GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Bachureń - 5 lipca 2025

Weszłam pod koniec maja na stronę sądeckiego PTTK. Wybierali się na szczyt o nazwie Mindžová (920 m n.p.m.). Nazwa mi się spodobała i postanowiłam przyjrzeć się temu na mapie. Takiej trasy, jaką zaplanowało PTTK oczywiście nie jesteśmy w stanie przejść, bo Oni mają do dyspozycji autokar, a my musimy zawsze zejść w to samo miejsce. Ale okazało się, że na mapie wygląda to całkiem ciekawie! Można tam zrobić pętlę! Krótką, bo taką 10-kilometrową, ale po drodze jest sporo atrakcji!

To pasmo Bachurenia, w którym byliśmy ubiegłej wiosny. Przeszliśmy wtedy przez piękny rezerwat o nazwie Lačnovský kaňon, obejrzeli ruiny zamku Lipovce, zdobyli najwyższy szczyt tego pasma górskiego, Bachureň (1081 m n.p.m), przeszli piękną skalistą granią ze szczytem o nazwie nazwie Červená Skala (875 m n.p.m.), a schodząc obejrzeli jeszcze jaskinię Komin i niesamowitą skalną bramę o nazwie Vrátnica. To była piękna wycieczka.

Zamieszczam link do jej opisu: http://zielnik-karpacki.pl/la_novsk_ka_on_i_bachure


Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w miejscowości Pławiec (Plaveč). W ubiegłym roku byliśmy tu z Markiem, bo chciałam mu pokazać ruiny XIII-wiecznego zamku, górującego nad okolicą. Zauważyłam wtedy rosnący tu świerząbek bulwiasty. Nie kwitł jeszcze, a chciałabym sobie sfotografować jego kwiaty. A przy okazji Lila z Magdą obejrzą sobie te ruiny, bo warto.

Niestety, mam pecha. Roślina rosła przy tablicy informacyjnej. W celu łatwiejszego do niej dostępu wokół wszystko wykoszono. Mój świerząbek też. Mówi się trudno. Może za rok będę miała więcej szczęścia. O zamku nie piszę, bo sporo o nim napisałam w relacji sprzed roku.

Zamieszczam link do tamtej wycieczki: https://zielnik-karpacki.pl/rohov_b_la_ka_hrad_plave_i_skalky_pri_dole


Jedziemy dalej i dojeżdżamy do miejsca, z którego rozpoczniemy naszą pieszą wycieczkę. Tym razem też wyjście z miejscowości Lipovce, tylko z drugiego jej końca. Dojeżdżamy tam już tradycyjną trasą, przez Sabinov i Fričovce. Zostawiamy samochód na wygodnym parkingu w okolicach cmentarza. Wychodzą stamtąd dwa szlaki – niebieski i żółty. Można nimi dotrzeć na Mindžovą. I też zrobić pętlę. Ja to zaplanowałam inaczej. Najpierw idziemy kilometr asfaltową drogą przez piękne łąki w stronę miejscowości Lačnov. Docieramy do odejścia ścieżki prowadzącej do największej dzisiaj atrakcji - jaskini Zlá diera. To nieco ponad 15 minut piękną leśną ścieżką. Można tu podjechać, bo jest miejsce na zostawienie kilku samochodów.


Po drodze minęło nas kilka, więc wstąpiła w nas nadzieja, że jaskinia będzie na pewno otwarta. Bo po drodze Słowacy we wszystkich miejscowościach odświętnie ubrani szli do kościołów. A to była sobota. Lila zajrzała w Internet i odkryła, że dzisiaj, 5 lipca, Słowacy obchodzą Święto ss. Cyryla i Metodego – jest to wolny od pracy dzień, który upamiętnia rozpoczęcie w 862 roku misji chrystianizacyjnej Cyryla i Metodego na terenach Moraw i Słowacji.


Kawałeczek przed jaskinią jest punkt widokowy. Wychodzi się tam na stalowy mostek umieszczony na skałach. I można podziwiać piękne widoki.


Docieramy do celu. Czekamy na wejście 40 minut, bo w jaskini jest już grupa. Ale czas się nam nie dłuży. Są tu wygodne wiaty dla turystów. Plac zabaw dla dzieci i miejsce do zrobienia ogniska. Można napić się też kawy. A Lila ma to tej kawy własnoręcznie upieczone jagodzianki. Są przepyszne!


