LUTY
Kosodrzewina (Pinus mugo)

Pieniny - 6 listopada 2025


Jakiś czas temu natrafiłam na ciekawą nazwę wzniesienia na Spiszu - Grandeus (802 m n.p.m.). To podłużny bezleśny szczyt nad miejscowością Łapsze Wyżne. Wysunięty najdalej na południe fragment tzw. Pienin Spiskich. U stóp jego drugiej, północnej strony leży miejscowość Dursztyn.

Wyczytałam w Internecie, że jest to wspaniałe widokowe miejsce. Wszystkie relacje, z którymi się zapoznałam, mówiły o dotarciu tam z Dursztyna. Początkowo też miałam takie plany. Wyznaczyłam sobie bardzo ładną trasę tworzącą pętlę. Z Dursztyna GSB na Grandeus, potem widokowymi łąkami w stronę Trybsza. Następnie nad tą miejscowością zejść na polną drogę prowadzącą w stronę Krempachów. Dotrzeć do zielonego szlaku w okolicach Lorencowych Skałek i wrócić nim do Dursztyna. Jakieś 13 kilometrów.

Przyjrzałam się mapie i odkryłam, że można nam dotrzeć także z miejscowości Łapsze Wyżne. Dojazd do Łapszy Wyżnych przez Niedzicę wydawał mi się zdecydowanie prostszy, dlatego wybrałam tę opcję. Musiałam tylko dołożyć dwa kilometry drogi na Grandeus i z powrotem.

Rano trochę zaspałam. Wyjechałam dopiero o 8.30. Potem musiałam jeszcze zatankować paliwo. A na miejsce było dość daleko. Półtorej godziny w jedną stronę. No i dzień po przesunięciu czasu zrobił się o godzinę krótszy. Przed piątą będzie już zmierzch. A ja mam problem z jazdą po ciemku. Moje plany zrobiły się więc mocno nierealne.

W Krościenku po górach snuły się mgły. Pomyślałam, czy aby nie zmienić planów i nie pójść na Trzy Korony, albo na Sokolicę. Widoki z tymi mgłami mogłyby być stamtąd piękne. Ale ta nazwa Grandeus mnie tak pociągała… No i chęć zobaczenia czegoś nowego…

Pojechałam dalej. W Krośnicy skręciłam na Niedzicę. Po kilometrze wjechałam w gęstą mgłę. Teren tam jest mocno górzysty, a droga pełna ostrych zakrętów. Włączyłam światła przeciwmgielne i jechałam z duszą na ramieniu, bo widoczność była znikoma. 20-30 kilometrów na godzinę. Po drodze minęłam furmankę z gnojem. Jechała na szczęście w przeciwnym kierunku, ale zobaczyłam ją dopiero, kiedy ją mijałam. Dla samochodów jadących z Niedzicy była całkiem niewidoczna. Mam nadzieję, że nie doszło do żadnego wypadku.

W Niedzicy było mgliście, ale widoczność przyzwoita. A kawałek za nią wyszło wspaniałe słońce.

Zostawiłam samochód na dolnym parkingu pod kościołem w Łapszach Niżnych, bo na górnym nie było miejsca, zresztą ten jest większy i wygodniejszy.



Kościół w Łapszach Wyżnych pw. śś. Piotra i Pawła powstał w wieku XVIII. To kościół barokowy, nazywany ponoć perłą rokoka Spiszu, ma bowiem piękne rokokowe wyposażenie,a jego unikalną cechą jest wystój całkowicie w jednym stylu. Ponadto, czego niestety nie widziałam, bo zaglądałam do środka jedynie przez kratę, w świątyni znajduje się jedyny na Spiszu obraz iluzjonistyczny, namalowany bezpośrednio na ścianie. Przedstawia św. Józefa, Dzieciątko Jezus i św. Jana Nepomucena.
GSB Wychodzi naprzeciw kościoła. Odcinek początkowy jest nieciekawy. Straszne błoto. Wchodzę więc na zbocze nad ścieżką. Pasą się tam owce. Są mną mocno zainteresowane.

