Ochotnica Górna - 3 lutego 2026
Po wyprawie na Przehybę (1175 m n.p.m.) postanowiłam iść za ciosem i wykorzystać możliwość nasycenia się zimowymi widokami, bo nadchodziła odwilż. Myślałam o Lubaniu (1211 m n.p.m.) z Ochotnicy Dolnej, który w niedzielę zamieniłam na Przehybę. Ale miał być dość silny wiatr. Zaczęłam sprawdzać prognozy pogody i odkryłam, że w sąsiedniej Ochotnicy Górnej przewidywany wiatr ma być o połowę mniejszy. Miałam tam zaplanowaną trasę na Magurki (1108 m n.p.m.). 10-kilometrowe przejście Szlakiem Wołoskim. Byliśmy już tam kiedyś w czerwcu i bardzo się nam podobało, bo idzie się głównie pięknymi łąkami.
Marek wreszcie postanowił do mnie dołączyć. Namawialiśmy też Lilę,
ale się nie zdecydowała. I w sumie dobrze się stało, bo zaplanowany przyjemny
spacer zamienił się w wyprawę po przygodę.
Rano sprawdziłam jeszcze kamery, ale ta na Lubaniu nie
działała. Marek miał chyba większą ochotę na Lubań i liczył, że może tam jednak
pójdziemy. Nie sprawdził więc zaplanowanej przez mnie trasy na Magurki. To był
błąd.
Zostawiliśmy samochód na parkingu przed kościołem. Byłam tak
zadowolona, że Marek się ze mną wybrał, że wokół wszystko jest pokryte szadzią
i będziemy mieć piękną wycieczkę, że poszliśmy nie tym szlakiem, co trzeba.
Wiedziałam, że mamy wyjść za kościołem, a z niewiadomych dla mnie przyczyn
poszliśmy w przeciwnym kierunku.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Od początku coś mi w tym szlaku nie pasowało. Kiedy
dotarliśmy pod dzwonnicę, powinnam już się domyślić, że idziemy złą drogą, bo
ten szlak prowadził po prawej stronie drogi przez Jaszcze, a zaplanowana przeze mnie trasa prowadziła po lewej stronie. Na dodatek na mapie nie mogłam znaleźć
ani Magurek, ani dojścia do nich. Marek mnie uspokajał, że dojdziemy, ale nie
znał przecież zaplanowanej przez mnie trasy.
.jpg)
.jpg)
Ale było tak niesamowicie pięknie, że idąc przez te wspaniałe, rozległe łąki, skupiliśmy się na podziwianiu widoków. No i pilnowaniu szlaku, którym szliśmy, bo nie był oznaczony.
.jpg)
.jpg)
Ktoś wpadł kiedyś na pomysł wytyczenia nad Ochotnicą Górną tzw. „Szlaku Wołoskiego”. Prowadzi on przez piękne widokowo tereny, ale jest bardzo nieczytelnie oznaczony, zwłaszcza, że to jest kilka równoległych i poplątanych odcinków. Na mapie są trzy – Pętla zachodnia, Pętla środkowa i Pętla wschodnia. Marek gdzieś o nim wyczytał i w 2020 roku zabrał nas tu na wycieczkę w czerwcu. Też od samego początku mieliśmy trudności – najpierw ze znalezieniem wejścia na ten szlak, a potem zgubiliśmy się na nim wielokrotnie, bo oznaczenie pozostawiało wiele do życzenia. To była piękna wycieczka, ale dużo dłuższa od planowanej. Wtedy myśleliśmy, że ponieważ dopiero co powstał, to jeszcze go nie wykończono. Zresztą, wskazywały na to puste podstawki pod mapy i panoramy. Okazuje się, że minęło prawie sześć lat i nic się nie zmieniło. A szkoda, bo jest tu rzeczywiście niesamowicie pięknie.
