WRZESIEŃ
Wrotycz pospolity (Tanacetum vulgare)

Beskid Niski - 28 maja 2022


Dostaję od zaprzyjaźnionego botanika informację o stanowisku storczyka samczego (Orchis morio) w Beskidzie Niskim. Niedawno odkryte, z bardzo dużą ilością okazów, już niestety zostało częściowo zniszczone, bo właściciel łąki, na której występuje, postanowił zbudować sobie tam dom i przygotował teren przy użyciu ciężkiego sprzętu.

Co prawda, storczyka samczego mam już w swojej kolekcji, ale w Polsce widziałam go tylko raz, dwa egzemplarze w PPN. Jeździłam na to stanowisko potem przez kilka lat, ale storczyk nie zakwitł. Większe stanowisko udało mi się zobaczyć na Słowacji, w rezerwacie Devinska Kobyla, ale zdjęcia wyszły mi bardzo kiepskie. Toteż zamierzam wykorzystać nadarzającą się okazję, bo kto wie, co będzie w przyszłym roku.

Postanawiam ten wyjazd połączyć z jakąś wycieczką górską, więc dzwonię do Marka, bo wspominał, że w ramach zdobywania odznaki „Diadem polskich gór” ma do zaliczenia jeszcze dwa szczyty w Beskidzie Niskim. Okazuje się, że chodzi o Kamień nad Jaśliskami (857 m n.p.m.). Już tam byłam, i na dodatek jest to kawałek drogi od „mojego” stanowiska storczyków, ale Marek nie marudził, jak zachciało mi się rezerwatów na Pogórzu Cieszyńskim, więc pora się odwdzięczyć.


Jedziemy najpierw do Polan. Jest tu przepięknie. Dość szybko udaje się nam dotrzeć do stanowiska – mamy mapkę. Rzeczywiście, wygląda to nieciekawie. Tuż obok jest granica MPN, w pobliżu ponoć gniazdo orlika krzykliwego, a także innych rzadkich gatunków ptaków. No i te unikatowe storczyki! Spora część stanowiska już została zniszczona, a reszta ma nikłe szanse przetrwania, jeśli stanie tam dom. A to podobno jedno z największych stanowisk tego gatunku w naszych Karpatach. No i zniszczony zostanie bezpowrotnie piękny, dziewiczy krajobraz.


Namierzam pierwsze storczyki i próbuję je fotografować. Jest silny wiatr i kiepskie światło, ale cóż… Są za to w różnych kolorach. I chociaż już na nie późno, bo większość już przekwitła, to udaje mi się wypatrzyć kilka ładnych, jeszcze w dobrym stanie. Także takiego zupełnie białego. Jest śliczny.


Zauważamy jakiegoś człowieka, który zmierza w naszym kierunku. Też pochyla się nad roślinami, ale widać, że bacznie nas obserwuje. Właściciel? Strażnik parku? A może inny miłośnik storczyków? Trochę nas to niepokoi. Jak podchodzi bliżej, to pierwsza go zagaduję, żeby rozładować napięcie. Okazuje się, że to odkrywca tego wspaniałego stanowiska. Zauważył nas i postanowił pilnować. Jest tutejszym mieszkańcem (m.in. prowadzi hodowlę owiec), a jednocześnie jest wielkim miłośnikiem przyrody. Już w domu dowiadujemy się, że to Francuz, który tak pokochał Beskid Niski, że mieszka tu już od 20 lat. Jest zrozpaczony zaistniałą sytuacją, bo doskonale wie, co to oznacza nie tylko dla storczyków. Po dłuższej pogawędce rozstajemy się w bardzo smutnych nastrojach, bo zdajemy sobie sprawę, że podjęcie walki wcale nie oznacza sukcesu. Zwłaszcza przy obecnym prawie budowlanym. Ale trzeba jak najszybciej zainterweniować, bo potem może być już za późno.


