GRUDZIEŃ
Sosna zwyczajna (Pinus sylvestris)

Beskid Sądecki - 22 lutego 2025


Kolejna wycieczka w Beskid Sądecki. Tym razem mam w planie Czeremchę Zachodnią (1015 m n.p.m.) –  szczyt na którym jeszcze nie byłam. Jeden z kilku brakujących mi do zaliczenia KBS. Marek też ma swoje plany – tak zaplanowałam wycieczkę, żebyśmy obydwoje byli zadowoleni. Najpierw niebieskim szlakiem na Czeremchę, bo Marek tam potrzebuje zmienić tabliczkę, potem musimy kawałek wrócić, skręcić w prawo i lokalnymi drogami dojść na szczyt Czeremchy Zachodniej. Potem zejść z niej na wypatrzoną przez mnie na mapie satelitarnej dużą polanę z bacówką, a stamtąd kolejną leśną drogą dotrzeć do szerokiej drogi idącej wzdłuż Sopotnickiego Potoku i dojść nią do kaplicy na Sewerynówce. Potem już tylko kilkaset metrów do samochodu. Co z tego wyjdzie, zobaczymy…


Jedziemy do Szczawnicy-Sewerynówki. Zatrzymujemy się na chwilę przy Wodospadzie Zaskalnik na Sopotnickim Potoku. To jeden z największych w Beskidzie Sądeckim wodospadów. Ma wysokość około 5 metrów. Liczę na to, że będzie częściowo pokryty lodem, bo ostatnio były spore mrozy.


Okazuje się, że miejsce to upodobali sobie tutejsi miłośnicy lodowatych kąpieli i spotykają się tu regularnie. Obok wodospadu powstała ostatnio siłownia pod chmurką.


Zostawiamy samochód pół kilometra wyżej, w miejscu, gdzie kończy się asfalt, a niebieski szlak, którym zamierzamy iść, skręca w prawo. Prowadzi początkowo szeroką, leśną drogą. Miejscami trochę oblodzoną, ale nie stanowi to problemu. Potem skręca w las. Tu niestety miejscami pojawiają się duże oblodzenia. No ale mamy przecież raczki. Powyżej nie ma już ani śniegu, ani lodu. Pokonywaliśmy tę trasę dokładnie rok temu. Głównym celem były wtedy Łysiny (1052 m n.p.m.), ale doszliśmy aż na Przehybę.


Docieramy do pierwszego widoku na Tatry. Robi się coraz cieplej. W powietrzu czuć nadchodzące przedwiośnie. Zaczynają się ptasie gody, bo ptaki świergolą na całego!


Szlak jest stromy, ale drapiemy się dzielnie do góry. Zwłaszcza Markowi jest ciężko, bo plecak ma obciążony sporą ilością sprzętu. Nie wiem, co on tam w nim niesie, ale nie byłam w stanie go podnieść!


Za Koszarkami pojawia się śnieg. Im wyżej, tym jest go więcej. I pięknie błyszczy w słońcu.


Docieramy na Czeremchę (1141 m n.p.m.). Tam Marek musi zmienić tabliczkę, bo podana na niej wysokość jest błędna. Tylko najpierw musi odkręcić tę starą. Niestety, to niewykonalne zadanie. Mimo sporej ilości sprzętu, który tu wtaszczył. W końcu się poddaje i postanawia przykręcić nową, zostawiając starą. Na to nie mogę się zgodzić! Jak to będzie wyglądać! Dopiero co sarkałam na dwie różne tabliczki wiszące obok siebie pod Czubakowską. Proponuję, żeby tę nową przykręcił po prostu na tej starej. Oczywiście, słyszę typowo męskie: „Nie da się, bo…”. I tu pada kilka męskich, niepodważalnych argumentów. Ale jak się kobieta uprze… Po chwili mój kolega, wzdychając ciężko, zabiera się do pracy. A potem zdumiony patrzy, że się dało! I na dodatek całkiem nieźle to wygląda! Skruszony przyznaje, że sam by na taki pomysł nie wpadł. Ba, okazuje nawet wdzięczność!


Zadanie zostało wykonane, chociaż zajęło nam to sporo czasu. Zadowoleni z siebie wyruszamy zdobyć Czeremchę Zachodnią. To z kolei mój cel dzisiejszej wycieczki. Widzę ją ze szlaku. Prezentuje się bardzo zachęcająco! Schodzimy niebieskim szlakiem kawałek, a potem skręcamy w prawo na szeroką stokówkę.


Według Mapy.cz prowadzi tamtędy szlak rowerowy „Szczawnica Sewerynówka”. Natrafiamy na tabliczkę z zakazem wstępu z powodu wycinki drewna. Ale idziemy dalej, bo dzisiaj jest sobota i drwale nie pracują. Docieramy do szerokiego zakrętu, na którym jest składowane drewno. Tu musimy odbić. Marek mocuje kolejną tabliczkę wskazującą kierunek dojścia na szczyt.