.jpg)
.jpg)
Teraz idziemy, bardzo szczęśliwi, a nieświadomi faktu,
że idziemy Pętlą wschodnią, a nie środkową, i na Magurki raczej
nie dotrzemy. To znaczy, jest to możliwe, ale na pewno nie zimą, kiedy dzień
jest krótki.
.jpg)
.jpg)
Idziemy głównie łąkami, bo co prawda, szlak przechodzi też
przez zagajniki, ale ciężar szadzi jest tak duży, że drzewa albo są przygięte
do samej ziemi, albo się połamały i leżą na ścieżce. Poza tym cały czas słuchać
spadający z gałęzi lód i trzask łamanych gałęzi. Jest pięknie, ale pod drzewami
bardzo niebezpiecznie.
.jpg)
.jpg)
Zerkamy na Lubań, ale tonie w gęstej mgle. I tak jest przez
cały dzień. Marek przestaje żałować, że tam dzisiaj nie poszliśmy. Zwłaszcza,
że szlibyśmy w większości lasem. A tu mamy wspaniałe widoki.
.jpg)
.jpg)
Docieramy do szałasu pasterskiego pod Skalistym Gronikiem (874 m
n.p.m.). Tu robimy sobie mały odpoczynek na kubek herbaty. No i trochę się
rozbieramy, bo mimo mrozu jest nam gorąco. Ostatecznie szliśmy cały czas pod
górę.
.jpg)
.jpg)
Wreszcie dokładniej przyglądam się mapie. I wreszcie widzę
Magurki. I swój błąd. Musimy jakoś przedostać się do drogi prowadzącej przez Jaszcze.
W poczuciu winy zdaję się na Marka. Idziemy dalej do góry. Docieramy do polan
Zoniowskich (lub polany Zoniowskie). Są to dawne polany wypasowe. Jest z nich
piękny widok na Tatry, które dzisiaj niestety są niewidoczne.
.jpg)
.jpg)
To jedno z moich ulubionych miejsc. Byłam tu już
kilkakrotnie. Raz z Kamilem i Panem Dariuszem Tlałką, podczas wycieczki, na
której Pan Darek pokazał nam stanowiska dwóch rzadkich paproci – paprotnicy
górskiej i paprotnicy sudeckiej. Znaleźliśmy też stanowisko storczyka
drobnokwiatowego. No i szukaliśmy „księżycowych paproci” - podejźrzonów i
nasięźrzałów. A potem wylądowaliśmy właśnie tutaj i penetrowaliśmy tutejszą
młakę. Rośnie tu wiele ciekawych gatunków.
.jpg)
.jpg)
Ponoć, o czym dowiedziałam się przez przypadek, żyje tu wąż
Eskulapa. Oficjalnie obecnie występuje tylko nielicznie w Bieszczadach, ale
kiedyś był notowany także na tych terenach. Kilka lat temu zobaczył go na drzewie
przy rozwalającej się bacówce jeden z tutejszych mieszkańców. Był to duży
osobnik. Jest całkiem prawdopodobne, że jednak nie wyginął i nadal tu
występuje. Ale to już muszą sprawdzić naukowcy.
.jpg)
.jpg)
Wchodziliśmy tędy podczas wspomnianej już wcześniej wycieczki
Szlakiem Wołoskim z Jaszczy, więc wiemy, że jest ścieżka. Niestety, jak
przechodzimy przez polanę, to w miejscu rozpadającej się chałupy stoi domek
letniskowy, płot i ostrzeżenie przed specjalnie szkolonym psem. Dostępu do
drogi nie ma. Schodzimy więc na przełaj najpierw przez młakę, a potem przez las
mocno stromym zboczem. Na dodatek pełno tu połamanych drzew. Ale jakoś dajemy radę. To krótki odcinek, lecz męczący. Z ulgą wychodzimy na łąkę. Ponieważ rozpoznajemy już
teren, to bez problemu schodzimy na drogę.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Idziemy nią w stronę Ochotnicy Górnej jakieś pół kilometra, a ponieważ powrót
środkiem wsi Jaszcze raczej nie należałby do ciekawych, to zamierzamy pójść pod
Borsuczyny (1097 m n.p.m.) i stamtąd zejść tym szlakiem, którym mieliśmy
dzisiaj wejść na Magurki.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Znajdujemy skrót (jest przy wejściu na niego strzałka z napisem „Do wieży”). Po chwili jesteśmy na Szlaku Wołoskim (Pętla środkowa).