Z Polan jedziemy najpierw do Tylawy, bo chcę zatrzymać się przy tutejszej dawnej, murowanej cerkwi pw. Narodzenia NMP z 1787 roku. Następnie do Jaślisk, a potem, niestety częściowo bitą drogą do Lipowca, skąd zamierzamy wyruszyć, żeby Marek mógł zdobyć Kamień nad Jaśliskami. Niestety, bo droga jest tak pełna dziur, że najwyższa prędkość, jaką możemy na niej rozwinąć, to 5 km na godzinę.


Lipowiec to dawna łemkowska wieś, założona na prawie wołoskim już w początkach XVI wieku. Niegdyś ludna, obecnie mieszka tu kilku stałych mieszkańców, którzy prowadzą gospodarstwa agroturystyczne. Nazwa pochodzi od lip porastających tę dolinę w czasie, kiedy lokowano miejscowość. Rozwijała się ona prężnie aż do wybuchu I wojny światowej, kiedy to góra Kamień, którą zamierzamy zdobyć, była miejscem zaciekłych walk pomiędzy wojskami rosyjskimi, a austriackimi. Duża część mieszkańców, popierająca Rosję, opuściła wtedy swoje domy. Dodatkowo, nowy podział polityczny Europy po wojnie spowodował, że mieszkańcy nie mogli się już tak swobodnie przemieszczać  - skończyły się możliwości zarobkowania.


Ludzi było jednak coraz więcej i stara cerkiew greckokatolicka była zbyt ciasna i zniszczona. Biskup greckokatolicki przemyski nie godził się jednak na budowę cerkwi, w związku z tym prawie wszyscy mieszkańcy przeszli na prawosławie i zbudowali sobie nową, prowizoryczną cerkiew. Widząc to, biskup wydał pozwolenie, cerkiew greckokatolicka została zbudowana, ale nie było już wiernych. Korzystała z niej tylko jedna rodzina, która nie zmieniła religii. Tak, że przez pewien czas w Lipowcu były trzy cerkwie.

W 1944 roku duża część wsi uległa zniszczeniu, a zrozpaczeni mieszkańcy ulegli nachalnej agitacji Radzieckiej Komisji Przesiedleńczej i wyjechali do ZSRR. Zrujnowaną i opuszczoną wieś spaliła w 1946 roku sotnia Hrynia.

A potem założono tu PGR. Pamiątką po nim są resztki zrujnowanych budynków. Ale jest tu niezwykle pięknie. I taka cisza i spokój...



Idziemy szlakiem historyczno-przyrodniczym, oznaczonym kolorem żółtym. Potem dołącza do niego zielony. Docieramy do rozejścia szlaków i niebieskim dochodzimy na szczyt. Potem wracamy do rozejścia i idąc dalej szlakiem niebieskim, zdobywamy kolejny szczyt - Kamień (Kameň - 827 m n.p.m.). Przechodzimy w ten sposób w poprzek cały rezerwat Kamień nad Jaśliskami. Potem idziemy w dół połączonymi szlakami, czerwonym i niebieskim, następnie tylko niebieskim, i docieramy do drogi, która prowadzi od Lipowca do granicy ze Słowacją. Nią, mijając po drodze ruiny zabudowań dawnego PGR-u, wracamy do mostku, przy którym zostawiliśmy nasz samochód, zamykając w ten sposób pętlę.


A potem, znowu jadąc 5 km na godzinę docieramy szczęśliwie do asfaltowej drogi i wracamy nią do Jaślisk, gdzie się na chwilę zatrzymujemy, bo ja co prawda byłam tu w tamtym roku, ale  Marek był bardzo dawno temu i chce zobaczyć, co się tu zmieniło.


Jaśliska to bardzo ciekawa miejscowość. Położone na niewielkim wzniesieniu, były kiedyś ważnym punktem na szlaku handlowym, prowadzącym na Węgry. Założyli ją osadnicy niemieccy w XIV wieku i nazwali Hohenstadt (Wysokie Miasto). Miała prawa miejskie i mury obronne (w XVII wieku miasto obroniło się dzięki nim przed wojskami Rakoczego). Były tu składy wina – do dziś zachowały się piwnice, w których było przechowywane.