Na czoło wysuwa się przewodnik stada. I rusza za mną. A w ślad za nim całe stadko. Nie pomaga próba ich przepłoszenia. Uparły się, że przyszłam wyprowadzić je na pastwisko i twardo idą za mną. Sporo wysiłku musiałam włożyć w to, żeby uwierzyły, że nie jestem juhasem i nie pójdą ze mną na hale.


Za cmentarzem błoto się skończyło. Ścieżka podchodziła stromo do góry. Była bardzo ładna. Złociste modrzewie, jałowce, obsypane owocami krzaki tarniny, dzikiej róży i kaliny koralowej. No i im wyżej, tym piękniejsze widoki. Zaczęły pokazywać się wierzchołki Tatr.


Tuż pod szczytem wypatrzyłam sarenkę. Długą chwilę mi pozowała, więc mogłam jej zrobić przyzwoite zdjęcie.


Na szczycie Grandeusa stoi przekaźnik. Jest tam też zadaszone miejsce do odpoczynku dla turystów. No i można zrobić ognisko. Pod warunkiem, że przyniesie się ze sobą opał, bo to pusty, bezleśny wierzchołek i żadnych gałęzi do rozpalenia ognia tam się nie znajdzie.



Widoki stąd są niesamowite. Na Tatry, które trudno o tej porze sfotografować, bo wisi nad nimi słońce, na Pieniny, u których stóp ściele się ta gęsta mgła, przez którą musiałam się przedrzeć, żeby tu dojechać, na Gorce i na Babią Górę.

Intryguje mnie dziwna nazwa tego wzniesienia. Próbowałam coś na ten temat w Internecie, ale mi się nie udało. Być może pochodzi ona od łacińskiego słowa „grandis”. Znaczy ono duży albo wielki.



Jest bardzo ciepło – prawie 20 stopni – i bezwietrznie. Wspaniała pogoda na spacer granią. Tylko droga jest mocno błotnista. Ale można iść łąkami. Też niestety mokrymi, ale to i tak lepsza opcja.

Złota jesień się już niestety prawie skończyła. Z buków opadły już liście. Złocą się tylko modrzewie i brzozy oraz wierzby iwy, których tu rośnie sporo.



Idę w stronę Trybsza, tak jak zaplanowałam. Ale wiem już, że będę musiała zrezygnować ze swoich planów, bo inaczej będę wracać po ciemku. Zerkam w mapę i zauważam polną drogę, którą można dotrzeć do Dursztyna. Też będzie to pętla, tyle, że zdecydowanie krótsza. Idę więc dalej, zadowolona z nowego pomysłu.


Docieram do miejsca, w którym powinna odchodzić „moja” droga. No cóż, na mapie jest w tym miejscu, w którym stoję, ale tutaj jej nie ma. Ale widzę ją po drugiej stronie lasu, więc jest. Postanawiam dojść tam przez łąki na przełaj.  Może gdzieś na nią natrafię.



Idzie się różne – raz przez równe wykoszone łąki, a raz trzeba sforsować płynące w ich poprzek cieki wodne, bądź śródłąkowe zarośla. Zerkam w mapę, droga jest trochę nade mną – wracam więc do góry, starając się do niej dotrzeć i w końcu mi się to udaje. Okazało się, że odchodziła od graniowej drogi dwieście metrów wcześniej, niż była zaznaczona na mapie. Widziałam ją idąc, ale według mapy to nie była ta, więc ją minęłam. Humor mi się poprawia, bo przed mną lasek i łatwiej go będzie pokonać idąc drogą, niż na przełaj.


Tu, po północnej stronie pozostały ślady po nocnym przymrozku – nieco szronu na liściach i trawie.



Wchodzę do lasu – idę nim raptem sto metrów, przechodzę tam przez bród na Pypciowym Potoku i znowu wychodzę na piękne łąki.


Podchodzę do góry i pojawia się widok na ośnieżone Tatry i Grandeus. Docieram nad Dursztyn. Spod drewnianego krzyża są piękne widoki na wieś i okolicę. Prowadzi stamtąd wąska, asfaltowa droga. Idzie nią GSB, którym zamierzam wrócić na Grandeus. Po jakimś czasie zamienia się w polną drogę. Zbaczam trochę ze szlaku, by zaliczyć szczyt o nazwie Kalotów Wierch (781 m n.p.m.). Nie ma na nim żadnego oznaczenia i jest tam tak nieciekawie, że nawet nie robię żadnego zdjęcia. A potem na przełaj przez las wracam na GSB.



