GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Niski - 16 lutego 2024


Weekend miał być pochmurny i mroźny, więc nie planowałam żadnej wycieczki, zwłaszcza, że później cały tydzień miał być słoneczny, chociaż też bardzo mroźny. Ale w sobotę często wyglądało słońce, więc pomyślałam sobie, że jak tak będzie w niedzielę, to się wybiorę gdzieś na spacer. 

Miałam kilka pomysłów. Kusił mnie cmentarz wojenny nr 144 w Królowej Polskiej. Widziałam jego zdjęcie w Internecie i chciałam zobaczyć. Intrygował mnie też jego numer, ale o tym później. Postanowiłam znaleźć w okolicy jakieś miejsce, gdzie mogłaby się przespacerować. I udało się! Błądząc po mapie, odkryłam, że sąsiednia wieś to Bogusza, z której wychodzi szlak na Jaworze (882 m n.p.m.). Na szczycie znajduje się wieża widokowa. To krótki, chociaż bardzo stromy szlak. Można tam zrobić pętlę, wykorzystując poza szlakami drogi lokalne. Ja sobie zaplanowałam taką na 6-7 kilometrów.

Rano jest piękne słońce. Chociaż prognozy pogody mówią, że tylko do dziesiątej. Nosi mnie, więc postanawiam zaryzykować. Wyjeżdżam dopiero po dziewiątej. Zatrzymuję się przy głównym celu dzisiejszej wyprawy, czyli cmentarzu nr 144 w Królowej Polskiej.  Należy do X Okręgu – Limanowa.

Dla mnie jego numer jest intrygujący. Wszystkie cmentarze w tym okręgu noszą numery powyżej 340. Poza dwoma – cmentarzem w Rabce o numerze 233, no i tym właśnie. Pochowani tu żołnierze zginęli na przełomie 1914 i 1915 roku, czyli na początku wojny.

Cmentarze były numerowane kolejno – można po tych numerach ustalić, jak szedł front. Wcześniejsze numery mają cmentarze w okolicach Ciężkowic, w IV Okręgu Łużna. Kolejne numery pojawiają się w VI Okręgu Tarnów. To bardzo ciekawe. Musiała to być jakaś pojedyncza potyczka. Ale nie znalazłam niestety nic na ten temat.


Cmentarz jest wart odwiedzenia. Zaprojektowany przez niemieckiego architekta Gustawa Ludwiga. Zaprojektował on większość cmentarzy w okręgu Limanowa.

Nekropolia przypomina kopiec. To dwa półkoliste tarasy, połączone schodami. Każdy z nich jest otoczony kamiennym murem. Na szczycie dolnego jest jeszcze metalowa balustrada. Głównym elementem cmentarza jest kamienny pomnik w formie krzyża o zaokrąglonych końcach ramion, wspartych na kolumnach, na wysokim, dwustopniowym postumencie.


Żołnierze są pochowani w grobach pojedynczych i zbiorowych. Jest ich tu około 40, większość to żołnierze armii austro-węgierskiej.

Jadę dalej. Zatrzymuję się przy dawnej łemkowskiej cerkwi greckokatolickiej w Boguszy. Została ona zbudowana w 1856 roku na miejscu poprzedniej, XVII-wiecznej. Zachowało się z niej sporo elementów wyposażenia i zostały przeniesione do tej nowszej. To m.in. ikonostas, ołtarzyk Ostatniej Wieczerzy i ambona.


Obok cerkwi znajduje się drewniana dzwonnica. Obecnie wokół świątyni trwają prace – jest budowane nowe, kamienne ogrodzenie.

Teraz pora na spacer. Wyjeżdżam na Przełęcz pod Bacówką i zostawiam tam samochód. Planuję wejść na szczyt Jaworza niebieskim szlakiem, który przecina przełęcz. W drugim kierunku idzie lasami do Kamionnej.



Docieram pod widoczną z przełęczy kapliczkę i idę dalej. Jest trochę świeżego śniegu, mróz, na szczycie szadź, a tu mijam wierzbę iwę pokrytą pąkami bazi. Już niedługo wiosna, ale dzisiaj zamierzam się jeszcze nacieszyć zimowymi widokami. Nie liczyłam na nie, ale przyjmuję je z radością, jako dar od przyrody.


Wchodzę do lasu – po chwili marszu napotykam na tabliczkę z zakazem wstępu do lasu z powodu robót leśnych. Pamiętając o czerwcowej przygodzie pod Niemcową, trochę się waham, ale wchodzę na zakazany teren. Ostatecznie jest niedziela i jedyne, co mi grozi, to przedzieranie się przez powalone pnie. Najwyżej zawrócę. Docieram do miejsca, gdzie szlak skręca do góry. I od razu z niego niechcący schodzę. Idzie tam szeroka leśna droga. Nawet mi nie przyszło do głowy rozglądać się za inną ścieżką.


Szłam co prawda tym szlakiem, ale było to kilkanaście lat temu. Wiedziałam, że prowadzi bardzo stromo do góry, ale nie pamiętałam, że od samego dołu.

Idę sobie zadowolona, nie patrzę za znakami, bo droga jest oczywista. Doganiają mnie dwaj młodzi ludzie z psem. Też idą na szczyt. To tutejsi, więc pytam, czy aby na pewno możemy tu przebywać, z uwagi na wspomniany wcześniej zakaz. Mówią, że to przecież niedziela, a poza tym przecież idzie tędy szlak.

