GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Sądecki - 17 sierpnia 2025


W długi weekend w piątek i sobotę był upał. A potem wszędzie pojawiły się informacje o najeździe turystów we wszystkie popularne i atrakcyjne miejsca, zwłaszcza w góry. Planowałam się gdzieś przejść w niedzielę, bo miało być chłodniej, ale jakoś nie mogłam nic sensownego wymyśleć. W końcu przypomniałam sobie o niezrealizowanej w ubiegłym roku wycieczce w Pasmo Jaworzyny Krynickiej z Kokuszki. Kiedy tam dojechałam, to okazało się, że w miejscowości jest remont drogi. Poszłam więc z Piwnicznej –Zdroju żółtym szlakiem na Halę Pisaną.

Teraz postanowiłam pojechać do Kokuszki, bo remont się na pewno skończył. Miała to być krótka wycieczka. Planowałam stamtąd dojść lokalnymi drogami w okolice Jaworzyny Kokuszańskiej (966 m n.p.m.), przejść kawałek GSB w stronę Cyrli, obejrzeć teren, na którym młodzi przyrodnicy zaproponowali utworzenie rezerwatu Zadnie Góry, bo miałby ewentualnie powstać pod szczytem Zadnich Gór (968 m n.p.m.), i zejść lokalnymi drogami, z których pierwsza wychodzi tuż pod szczytem, z powrotem do Kokuszki.


Dojeżdżam, zgodnie z planem, pod ostatni przystanek autobusowy w Kokuszce. Jest tam sporo miejsca, żeby zostawić samochód. Początkowo idę do góry betonowymi płytami. Docieram do miejsca, gdzie jest ławeczka do zrobienia sobie zdjęcia i źródło wody mineralnej  „Piwniczanka”.


Potem betonowe płyty się kończą. Idę dalej bitą, szeroką drogą przez las. Zerkam w mapę w telefonie, żeby iść tak, jak sobie zaplanowałam. Dróg w rzeczywistości jest jak zwykle więcej, niż na mapach. Trzeba więc uważać.


W pewnym momencie zaciekawia mnie droga odchodząca w bok. Wchodzę więc na nią. Schodzi do dna potoku Jaworzyna i idzie dalej do góry. Jest tam całkiem ładnie. Stoi też tam krzyż. To już drugi, jaki dzisiaj mijam. Ale na mapie ta droga prowadzi tylko do przysiółka Młaki, więc mimo, iż mi się podoba, wracam na zaplanowaną trasę.


Po chwili docieram na rozległą polanę. Znajduje się tu przysiółek Roztoki. Na dole jest jedno zamieszkane gospodarstwo, a na samej górze drugie, ale już opuszczone. Są stąd bardzo ładne widoki.


Dalej idę lasem. Cała ta trasa, poza początkowym odcinkiem, jest dość stroma. No, ale trzeba tę wysokość „zrobić”. Ostatecznie to 500 metrów przewyższenia na niecałych trzech kilometrach.



W pewnym momencie droga, którą idę, ostro skręca w prawo, do przysiółków Jaworzyna i Łazisko. Można też pójść tamtędy, ale ja schodzę na idącą prosto do góry wąską ścieżkę. Docieram na łąkę, ale już mocno zarośniętą młodymi brzózkami. Niedługo jej już nie będzie. Ale na razie rosną tu borówczyska, a pomiędzy krzaczkami borówek sporo wrzosów, które właśnie zaczęły kwitnąć. Szkoda, że niestety dzisiaj niebo jest dość mocno zasnute chmurami, bo zdjęcia wychodzą mi mizerne.


Ścieżka, którą idę (a innej nie ma, chociaż na mapie była zaznaczona), prowadzi równolegle do GSB. Schodzę więc z niej i idę na przełaj do góry. Nie jest łatwo, bo jest tutaj bardzo nierówny teren, no i dość stromo. Ale za to pojawiają się pierwsze widoki. No i te wrzosy są bardzo urokliwe.


W końcu docieram na znane mi już, bo wielokrotnie odwiedzane łąki. Tutaj są wypasane zwierzęta. Teren jest prawie płaski, równy, a trawa niziutka. Wreszcie idzie się bez wysiłku i całkiem przyjemne.

