LUTY
Kosodrzewina (Pinus mugo)

Gorce - 4 grudnia 2025


Nad Szczawą ponad dziesięć lat temu została wytyczona gminna ścieżka turystyczna w postaci pętli. Jakieś 12 kilometrów. Znalazłam ją wtedy na jakiejś nowo kupionej mapie i zabłysnęłam przed przyjaciółmi, bo o niej nie wiedzieli, a na innych mapach jej jeszcze nie było. Podejrzewam, że wytyczono ją mniej więcej w tym samym czasie, co ścieżkę na Gorc z Zasadnego „Wyrusz z nami w Gorce”. Wycieczka okazała się bardzo udana. Akurat spadło sporo świeżego śniegu, więc klimaty były bajkowe. Już od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby tę trasę powtórzyć. Zaplanowałam wycieczkę jesienią, ale nic z tego nie wyszło.

Teraz mnie nosiło, żeby się gdzieś przejść, a że prognozy pogody były dla Szczawy najlepsze ze wszystkich moich pomysłów…


Ścieżka wychodzi spod kościoła w Szczawie. Spory jej kawałek prowadzi asfaltem, więc postanowiłam sobie tę trasę nieco zmodyfikować. Podjechałam kilometr szlakiem i zostawiłam samochód przy pięknie przygotowanym miejscu odpoczynkowym dla turystów tuż przed przysiółkiem Gardonie. Był tam chodnik, ale mocno oblodzony, więc od razu założyłam raczki. Poszłam kawałek, popodziwiałam lodowe sople nad potokiem Głębieniec, a potem zajrzałam w mapy.com. Niestety, mimo, że szlak był zaznaczony na tej mapie na stronie, to w aplikacji w telefonie go nie było. W związku z tym dopadłam jakiegoś tubylca, który powiedział mi, że za jakiś kilometr muszę skręcić i że będzie tam oznaczenie szlaku.



Szłam i szłam, zerkałam na każdą drogę odchodzącą w prawo, ale znaków tej ścieżki nigdzie nie zauważyłam. Minęłam przysiółek Łuszczki (tam właśnie powinnam była skręcić) i poszłam dalej. Było trochę szadzi, więc zajęłam się jej fotografowaniem. A potem droga weszła do lasu. Nie było tam zbyt ciekawie. Ani ładnie. No i co jakiś czas mijał mnie samochód. Kiedy minęłam przysiółek Borek, to zaczęłam mieć uczucie, że coś jest nie tak, bo na pewno przeszłam więcej niż kilometr.



Postanowiłam skorzystać z mapy w telefonie https://mapa-turystyczna.pl/, której już od jakiegoś czasu nie używam, bo mam ją wgraną tylko w wersji online, a Internet często w górach jest niedostępny. Okazało się, że to była dobra decyzja, bo akurat Internet tam był, mapa działała no i „moja” ścieżka była na niej zaznaczona. Skręt był kilometr wcześniej. Wróciłam więc do przysiółku Łuszczki. Tym razem skręciłam dobrze, Szlak nadal prowadził stamtąd asfaltową, tyle, że nieco węższą drogą. No i do góry. Ale żadnego znaku tam nie było. Pierwszy pojawił się dopiero po pół kilometrze.


Kolejne dwa kilometry asfaltem przez las. Zaczęłam żałować swojego pomysłu na dzisiejszą wycieczkę. Ale potem było już tylko lepiej. Szlak wyszedł z lasu, asfalt się skończył i prowadził teraz polną drogą wśród łąk.


Dogonił mnie tam młody turysta. Okazało się, że ma na dzisiejszy dzień takie same plany jak ja. Szliśmy chwilę razem i gawędzili. A potem zasugerowałam mu, żeby mnie zostawił i poszedł sam, bo trudno, żeby męczył się, idąc moim tempem. Ostrzegłam go też, że jestem nadmiernie gadatliwa.


Ale to go nie zniechęciło. Stwierdził, że ma dużo czasu. No to szliśmy razem i dalej rozmawiali. To znaczy, jak zwykle, głównie ja mówiłam. Młody człowiek był zmuszony mnie słuchać. Ale twierdził, że lubi. No i czasami dopuszczałam go do głosu.


Okazało się, że jest w trakcie zdobywania kilku odznak. Oczywiście Korony Gór Polskich, a także Korony Beskidu Wyspowego i „102 Wysp” Beskidu Wyspowego. Dzisiejsza wycieczka ma na celu zdobycie dwóch szczytów do tej ostatniej. Kiczory Kamienickiej (1007 m n.p.m.) i Wielkiego Wierchu (1017 m n.p.m.). Pan Piotr zdobył już ich sporo. Zdaje się, że została mu jeszcze jedna trzecia.



Dotarliśmy na rozległą polanę pod Kiczorą. Jest tu miejsce odpoczynkowe dla turystów i ławeczki. No i jakieś widoki. Śniegu całkiem sporo. Niestety bardzo mokrego. Nie ubrałam śniegowców, tylko zwykłe skórzane buty, więc doszczętnie je przemoczyłam.