Teraz mam przez sobą wspaniałe widoki – na Grandeus i Tatry w jego tle. A potem na Pieniny. Mgieł już nie ma, więc powrót będę miała bezpieczny.


Rozsiadam się w altance na szczycie. Dochodzi druga, jestem już mocno głodna, ale nigdzie po drodze nie było warunków, żeby usiąść i coś zjeść. Taki posiłek z widokiem na Tatry to podwójna uczta.


Po posiłku postanawiam zejść na dół nie GSB, którym weszłam tu rano, a polną drogą, którą wypatrzyłam na mapie. Kawałek w kierunku Łapszy Niżnych, a potem na dół do Łapszy Wyżnych. W ten sposób robię fajną ósemkę i nie powielam żadnego odcinka trasy.


Jestem na parkingu o 14.30. W planach mam jeszcze zatrzymanie się w Niedzicy przy tamtejszym kościele. Ciągle jakoś nam to umyka podczas naszych wycieczek. A jest bardzo zabytkowy i wart obejrzenia.

Kościół pw. św. Bartłomieja Apostoła jest jedną z najstarszych świątyni na Spiszu. Powstał na początku XIV wieku. Został ufundowany najprawdopodobniej przez węgierski ród Berzeviczych. Na zworniku sklepienia w prezbiterium zachował się herb tej rodziny.


Pierwsza o nim wzmianka pochodzi z roku 1326. W tym dokumencie prepozyt spiski Jan zatwierdził postanowienie Kokosza Berzewiczego o nadaniu patronatu nad tą świątynią zakonowi kartuzów z pobliskiego Czerwonego Klasztoru.

W XVI wieku właściciel zamku Dunajec Jerzy Horwath Palocsay narzucił poddanym w swoich dobrach religię luterańską i świątynia została zamieniona na zbór. Dopiero kiedy Stefan Horwath Palocsay, kolejny z właścicieli zamku, nawrócił się na katolicyzm, niedzicka świątynia także wróciła do Kościoła Katolickiego.

Jest to kościół murowany z kamienia,  jednonawowy, jak pozostałe gotyckie kościoły tego regionu.


Mogę do niego zajrzeć jedynie przez kratę, ale robi na mnie duże wrażenie. Wnętrze kościoła ulegało przez wieki licznym przeobrażeniom. Obecnie większość wyposażenia jest w stylu późnobarokowym. Ołtarz główny jest niezwykle bogaty. Szczególnie efektowne są te duże postacie aniołów bo bokach.

W świątyni zachowała się gotycka polichromia z pocz. XV wieku. A także bezcenny fragment gotyckiego tryptyku, przedstawiający legendę świętego Bartłomieja i jego męczeńską śmierć. Powstał on w poł. XV wieku. Prawdopodobnie był  ołtarzem głównym. Niewielki jego fragment znajduje się w muzeum w Budapeszcie. Reszta zaginęła.


W kościele są jeszcze zabytkowe organy z poł. XVII wieku i obraz „Męczeństwo św. Bartłomieja” z XVIII wieku.

Trzeba tu będzie koniecznie przyjechać, jak kościół będzie otwarty, żeby go dokładniej obejrzeć. Ciekawostką jest odprawiana tu w niedzielę msza św. w języku słowackim.

Wracam bardzo zadowolona do domu. Co prawda, nie zrealizowałam zaplanowanej trasy, ale z uwagi na krótki dzień i późny wyjazd, nie było to możliwe. Zwłaszcza, że potem prawie godzinę stałam w korku na światłach w Tylmanowej, gdzie jest prowadzony remont drogi. Był to właściwie spacer, bo przeszłam tylko jakieś 9-10 kilometrów. Ale to niezwykle piękne, widokowe miejsce. Na pewno tu jeszcze wrócę. Miałam też wspaniałą pogodę. No i wreszcie zatrzymałam się przy kościele w Niedzicy. 



Spisz Pieniny Łapsze Wyżne Dursztyn Niedzica Grandeus
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.