnicę. Ponieważ rano byłam z jej pomysłu zadowolona, zaryzykowałam. Przejazd tamtędy okazał się niewypałem. Myślałam, że ominę miasto. Niestety, jadąc dwa razy dłuższą drogą, po stresujących mnie pętlach i estakadach, wylądowałam w samym środku miasta! Może rzeczywiście unika się w ten sposób części korków, ale mimo wszystko dla mnie to trochę śmieszne. Ja na pewno nie będę tamtędy jeździć.

Wycieczka na Magurę Witowską była niesamowita. Było odrobinę adrenaliny i strachu, ale wspaniałe widoki wynagrodziły mi z nawiązką źle oznaczone i zarośnięte szlaki. W sumie przeszłam jakieś 16 kilometrów. Na pewno wkrótce znowu się tam wybiorę, bo to piękne tereny. Tym razem z polskiej strony, z Witowa.



Orawice Pogórza Przedtatrzańskie Magura Witowska Bruzda Podtatrzańska
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.