Pokrywa się on tutaj częściowo ze ścieżką edukacyjną „Dolina Potoku Jaszcze”.
Idziemy nią, bo jest zdecydowanie lepiej oznaczona. Trochę to odważne, że się
zdecydowaliśmy tędy wchodzić, bo na krótkim odcinku musimy znowu zrobić prawie
400 metrów przewyższenia. A poprzednio zrobiliśmy już 350. Czyli to więcej, niż
zrobiłam wchodząc na Przehybę. Na dodatek jesteśmy już trochę zmęczeni. Ale
chcemy się częściowo zrehabilitować, więc mozolnie pniemy się stromą ścieżką do
góry.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Po drodze mijamy szałasy i zabytkowe zabudowania. Są też
niezłe widoki. I chwilami jeszcze sporo
słońca.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Docieramy pod Borsuczyny. Stamtąd jest pół godziny drogi na
Magurki. Ale zimą pewnie więcej. Trzeba z wejściem na wieżę policzyć
przynajmniej półtorej w obie strony. A jest już czternasta. I na dół stąd jest
jeszcze 4,5 kilometra. Nie wyrobimy się czasowo przed zmierzchem. Trochę nam
szkoda zrezygnować, bo jesteśmy już blisko, ale rozsądek zwycięża.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
I to była dobra decyzja, bo zejście prawie nieoznaczonym szlakiem było niełatwe. Dwukrotnie się zgubiliśmy. Szliśmy w pewnym momencie łąkami w dość wysokim śniegu. Był na szczęście stwardniały i zapadaliśmy się rzadko. Ale było to jednak dość męczące.
.jpg)
.jpg)
Potem wielokrotnie musieliśmy przechodzić
pod nisko zwisającymi gałęziami, obciążonymi szadzią. Trochę niewygodne, no i niebezpieczne, bo spadały z góry spore kawałki lodu, zwłaszcza, że taka gałąź mogła
się w każdej chwili złamać. Ale tutaj innej możliwości przejścia nie było. Pierwszy raz widziałam drzewa liściaste obciążone
taką warstwą lodu. Drzewa iglaste na szczytach tak, ale delikatne gałęzie brzóz
i wierzb nie wytrzymywały tego ciężaru. Chociaż z tej strony mniej było ich
połamanych, niż widzieliśmy to rano pod Skalistym Gronikiem. Tu, w przeciwieństwie do Przehyby, największa szadź była na dole.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Na parkingu byliśmy o szesnastej, tak, że dojechaliśmy do Nowego
Sącza tuż przed zapadnięciem całkowitej ciemności.
.jpg)
.jpg)
To prawda, że mocno się pogubiliśmy i na zaplanowane Magurki
nie dotarli. Ale ten szlak, którym wchodziliśmy do góry, był przepiękny. A ten
zejściowy, którym pierwotnie mieliśmy wchodzić, chociaż ładny, to mu nie
dorównywał. Więc w sumie może to pomylenie szlaków nie było takie złe. Przeszliśmy zamiast zaplanowanych 10 kilometrów 14, więc była do
całkiem godna wycieczka, wziąwszy pod uwagę także duże przewyższenie, o którym
wyżej wspomniałam. A dzięki niesamowitym widokom była to moja najpiękniejsza
wycieczka tej zimy.
Gorce Ochotnica Górna Zoniowskie Borsuczyny