Jaskyňa Zlá diera jest jaskinią specyficzną, jeśli idzie o jej zwiedzanie. Nie podlega Zarządowi Jaskiń Słowackich (Správa slovenských jaskýň), która ma pod swoją opieką 13 najpiękniejszych słowackich jaskiń, z których 5 zostało wpisanych na listę UNESCO. Jest jeszcze kilka, które można zwiedzać z przewodnikiem, którymi opiekują się najprawdopodobniej lokalni grotołazi. Wśród nich właśnie ta. Bardzo się naszukałam, żeby coś bliżej się o niej dowiedzieć. Ale w końcu się udało. Natrafiłam w Internecie na wywiad z człowiekiem, który udostępnił tę jaskinię do zwiedzania.


To Rudolf Košč. Grotołazem został w 1980 roku. Od samego początku penetrował wraz ze swoją grupą tereny Baniska i Bachurenia pod kątem znajdujących się tu jaskiń. Po zmianie ustroju założył sklep spożywczy w Preszowie. Ale pasja była coraz silniejsza. Postanowił zawalczyć o dzierżawę jaskini Zlá diera. Było trudno, ale w końcu się udało. Najpierw pozwolenie Słowackiego Towarzystwa Speleologicznego, a potem żmudne załatwianie w państwowych urzędach. No i wreszcie mógł rozpocząć prace mające na celu udostępnienie jaskini turystom. Sam budował schody i barierki. Pomagali mu w tym znajomi i rodzina. Także wolontariusze, którymi byli m.in. harcerze. Pomagali wnosić materiały budowlane pod jaskinię, które kupował z części zysku ze swojego sklepu.


Udało mu się ją udostępnić w 1999 roku. Ponieważ jego sklep podupadł, bo nie wytrzymał konkurencji z supermarketami, zrezygnował z jego prowadzenia i mógł już zająć się wyłącznie swoją ukochaną jaskinią. Od ponad 30 lat ciągle ją ulepsza. Jego córki niestety mają inne zainteresowania, nad czym ubolewa, ale być może znalazł godną następczynię. To Michaela Pancuráková. Napisała pracę dyplomową na temat tej jaskini. Jest nauczycielką geografii i chemii, ale każdą wolną chwilę spędza tutaj.

W jaskini nie ma prądu, więc zwiedza się ją w kaskach z założonymi na nie czołówkami. To już ogromna atrakcja, zwłaszcza dla dzieci. Kaski się bardzo przydają, bo w niektórych miejscach jest bardzo nisko. Sama ze trzy razy uderzyłam mocno głową o skały. I nie poczułam bólu. W jaskini temperatura wynosi 7 stopni, więc wchodząc do niej, trzeba się cieplej ubrać. Trasa jest krótka, bo ma tylko 350 metrów, ale czas przejścia wynosi 40-50 minut.

Jaskinia powstała w osadach wapieni i dolomitów i należy do najstarszych słowackich jaskiń, ma około czterech milionów lat. Była znana od dawna, ale towarzyszyła jej zła sława, stąd nazwa. Ponoć czasami wpadało tam bydło. A dzieci straszono, że mieszkają w niej diabły i diablice.


Nie ma w niej bogatej szaty naciekowej. Stataktyty i stalagmity zostały wcześniej, zanim jaskinia została udostępniona do zwiedzania, uszkodzone, bądź wyniesione z jaskini przez ludzi, którzy ją penetrowali. Ale jest całkiem ładna i szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się, że będzie tu tak ciekawie. Zimuje tutaj około 250 nietoperzy różnych gatunków. Kiedy przyjdzie się tu zimą, można je zobaczyć. Za to teraz mamy możliwość oglądać fragmenty szkieletów zwierząt sprzed 9 tysięcy lat, m.in. niedźwiedzia jaskiniowego.


Trasy turystyczne są ponoć dwie. Jedna, łatwa, z udogodnieniami, którą teraz idziemy, i druga, będąca już takim typowym jaskiniowym przejściem – dostaje się wtedy kombinezon i czołga przez ciasne przejścia. Ale na tej łatwiejszej też jest przygotowana atrakcja. Kto chce, może przejść takim trudniejszym fragmentem i poczuć się jak grotołaz. Przewodniczka tak nas podpuszcza, że zaliczają ten odcinek wszyscy – kilkuletnie dzieci, starsze osoby i takie o pokaźnej posturze. My oczywiście też! A Magda włazi tam pierwsza!


