GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Sądecki - 20 stycznia 2025

Nie planowałam tej wycieczki, ale jak sprawdziłam prognozy pogody i uświadomiłam sobie, że to ostatni ładny dzień, to zadzwoniłam późnym wieczorem do Marka i zaproponowałam mu pójście na Halę Łabowską (1021 m n.p.m.), na co już od jakiegoś czasu miałam ochotę. Wiedziałam, że potrzebuje tam zajrzeć  w ramach kontroli tabliczek Korony Beskidu Sądeckiego. Był chętny. Lila tym razem sobie odpuściła. Pojechaliśmy więc we dwójkę. Poszłam po linii najmniejszego oporu i zaplanowałam trasę z Łabowej przez rezerwat Łabowiec. To zdaje się najkrótszy i najłatwiejszy szlak.


Raczej nie mogliśmy już liczyć na zimowe widoki, ale w dolinie Łabowczańskiego Potoku było jeszcze całkiem zimowo. Może dlatego, że nie zagląda tu zbyt często słońce.

Przy parkingu ktoś powiesił siateczki z jedzeniem dla ptaków. Mogliśmy więc podziwiać stadko posilających się sikorek bogatek.


Szlak jest jeszcze bardziej nudny  niż droga z Gabonia na Przehybę. 3 kilometry asfaltową drogą przez las pod rezerwat Łabowiec, a potem jeszcze kilometr równie szeroką, bitą drogą do Przełęczy pod Kobylarką.


Dopiero stamtąd, przez rezerwat Łabowiec, prowadzi bardziej leśny, górski szlak.


Tu śnieg jest mokry. Miejscami nawet go już nie ma. Docieramy do miejsca odpoczynkowego. Tu zakładamy raczki, bo dalej są oblodzenia i jest ślisko.



Wychodzimy na Halę Łabowską. Czułam, że Marek będzie chciał pójść gdzieś jeszcze, ale jak zwykle, trzymał to w tajemnicy… Najpierw poszliśmy kawałeczek GSB, żeby skontrolować tabliczkę na szczycie Jawora (albo inaczej Łabowczańskiego Wierchu 1040 m n.p.m.). W sumie, to byłam zadowolona, bo po drodze były jakieś widoki, w tym całkiem ładny na Tatry. No i wypatrzyliśmy tam tropy rysia.


Jak wróciliśmy, to okazało się, że to jeszcze nie koniec. Marek poprowadził mnie żółtym szlakiem na Wargulszańskie Siodło, bo tam miał przykręcić kierunkową tabliczkę wskazującą, w którym kierunku pójść, żeby zdobyć Wargulszańskie Góry (1061 m n.p.m.), kolejny szczyt zaliczany do Korony Beskidu Sądeckiego.



Myślałam, że na Łabowską Halę wrócimy tą samą drogą. Okazało się, że Marek postanowił, że wejdziemy na szczyt. Oczywiście bez szlaku, bo tam żaden nie prowadzi. Dobrze, że śnieg nie był zbyt wysoki. Najwyżej do połowy łydek. Tupałam dzielnie po jego śladach. Z Wargulszańskich Gór też było widać Tatry. Tabliczka była, więc potupaliśmy dalej. Znowu „na krechę”, do niebieskiego szlaku.


Marek zdaje się, miał jeszcze jakiś „pomysł”, ale nie dopuściłam go już do głosu. Wróciliśmy więc grzecznie do schroniska, żeby odpocząć i zjeść tam drugie śniadanie.

Zeszliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Marek co prawda chciał pójść nieco inaczej, nie szlakiem, ale ponieważ bolało go kolano, to udało mi się mu to wyperswadować. Większość tych leśnych dróg, którymi można chodzić, kiedy nie ma śniegu, jest teraz nieprzetarta. To prawda, że tutaj śnieg, w porównaniu do okolic Jaworzyny Krynickiej i Runku, gdzie byłam w piątek, był zdecydowanie niższy, ale i tak takie przejście mogłoby się okazać męczące.


Kiedy zeszliśmy na dół, okiści na drzewach już nie było. Sikorek też nie. Zjadły wszystko, co było i odleciały.

To była całkiem udana wyprawa, choć niestety nie w tak idealnych warunkach, jakie preferuję. Ale było słonecznie, prawie bezwietrznie, były nawet jakieś widoki, chociaż szliśmy cały czas lasem, no i zdobyłam nowy szczyt Beskidu Sądeckiego, więc nie mogę narzekać. Przeszliśmy ponad 14 kilometrów, więc spacer był bardzo przyzwoity. Wróciliśmy bardzo zadowoleni do domu.



Beskid Sądecki Hala Łabowska Pasmo Jaworzyny Krynickiej Wargulszańskie Góry Łabowczański Wierch
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.