Potem poszliśmy dalej ścieżką w stronę szczytu. Przez las. Żeby zdobyć Kiczorę Kamienicką, trzeba nieco zejść ze szlaku, bo wierzchołek jest nieco w głębi lasu. Jest tam tabliczka oraz duża tablica informacyjna. Robimy sobie tam krótki odpoczynek. Robię też Panu Piotrowi pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce z nazwą szczytu.

Jeśli idzie o regionalizację, to z tymi dwoma szczytami jest problem. Są przypisywane albo do Gorców, albo do Beskidu Wyspowego. Jak byłam tu z przyjaciółmi w 2016 roku, to się mocno namęczyliśmy, żeby ustalić, gdzie właściwie byliśmy.


Według obowiązującej wtedy regionalizacji Karpat opracowanej przez Jerzego Kondrackiego, Wielki Wierch, Kiczora Kamienicka i Magorzyca (881 m n.p.m.) były zaliczane do Beskidu Wyspowego. Jednak duża część autorów opracowań o tym regionie uważała, że te szczyty należą do Gorców. My też wtedy przychyliliśmy się do ich opinii. I okazuje się, że chyba słusznie, bo w najnowszej, obowiązującej od 2018 roku regionalizacji Karpat, opracowanej przez zespół naukowców pod kierownictwem Jerzego Solona, szczyty te są obecnie zaliczane do Gorców.


No, ale przy tworzeniu regulaminu odznaki „102 Wyspy" Beskidu Wyspowego zdaje się wzięto pod uwagę regionalizację Jerzego Kondrackiego, dlatego te szczyty zostały tam ujęte. A w sumie (to taka moja myśl), gdyby je stamtąd usunąć, zgodnie z najnowszymi ustaleniami, to nazwa odznaki brzmiała by fajniej - „100 Wysp” Beskidu Wyspowego. Ale szczerze powiedziawszy, to podobny problem jest także z Pasmem Lubomira i Łysiny. To Beskid Makowski, a także te szczyty zdobywa się w ramach tej odznaki, bo do Beskidu Wyspowego przypisał je Jerzy Kondracki.

Podsumowując te rozważania, myślę, że dla zwykłych turystów nie ma to większego znaczenia.


Wracam do naszej wycieczki. Idzie mi się fajnie, bo odpowiedzialność za nią przejął Pan Piotr. To on mnie prowadzi. I przeciera szlak. Czuję się bardzo bezpiecznie, zwłaszcza, że młody człowiek ma ze sobą spray na niedźwiedzie! Właściwie, jak się tak często samotnie plątam po górach, zwłaszcza po słowackich, to też powinnam go sobie sprawić. Ale pewnie i tak nie umiałabym go użyć! I zrobiłabym sobie większą krzywdę, niż niedźwiedziowi!


Idziemy jeszcze trochę za znakami ścieżki, mijamy widokową Polanę Jeziorne, ale potem z niej schodzimy, bo musimy zdobyć Wielki Wierch, a on leży już kilkaset metrów poza nią. Na szczęście są jakieś ścieżki. Już tuż przed szczytem wchodzimy w las, bo podobnie jak Kiczora Kamienicka, leży nieco w głębi. Kolejne pamiątkowe zdjęcie i leśną drogą schodzimy na polanę Opydowa. Tam wracamy na naszą ścieżkę oznaczoną biało-czerwonym kwadratem.



Mijamy mały przysiółek bez nazwy, bo ścieżka prowadzi przez jego środek, i idziemy nią jeszcze kawałek. A potem schodzimy na kolejną drogę leśną, żeby zejść nie do centrum Szczawy, a do miejsca, z którego obydwoje wyruszyliśmy.


Schodzimy prosto do punktu, w którym Pan Piotr zostawił swój samochód. Mój jest prawie dwa kilometry niżej, a że ta część trasy jest nieciekawa i na dodatek po oblodzonym asfalcie, to chętnie korzystam z podwiezienia.

Okazuje się, że mój towarzysz bardzo poważnie podchodzi do zdobywania górskich odznak. W samochodzie pokazuje mi spory pęk książeczek. Zdaje się, że zamierza zdobyć wszystkie możliwe do zdobycia górskie odznaki. Jest młody, więc na pewno mu się to uda! Życzę mu tego!

To była bardzo udana wycieczka. Co prawda szlak taki sobie, a zima nie spełniała moich standardów. Ale była ładna, słoneczna pogoda, a niespodziewane towarzystwo niezwykle sympatycznego młodego człowieka, którego pasją są góry, bardzo przyjemne. Mam nadzieję, że nie zagadałam go na śmierć i też mile będzie tę wycieczkę wspominać.



Gorce KIczora Kamienicka Wielki Wierch Szczawa
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.