Wchodzę na ścieżkę prowadzącą do GSB. Mam szczęście, bo po drodze „wdeptuję” na ładne okazy okratka australijskiego. To bardzo ciekawy grzyb z rodziny sromotnikowatych. Jego rodzimym obszarem występowania była pierwotnie Australia i Nowa Zelandia. Potem został przeniesiony do Azji i obu Ameryk. W Europie pojawił się po raz pierwszy w 1914 roku we Francji. W Polsce po raz pierwszy stwierdzono jego występowanie w 1975 roku. Ciągle są odkrywane jego nowe stanowiska. W Karpatach jest ich już sporo.


Ma zupełnie kosmiczny wygląd. Najpierw ma formę tzw. jaja. To stożkowaty lub gruszkowaty białoszary twór, częściowo zagłębiony w ziemi. W trakcie dojrzewania pęka i pojawia się tzw. receptakl. Ma zwykle kształt banana. Po jakimś czasie pęka na 4-6 czerwonych ramion. Przypomina wtedy trochę ośmiornicę. Ramiona odchylają się stopniowo na boki. Wtedy jest najefektowniejszy – przypomina rozgwiazdę. Ale wydziela wtedy paskudny zapach padliny. Lepiej go nie dotykać. Ja kiedyś popełniłam ten błąd i przez dwa dni ręce mi śmierdziały.


Wreszcie docieram do GSB. Tak jak zaplanowałam, tuż przed kapliczką pod szczytem Jaworzyny Kokuszańskiej (966 m n.p.m.). Zamierzam tu zjeść drugie śniadanie, bo są ławeczki. Ale najpierw idę poszukać szczytu. To płaski teren. Ale ktoś zawiesił tu domowej roboty tabliczkę z nazwą.



Jogurt, kruche ciasteczka i pojemniczek borówek amerykańskich. Chwila oddechu i wracam na trasę. Idę w kierunku Cyrli. Docieram do szczytu o nazwie Zadnie Góry (968 m n.p.m.). Nie ma niestety żadnego oznaczenia wierzchołka.




Zamierzam tutaj spenetrować teren ewentualnego rezerwatu, o którym wspominałam na początku relacji. Ciekawe formy osuwiskowe położone na południowych stokach Zadnich Gór. Spora wychodnia skalna i kilka rowów rozpadlinowych. Tyle, że na samotny spacer to dość niebezpieczne miejsce. Ale bardzo uważam na każdy krok, więc dobrze się to kończy.




Potem wchodzę w bezpieczniejszy teren i na przełaj schodzę do leśnej drogi, którą zaplanowałam powrót. Prowadzi ona sporo lasem, ale też przez widokowe łąki. Mijam najpierw przysiółek Zadnie Góry. Potem Leskowskie i Trzmielówkę. Tak schodziliśmy z Markiem, kiedy to wybraliśmy się 2 lata temu na Cyrlę, też bez szlaku, z Głębokiego. https://zielnik-karpacki.pl/cyrla_z_glebokiego_bez_szlaku. Tylko, że wtedy za Trzmielówką skręciliśmy na przysiółek Czerteż, bo musieliśmy zejść do Głębokiego. Teraz idę w kierunku przysiółka Fiedorek. Po drodze mijam ładną kaplicę pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. I znajduję kolejne stanowisko okratka australijskiego.


Zaczęły właśnie kwitnąć goryczki trojeściowe. Jest ich po drodze całkiem sporo. No i dużo też wrotycza pospolitego. Czyli prawidłowo, bo to połowa sierpnia.


Potem miał być przysiółek Pająkówka. I na mapie droga kończyła się właśnie tam. Ale byłam pewna, że musi zejść do Kokuszki, bo jak inaczej mieszkający tam ludzie by się dostawali. I miałam rację. Na sam dół schodzę szeroką stokówką. Akurat pod źródełkiem, spod którego rano wyszłam. Jeszcze tylko mały kawałeczek, i jestem przy samochodzie.


Przeszłam raptem 11 kilometrów, więc nie była to zbyt długa trasa. Ale całkiem przyjemna, chociaż w sumie niezbyt widokowa. I znowu nie spotkałam nikogo. Nawet na GSB, a jest on przecież dość uczęszczany. Wrzosy na Jaworzynie Kokuszańskiej były wspaniałe. Tylko szkoda, że było pochmurnie, bo zdjęcia wyszły kiepskie. Słońce pokazało się dopiero pod sam koniec. Ale wróciłam całkiem zadowolona do domu. Przyjemnie spędziłam dzień i znowu zaliczyłam nieznany mi fragment Pasma Jaworzyny Krynickiej.



Beskid Sądecki Pasmo Jaworzyny Krynickiej Zadnie Góry Jaworzyna Kokuszańska Kokuszka
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.