Potem idziemy piękną graniową drogą w stronę pobliskiej już Czeremchy Zachodniej. Zauważam tropy rysia. Też szedł na szczyt. Z moich kilkuletnich obserwacji wynika, że te zwierzęta bardzo lubią takie graniowe ścieżki.

Postanawiamy przed zdobyciem szczytu coś zjeść. Akurat jest tu przyjemne, zaciszne miejsce. I mamy gdzie usiąść. Wygrzewamy się dłuższą chwilę w promieniach słońca.


Zastanawiam się, czy zachowała się zawieszona tu kilka lat temu tabliczka z nazwą szczytu. Ale okazuje się, że jest. Tyle, że jak Marek sprawdza, czy się dobrze trzyma, to zostaje mu w rękach. Ponieważ weszły niedawno w życie nowe przepisy i teraz nie można już takich tabliczek przykręcać ani przybijać do drzew, więc postanawiamy zamocować ją przy pomocy elastycznych sznurków. Marek nawierca nowe otwory i przywiązujemy ją do drzewa. Takie są teraz wymogi. Guma będzie się rozciągać, jak drzewo będzie grubieć. Żadnych uszkodzeń! Na Czeremsze przykręciliśmy, ale tam był martwy pieniek.


Po chwili fotografujemy się już pod przymocowaną tabliczką. I jesteśmy z siebie dumni. Ja zdobyłam kolejny szczyt, a Marek skontrolował i poprawił tabliczkę!


Znowu bardzo zadowoleni zaczynamy schodzić. Najpierw na ową zauważoną przez mnie na mapie polanę, na której Marek już był, więc nie protestuje. To dość strome i chwilami trudne zejście, ale dość szybko stajemy przed dość zaniedbaną bacówką. Na polanie jest jeszcze głęboki śnieg. Na szczęście bardzo twardy, więc się nie zapadamy.


Po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Schodzimy z polany drogą odchodzącą w lewo. Na początku jest kamienista i stroma, ale potem łagodnieje i prowadzi trawersem. Docieramy nią do stokówki, na którą zeszliśmy z niebieskiego szlaku.


Niestety, jest miejscami dość mocno oblodzona. Na jej fragmentach, gdzie nie ma lodu, zauważam coś ciekawego. Droga została wybrukowana kamieniami. Nie znalazłam na ten temat żadnych informacji, ale podejrzewam, że ten bruk mógł powstać przed II wojną światową. Wygląda na to, że ta droga była cała wybrukowana – teraz zachował się jej górny fragment, chociaż na dole tu i ówdzie też widać resztki tego bruku.


Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy ładnie oblodzonym wodospadzie.


Docieramy do drewnianej kościółka, tzw. Kaplicy na Sewerynówce. pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Powstała ona w 1933 roku. Było tu sanatorium pod nazwą „Dom Zdrowia”, zbudowane w 1925 roku dla chorych na astmę nauczycieli i katechetów i ta kaplica dla nich została zbudowana. Dzisiaj ten budynek już nie istnieje – spłonął w 1962 roku.


Jeszcze kilkaset metrów i jesteśmy przy naszym samochodzie. To nie była długa wycieczka, bo przeszliśmy jakieś 11 kilometrów, ale nasza trasa prowadziła często stromymi, zaśnieżonymi i oblodzonymi ścieżkami poza szlakiem. Poza tym sporo czasu zeszło nam z tymi tabliczkami. No i Marek dźwigał bardzo ciężki plecak. Zrealizowaliśmy wszystko, co było zaplanowane, więc wracamy bardzo zadowoleni do domu. Zwłaszcza, że pogodę mieliśmy wyśmienitą. Trochę zaskoczyła nas ilość śniegu, bo szczerze powiedziawszy, nie myśleliśmy, że będzie go aż tyle.


W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w Krościenku. Tu na cmentarzu komunalnym jest cmentarz wojenny nr 377. Przy okazji chcemy go zobaczyć. Jesteśmy trochę zaskoczeni, bo okazuje się, że to jest pojedynczy grób, w który został pochowany jakiś żołnierz węgierski. Kiedyś uważano, że jest tu ich pochowanych kilku. Ostatecznie, w 2021 roku uznano, że jedynym pewnym pochowanym w tym grobie jest Gaspar Német. Wtedy to została wykonana jego konserwacja. A właściwie powstał całkiem nowy nagrobek. Wcześniej wyglądał zupełnie inaczej. Raczej nieciekawie. Ale to też nie był to ten oryginalny, tylko wykonany w 1962 roku. Jak wyglądał pierwotnie, nie udało mi się ustalić. I nie jest znany architekt, który go zaprojektował, chociaż mógł to być Gustaw Ludwig, bo on projektował większość cmentarzy w okręgu limanowskim. W każdym razie ta  „rekonstrukcja” jest bardzo udana i w jego stylu.



Beskid Sądecki Pasmo Radziejowej cmentarze wojenne Szczawnica-Zdrój Krościenko Czeremcha Czeremcha Zachodnia Wodospad Zaskalnik
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.