Oprowadzająca nas przewodniczka jest bardzo sympatyczna. Widać, że kocha, to co robi. Na dodatek wszystkiego w tej jaskini można dotknąć i zobaczyć wszystko z bliska. Cieszy to zwłaszcza najmłodszych.

W pewnym momencie przewodniczka prosi nas o wyłączenie czołówek i telefonów, żebyśmy zobaczyli, jak ciemno jest w jaskini. No i opowiada nam o akustyce. A na dowód tego śpiewa nam ludową piosenkę. Akustyka jest rzeczywiście wspaniała. Ale jej głos rewelacyjny!


Wyszliśmy stamtąd zachwyceni. To zasługa pasjonatów, którzy się tym miejscem opiekują! To było super przeżycie!

Zamieszczam tu link do strony jaskini – cennik i godziny zwiedzania.  https://zladiera.sk/



Z żalem opuszczamy to miejsce, ale przed nami dalsza część wycieczki. Idziemy teraz stromo do góry leśną ścieżką bez szlaku. Jest na mapie. Nią docieramy do szlaku rowerowego, a potem do czerwonego, który doprowadzi nas na szczyt Mindžovej. Prowadzi on tutaj pięknymi, widokowym łąkami.


Tuż pod szczytem, kiedy widać już wieżę, ma być ścieżka prowadząca do skalnego wąwozu, który wypatrzyłam na mapie. To Tiesňava Parkaň. Jak rok temu spotkaliśmy się pod Bachureniem z Panem Markiem Owczarzem (autorem popularnego blogu o górach https://marekowczarz.pl/) i jego grupą, to mówił, że szli takim pięknym kanionem. Sprawdziłam to potem na mapie i nie było tam żadnego szlaku. Ale była ścieżka. Teraz przeczytałam jego relację z tej wycieczki i postanowiłam, że tam pójdziemy.


Niestety, ścieżki nie ma. Jest tylko łąka. Idziemy więc nią na przełaj, bo GPS mówi, że to tędy. Docieramy do skraju lasu i  tam na szczęście odnajdujemy wyraźną ścieżkę, która nas to tego kanionu doprowadza.


I znowu zaskoczenie, bo nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak duży. W niektórych miejscach skalne ściany mają do 20 metrów wysokości. Idziemy głównie nad nim, bo jest tam ścieżynka. Dochodzimy do jaskini. Jest napis na drzewie, a poza tym z otworu wylatują nietoperze. Wejść się tam oczywiście nie da. To zadanie dla doświadczonych grotołazów. Znajduję dobre miejsce do zejścia do wąwozu i przechodzę nim kawałek. Ale nie jest tam zbyt bezpiecznie, więc całego bym raczej nie przeszła. Ten fragment mi wystarczy.

Wracamy tą samą ścieżką. Warto zejść ze szlaku i tam zajrzeć. To raptem kilometr od wieży widokowej (razem w obie strony), a atrakcja duża!




Wchodzimy na wieżę. Jest nowa, bo w ubiegłym roku była jeszcze w budowie. Jest tu na szczycie cała infrastruktura turystyczna. Ławeczki, stoliki, huśtawki, grill. Zresztą kawałek dalej, na szczycie też. I toaleta na skraju lasu. Postanawiamy upiec kiełbasę na szczycie, bo tam nam się bardziej podoba. Ale jak zaczynam zbierać gałęzie, to podchodzi do nas sympatyczny Słowak i zaprasza do schronu turystycznego poniżej. Tam jest przygotowane drzewo i blisko do źródełka. Idziemy. Miejsce rzeczywiście super! Zadaszone wiaty, cień, stos drewna… i wielka siekiera! Zapędzam Marka do rąbania!

A Słowak przynosi nam świeżą wodę ze źródełka! Tą chatą i tym miejscem opiekują się mieszkańcy Lipovec – członkowie Klubu Słowackich Turystów, bo do niego to miejsce należy. Pewnie tymi dwoma na szczycie też. Nas szczególnie fascynują ozdobne kociołki do rozpalania ognia – we wszystkich trzech miejscach jednakowe. Nigdy takich jeszcze nie widzieliśmy. Musi to być praca lokalnego rzemieślnika. Zresztą wieża też takimi metalowymi dekoracjami była ozdobiona. Coraz bardziej nam się turystyka w słowackich górach podoba!