Tutejsi mieszkańcy zajmowali się także rzemiosłem, prym wiodło kamieniarstwo. Jako materiał służył kamień wydobywany z góry, którą właśnie zdobyliśmy – Kamienia nad Jaśliskami. Stąd szczyt jest pocięty kamienistymi zagłębieniami i wąwozami. Ponoć wytwarzano tu żarna.

Obecnie to wieś, ale zachował się tu zespół urbanistyczny dawnego miasteczka i zabytkowe drewniane domy. Miejscowość włączono do podkarpackiego Szlaku Architektury Drewnianej.


Dodatkowo ostał się tu ratusz z XIV wieku i pozostałości po murach obronnych. W kościele pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej jest cudowny obraz Matki Boskiej Jaśliskiej, do którego przybywają liczni pielgrzymi.


Urodził się tu także Stanisław Jerzy Hausner (Hazner) – lotnik, pierwszy Polak, który próbował przelecieć nad Atlantykiem.

Miejscowość jest wykorzystywana jako sceneria filmowa. To tu kręcono „Wino truskawkowe”, „Boże Ciało” i „Twarz”.


Jaśliska pięknieją z każdym rokiem, a mieszkańcy są z niego dumni. Wszyscy. Zresztą spotyka mnie z tego powodu coś zabawnego. Podchodzi do mnie wyglądający na miłośnika napojów wyskokowych człowiek. „Czy ja mogę zadać Pani pytanie?” Grzebię w związku z tym w kieszeni, szukając drobnych i oczekując na dalszą część. Czyli: „Czy mogłaby Pani mi dorzucić parę groszy do piwa?" Niestety. Bardzo się pomyliłam! Pada bowiem pytanie: „Czy Pani podobają się nasze Jaśliska?” I muszę przyznać, że mocno głupio mi się zrobiło. Wychwalam więc miejscowość ile się da, ku widocznemu zadowoleniu mojego rozmówcy.


W drodze powrotnej Marek proponuje, że pojedziemy przez Myscową. I na pytanie dlaczego, robi bardzo tajemniczą minę. Okazuje się, że w Myscowej jest cerkiew, którą wypatrzył na mapie i chce „zapunktować”, robiąc mi niespodziankę. Oglądamy cerkiew i stwierdzamy, że nigdy tu na pewno nie byliśmy, więc obydwoje jesteśmy bardzo zadowoleni. Do czasu!

Dalej jedziemy wąską i wyboistą drogą, która nagle „wjeżdża” w Wisłokę. Marek zauważył na mapie cerkiew, ale braku mostu już nie! Staję jak wryta i nie bardzo wiem, co zrobić. Jadący za mną samochód chwilę czeka, a potem zniecierpliwiony objeżdża mnie bokiem. To tubylec, wiec się nie patyczkuje, jedzie szybko, wzbijając fontannę wody. Chwilę się jeszcze zastanawiamy. Marek wspomina coś o długiej drodze powrotnej, no i: „A może byś przejechała”. W związku z tym postanawiam być dzielna i z duszą na ramieniu wjeżdżam na betonowe płyty ułożone na brodzie. Ostatecznie inni tędy przejeżdżają! Ale zważywszy, że nigdy nie odważyłam się wjechać na kanał podczas przeglądu samochodu, to jest to niewątpliwie wyczyn! 

I nagle przypominam sobie, że przecież już tu byliśmy. Przechodziliśmy tą kładką obok brodu. No i oczywiście widzieliśmy cerkiew w Myscowej, bo nasz kolega Krzysztof bardzo chciał ją zobaczyć i mimo innych planów nadłożyliśmy na wycieczce na Łysą Górę drogi i zeszliśmy pod cerkiew. A potem wracaliśmy kawał drogi pieszo do Kątów, mijając kolejne kładki na Wisłoce i ten bród też! Oj, naśmialiśmy się z siebie mocno! A Myscowa już na zawsze utkwi nam w pamięci!



Beskid Niski cerkwie Jaśliska Polany Myscowa
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.