GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Sądecki - 4 lutego 2025


Zachciało mi się zwykłej wycieczki po górach. Nie, żebym nie lubiła tych krajoznawczych, bo za nimi przepadam, ale potem męczę się zwykle nad opisem, bo jest zawsze dużo bardziej pracochłonny.

Pomysłu akurat żadnego nie miałam, ale zadzwoniłam do Marka i zapytałam, czy nie ma potrzeby się gdzieś wybrać. Miał. Na Czeremchę. I zasugerował, żeby się tam wybrać z Gabonia. Od razu się domyśliłam, że chce przy okazji upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i zajrzeć też w okolice Jasiennika, bo potrzebował tam skontrolować jakąś tabliczkę. Na to nie mogłam się zgodzić! Marsz na Przehybę w obie strony tą nudną drogą z Gabonia, zwłaszcza bez śniegu, był dla mnie nie do zaakceptowania. Rzuciłam się więc do mapy i postanowiłam znaleźć jakąś alternatywę, z której obydwoje bylibyśmy zadowoleni.

Wieczorem zaproponowałam Markowi dwie wycieczki – albo Czeremcha ze Szczawnicy, albo Jasiennik trasą z Obidzy, którą sama wymyśliłam. Ta druga opcja podobała mi się zdecydowanie bardziej i na szczęście dla mnie to ona została przez Marka zaakceptowana.

Pojechaliśmy do Jazowska, gdzie skręciliśmy na Obidzę. Dojechaliśmy pod dom weselny „Sopata”. Na mapy cz. jest zaznaczony prowadzący drogą przez przysiółek Sopatowiec szlak rowerowy „Jazowsko-Kabatki”. Nim zaplanowałam dojście do zielonego szlaku idącego z Jazowska na Przehybę. Miałam w planach dotarcie nim pod Jasiennik, a potem wdrapanie się na jego wierzchołek, bo nigdy tam nie byłam, a jest szczytem zaliczanym do Korony Beskidu Sądeckiego. Potem dojście na Przełęcz Minkowską i lokalnymi drogami powrót do zielonego szlaku, nim kawałek, a potem zejście lokalnymi drogami do Obidzy. Ładna pętla. Wyliczyłam to na jakieś 15, góra 16 kilometrów.

Tych szlaków rowerowych jest dużo. Już kilka razy nimi szłam. Ale nie są zaznaczone w terenie. Trzeba cały czas zerkać w telefon, żeby się nie zgubić.


Szliśmy początkowo asfaltem. Po drodze było kilka domów. Dotarliśmy pod Sopatowiec. To przysiółek Obidzy położony na rozległej, ale bardzo stromej polanie. My mamy obejść polanę, a potem wejść na jej szczyt i dojść do zielonego szlaku. Na mapie proste, w praktyce nie tak bardzo.

Wygodna leśna droga, którą idziemy, kawałek za Sopatowcem się kończy. Zerkamy w mapę i odnajdujemy stromą kamienistą ścieżkę, którą prowadzi szlak rowerowy. Tuż przed wyjściem na górną część polany Sopatowiec ścieżkę przegradza nam tabliczka z napisem „Zakaz wstępu. Teren prywatny”. Może byśmy zaryzykowali, bo szlak ewidentnie prowadzi tą „zakazaną” ścieżką. Jest tam kilka domów, słychać ujadające mocno psy, a ponadto tuż obok tabliczki wychodzi nowo zrobiona „stokówka”. Uznajemy, że pewnie dojdziemy nią do szlaku. Nie mamy jeszcze świadomości, że zaczyna się kolejna wyprawa po przygodę.


Idziemy wygodną drogą, która prowadzi w dobrym kierunku, cieszymy się słońcem… Nagle spotyka nas to samo, co w listopadzie pod Niemcową. Droga schodzi ostro w dół i kończy się w potoku!