Wspinam się więc dalej i nie patrzę za znakami. Dopiero, jak docieram do rozwidlenia dróg, to postanawiam zajrzeć do mapy. Okazuje się, że jestem od niego przynajmniej pół kilometra i cały czas się oddalam. Ale patrzę na ślady pozostawione przez chłopaków, którzy mnie minęli. Tą drogą, którą szli, da się wrócić do szlaku. Postanawiam więc iść po ich śladach.


W pewnym momencie moi „przewodnicy” schodzą z tej drogi na inną. Sprawdzam – nie ma jej na mapie, ale jako tubylcy na pewno znają ten las i wiedzą, co robią. Idę więc dalej ich śladami. Kiedy jednak droga zaczyna schodzić w dół, postanawiam nie ryzykować i wspiąć się zboczem (bardzo łagodnym w tym miejscu) na widoczną już grań, którą idzie zielony szlak na Jaworze. Wyszukuję sobie dogodne miejsce, robię pierwszy krok… i widzę znowu ślady ich stóp. I psa. Czyli, że wpadliśmy na ten sam pomysł dokładnie w tym samym miejscu!


Po pięciu minutach jestem już na szlaku. Idzie granią i jest tu piękna szadź. Idę niespiesznie, wyobrażając sobie widoki ze szczytu. Jestem szczęśliwa, że wymyśliłam sobie tę wycieczkę!


Docieram pod wieżę. Oczywiście, że na nią wejdę, ale budzi we mnie lęk. Byłam na niej już wielokrotnie i za każdym razie kręciło mi się w głowie. Jeden raz tak strasznie, że wszystko wokół mnie wirowało. To było straszne uczucie, bo przez kwadrans nie mogłam się ruszyć. Niby nie mam lęku wysokości, ale przy wchodzeniu na takie ażurowe konstrukcje dzieje się ze mną coś niedobrego. To chyba uraz wyniesiony z dzieciństwa.


Idę dzielnie do góry. Patrzę tylko na czubki moich butów. I to przynosi efekt. Bez zawrotów głowy i uczucia dyskomfortu docieram na szczyt.


Było warto! Co prawda, Tatr nie widać, ale widoki są bardzo ładne. No i te drzewa pokryte szadzią! To mój ulubiony widok! Nie wieje, mimo mrozu jest przyjemnie, więc spędzam na tej „strasznej” wieży trochę czasu.



Jak schodzę na dół, to pojawia się tam dwójka turystów. Myślałam, że weszli tu niebieskim szlakiem, który zgubiłam, ale przyszli zielonym z Ptaszkowej. Mocno odradzają mi zejście tym niebieskim. Przechodzili obok i nikt ponoć tamtędy dzisiaj nie szedł. Chyba mają rację, bo pamiętam, że wejście było już straszne, a byłam wtedy dużo młodsza! A zejście w takich warunkach mogłoby się źle skończyć. Nie mówiąc już o bólu kolan.

Postanawiam być rozsądna. Zwłaszcza, że mam ochotę się jeszcze trochę przejść, a nie walczyć na pionowym zboczu o przeżycie!



Wracam dokładnie, tak jak planowałam. Tym graniowym zielonym szlakiem w stronę Grybowa. Idzie się nim całkiem przyjemnie, chociaż zrobiło się jakoś chłodniej. Może to dlatego, że nie dociera tu słońce. Potem, kiedy szlak zaczyna schodzić na dół, robi się cieplej.


Jest coraz stromiej. Nawet tu trzeba uważać. Cieszę się, że się zgubiłam, co oszczędziło mi trudu wchodzenia tym niebieskim, a potem zwyciężył rozsądek i zrezygnowałam z zejścia tamtędy.

Z ulgą wchodzę na skrzyżowanie zielonego szlaku ze stokówką, idącą u podnóży Jaworza. Teraz będę nim wracać w stronę Boguszy.


Idzie się bardzo przyjemnie. Niby droga leśna, ale dociera tu słońce. Patrzę do góry na niesamowicie strome zbocze nade mną. Tędy raczej nikt by się do góry nie wdrapał! Zresztą zbocze poniżej drogi też jest strome. Tyle, że nie takie wysokie. A kiedy docieram do miejsca, w którym niebieski szlak skręca do góry, to widzę jego znaki na drzewach. Ale ścieżka jest właściwie niewidoczna.


Spacer tą stokówką i powrót na przełęcz, gdzie zostawiłam samochód, to jakieś 4 kilometry. To najdłuższy odcinek mojej dzisiejszej trasy, która raptem miała 7 kilometrów.


Natrafiam na ściętą topolę, która wypuściła już kotki, więc zrywam sobie gałązki bazi. Może nie tak ładnych, jak wierzbowe, ale zawsze trochę przedwiośnia w domu będzie…

W drodze powrotnej zatrzymuję się jeszcze na chwilę przy cerkwi w Królowej Górnej, którą przegapiłam rano.


Dawna łemkowska greckokatolicka cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy została zbudowana w 1815 roku. Po wojnie przejął ją kościół katolicki. Ikonostas został wtedy usunięty. Ale przetrwał i został ponownie umieszczony w świątyni w latach 90. ubiegłego wieku. Jest w niej też trochę starszego wyposażenia – z XVII i XVIII wieku. Jest w tej chwili w trakcie remontu.

Wracam bardzo zadowolona do domu. Zaliczyłam kolejny ciekawy cmentarz i miałam piękny zimowy spacer z elementami wiosny.



Beskid Niski cerkwie cmentarze wojenne Bogusza Królowa Polska Królowa Górna
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.