Po posiłku i serdecznym pożegnaniu z naszym gospodarzem idziemy dalej czerwonym szlakiem.

Mamy potem zejść z niego na niebieski, żeby wrócić do Lipovec. Przegapiamy to zejście, bo nie jest dobrze oznaczone. Ale na szczęście Marek orientuje się w porę, więc nie musimy daleko wracać.


Tu też szlak prowadzi pięknymi i malowniczymi łąkami. Dość szybko docieramy na dół i do samochodu.

Teraz mamy w planach lody w Sabinovie. Obiecałam tę atrakcję przyjaciołom już rano, więc wszyscy na te lody mają ochotę! Zwłaszcza, że dzień był upalny. Jest trochę późno, bo dochodzi szósta, lodziarnia może być zamknięta, jak tam dojedziemy. Ale mamy nadzieję, że te lody jednak będą

Lodziarnia przy rynku jest otwarta, więc jesteśmy szczęśliwi. Rozsiadamy się na skwerku w rynku i delektujemy ich smakiem, bo są pyszne! A potem idziemy na spacer wokół rynku.

Sabinov to bardzo stara miejscowość. Osada słowiańska istniała tu już w X wieku. W XIII wieku była to już spora miejscowość, skoro w 1248 roku otrzymała prawa miejskie.

W 1405 roku Sabinov uzyskał status wolnego miasta królewskiego i wtedy zaczął się jego rozkwit. Mimo licznych wojen w XV i XVI wieku, dalej się rozwijał. Podupadł dopiero w wieku XVII i XVIII, podczas powstań antyhabsburskich.

W mieście zachowało się sporo zabytkowych budowli. Głównie w rynku, który obchodzimy.


Najcenniejszym zabytkiem jest niewątpliwie kościół rzymskokatolicki pw. Ścięcia św. Jana Chrzciciela.



Wcześniejszy, XIII-wieczny kościół spłonął doszczętnie w 1461 roku. Stopiły się nawet dzwony. W latach 1484-1518 odbudowano go w stylu późnogotyckim. Wystrój wnętrza kościoła jest gotycki, renesansowy i barokowy. Najcenniejszy jest ołtarz główny, będący kopią oryginału, który obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Budapeszcie. Został wykonany w warsztacie słynnego Pawła z Lewoczy. To artysta tej rangi co Wit Stwosz. Obok kościoła dzwonnica, zbudowana w stylu tzw. renesansu wschodniosłowackiego,z XVII wieku.


W pobliżu niewielki kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, zbudowany zbudowany w XIV wieku i pierwotnie pełniący funkcję kaplicy cmentarnej (wokół niego rozciągał się cmentarz). W XVI wieku, kiedy mieszkańcy Sabinova przeszli na protestantyzm, był przez jakiś czas kościołem ewangelickim. Zresztą opisany wcześniejszy kościół też.


W sąsiedztwie duży, ale wymagający renowacji, budynek dawnego liceum, zbudowanego w 1530 roku w stylu renesansowym i przebudowany w wieku XVIII.


W centrum jest jeszcze jeden punkt godny zobaczenia. Tak ciekawostka. W 1964 roku był tutaj kręcony film „Sklep przy głównej ulicy” ((Obchod na korze), który w 1965 roku zdobył Oskara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Był to pierwszy film z bloku państw socjalistycznych, który otrzymał tę zaszczytną nagrodę. Akcja, jak tytuł wskazuje toczyła się w sklepie. Zostawiono go na pamiątkę. Jest na nim tablica i a przed posąg aktora, Josefa Kromera, który grał w nim główną rolę.

W kościele pw. św. Jana Chrzciciela odbywa się właśnie msza. Marek nie ma ochoty czekać, ale my tak, bo koniecznie chcemy go zobaczyć w środku.

I było warto, chociaż mogliśmy w tym czasie obejrzeć mury miejskie z basztami, bo okazuje się, że zachowały się w całkiem dobrym stanie. Ale o tym doczytuję dopiero po wycieczce. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że zwiedzania Sabinova nie było w planie. Ale jeździmy tamtędy często, więc będzie okazja się tam zatrzymać kolejny raz i te mury obejrzeć.

Wycieczka była bardzo udana – krótka, niemęcząca trasa i sporo atrakcji, z których największą oczywiście była jaskinia Zlá diera!



Bachureń (pasmo) Pławiec Sabinov Lipovce Mindžová
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.