Zbocze, na grani którego idzie zielony szlak, jest zbyt strome, żeby nim wejść do góry. Łagodniejsze jest to pod Sopatowcem, więc nim wchodzimy. Nawet nie jest tak źle. Docieramy do jakiejś drogi, idziemy nią kawałek, bo prowadzi w kierunku szlaku, ale jak znowu zaczyna ostro schodzić w dół, to się wycofujemy, bo to najprawdopodobniej będzie kolejna ślepa droga, zrobiona przez leśników do zwózki drewna. Wracamy i idziemy nią aż do momentu, gdy dochodzimy do skrzyżowania z drogą wyglądającą na starszą.

Sprawdzamy na mapie. Wreszcie! Jest tam zaznaczona i powinna nas doprowadzić do pobliskiego zielonego szlaku. I tak jest, bo po kilku minutach docieramy do skrzyżowania i pojawiają się szlakowe oznaczenia. Oddychamy z ulgą! Ale mocno się zmęczyliśmy i zdenerwowali, no i straciliśmy sporo czasu. Teraz coraz częściej się w górach z czymś takim spotykamy. Publiczna droga, którą wszyscy do tej pory chodzili, nagle staje się prywatna. Ktoś wykupuje ziemię, stawia dom i odkrywa, że droga przebiega przez jego teren. Stawia tabliczkę i dla niego problemu nie ma. Inni niech się martwią. Co z tego, że jest tamtędy poprowadzony szlak…


Zielony szlak, którym idziemy, jest bardzo ładny. Szłam nim tylko raz, sama, w 2010 roku. Ale pewne charakterystyczne fragmenty mi się przypominają, zwłaszcza, że miałam wtedy sporo przygód.



Miała być piękna i słoneczna pogoda. Niestety, czasami niebo jest zasnute chmurami. Ale za to są wspaniałe warunki do chodzenia. Jest bezwietrznie, leciutki mrozik, śniegu nie ma, ale ziemia jest zmrożona, a jednocześnie nie ma żadnych oblodzeń. Idzie się świetnie.


Mijamy Będzikówkę i docieramy do Rozdroża pod Bobową Polaną. Odchodzi tu droga, która przechodzi pod Jasiennikiem i dociera na Przełęcz Minkowską. Prowadzi nią szlak narciarski. Miałam w planie tędy wracać, ale Marek chce iść nią teraz. Zgadzam się, bo to przecież wszystko jedno.


Docieramy do miejsca, z którego można się najłatwiej dostać na szczyt Jasiennika. Marek sprawdza „swoją” tabliczkę. Nie ma tak do końca ochoty wchodzić na szczyt, bo już tu był kilka razy. Ale ja mam! Ostatecznie wypada, żeby ta wycieczka była „gdzieś”! Poza tym niechcący obejrzałam wczoraj w Internecie film z wejścia na ten szczyt. Autor wchodził tam bardzo ładną granią i koniecznie chcę ją zobaczyć!


Marek nie ma ze mną lekko! Wcześniej liczył, że będzie tam śnieg i mnie to zniechęci, bo tam jest strome podejście. Niestety, śniegu nie ma, więc ruszamy na szczyt. Jest teraz trudno, bo leśnicy wcześniejszą, prowadzącą na szczyt ścieżkę zamienili na kolejną drogę do zwózki drewna. Teraz nie ma problemu, bo ziemia jest zamarznięta, ale wiosną chętni do zdobycia szczytu będą się tu topić w błocie.


Po krótkiej chwili stajemy na wierzchołku Jasiennika. To jeden z tysięczników Beskidu Sądeckiego w Paśmie Radziejowej. Ma dwa wierzchołki. Jest spore zamieszanie z jego wysokością. Na mapach i umieszczonej tu tabliczce podana jest wysokość 1128 m n.p.m. Wikipedia podaje wysokość 1153 m n.p.m. Autor informacji powołuje się na Geoportal. No i na znajdujące się na mapach poziomice. Sprawdzam to na dwóch z nich - rzeczywiście z poziomic tak wynika – szczyt jest na wysokości nieco powyżej 1150 metrów.


Jestem bardzo zadowolona z wejścia tutaj, ale nie do końca. Nie ma śniegu, więc muszę jeszcze zobaczyć tę skalną grań, o której wyżej wspominałam. Idziemy najpierw w złym kierunku, Dochodzimy do wychodni skalnych. Jest stamtąd nawet jakiś widok. Proponuję jednak Markowi, abyśmy poszli w drugą stronę, bo to na pewno nie jest to miejsce, o które mi chodzi. Jesteśmy w świerkowym lesie bez podszytu, a tam były borówczyska.



I rzeczywiście, po chwili docieramy do pięknych skałek. Jestem bardzo szczęśliwa. Marek chyba też, bo wreszcie przestanę mu suszyć głowę. A od rana się trochę o tych skałkach nasłuchał!



Schodzimy w stronę Przełęczy Minkowskiej. Marek chce się wykazać. Na mapie jest tu zaznaczona ściana skalna, dobrze także widoczna na jej satelitarnej wersji. Nad nią prowadzi wydeptana wśród borówek ścieżynka. Skały są widoczne z dołu, z góry ich jednak nie widać, bo spadają pionowo w dół. W jednym miejscu udaje mi się zobaczyć fragment tej grani. Stwierdzamy, że dalej nie ma sensu iść. Ale wracać mi się nie chce. Czeka nas najpierw dojście na Przełęcz Minkowską, potem spory kawałek leśną drogą, następnie zielonym szlakiem pod miejsce kultu św. Kingi i jeszcze kawałek… Z półtora kilometra… A tak to mamy tylko góra ze 150 metrów do szlaku. Tyle, że pionowym zboczem w dół… Marek dość szybko daje się przekonać i obydwoje, z duszami na ramieniu, krok za krokiem, powolutku schodzimy na dół. Wysiłek jest duży, więc lądujemy na zielonym szlaku mocno spoceni. I szczęśliwi, że mamy to już za sobą!



Teraz wracamy szlakiem zielonym. Kawałek za Będzikówką, kiedy docieramy do widokowej polany, gdzie szlak skręca ostro w prawo, schodzimy z niego na lokalną leśną drogę. Mijamy jedną rozległą polanę, wchodzimy na chwilę do lasu i znowu jesteśmy po chwili na wielkiej, widokowej polanie. Na mapie był tu zaznaczony dom. Ale okazuje się, że to stare, opuszczone gospodarstwo.



Zachowały się wszystkie zabudowania, chociaż niektóre w kiepskim stanie. Jest budynek mieszkalny, stodoła, dwa spichlerze, piwnica, chlewik i buda dla psa. Kawałek dalej jest studnia. Wszystko otwarte, więc pozwalam sobie do tych budynków zajrzeć. Jest tam sporo niszczejącego sprzętu, który można by umieścić w skansenie. Zresztą całość by się tam nadawała.


Schodzimy niżej, do przysióku o nazwie Do Krzysia. Musimy przejść przez środek gospodarstwa, ale na szczęście właściciele nas zauważyli i w porę zamknęli psa. Idąc dalej w dół, docieramy do przysiółka Zagóra. Tu już jest asfalt, chociaż droga jest wąska, stroma i kręta. Jest tam postawionych kilkanaście ładnych domków dla turystów.  Ośrodek nosi nazwę Domki Za Górą. Chociaż na mapie jest zaznaczony nieco niżej, przy przysiółku Chałupina.


Potem ładnymi łąkami schodzimy do przysiółka Dział, a stamtąd mamy już tylko dwa kroki do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.

Jesteśmy obydwoje bardzo zadowoleni z wycieczki. Przeszliśmy się częściowo poza szlakami, nowymi dla nas i widokowymi trasami, jakieś 16 kilometrów, a warunki mieliśmy wspaniałe. Była też dwukrotnie spora dawka adrenaliny, co, przyznaję się po cichu, trochę obydwoje lubimy. No i zwłaszcza ja jestem szczęśliwa, bo zdobyłam kolejny, nieznany mi tysięcznik Beskidu Sądeckiego, w dodatku z takimi pięknymi skałkami. Było super!



Beskid Sądecki Obidza Jasiennik
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.