CZERWIEC
Kozibród łąkowy (Tragopogon pratensis)

Tatry Wysokie - 30 marca 2024


Tej zimy miałam w planach wyjazd w słowackie Tatry i dojście do Doliny Pięciu Stawów Spiskich (kotlina Piatich Spišských plies), gdzie znajduje się najwyżej położone schronisko w Tatrach, dostępne zimą. To Schronisko Téry'ego (Téryho chata, Térynka), położone na wysokości 2015 m n.p.m.

Plany były na luty albo na początek marca, bo wtedy jest już dłuższy dzień. Niestety, albo nie było odpowiedniej pogody, albo Markowi nie pasował ten termin. W związku z tym postanowiłam przełożyć tę wycieczkę na przyszły rok.

W przedświątecznym tygodniu zerknęłam na prognozy pogody, także dla Tatr Słowackich, i odkryłam, że w święta ma być pięknie i słonecznie. No, może nieco za ciepło, ale trudno. Przyjeżdżał mój młodszy syn, który kocha Tatry, więc miałam się z kim wybrać.

Pogoda miała być najlepsza w sobotę. Miało co prawda wiać, ale jeszcze nie tak mocno, jak w niedzielę, czy poniedziałek. No i miała być zmiana czasu, a to oznacza wcześniejszą pobudkę…Sobota była więc najlepszym wyborem.

Wyjechaliśmy o szóstej rano. Nie wiem, czy ta anomalia pogodowa do nas jeszcze nie dotarła, czy nie zwróciliśmy na nią uwagi. Ale kiedy przejechaliśmy przełęcz Vabec i zerknęli na Tatry, to od razu zauważyliśmy, że coś jest nie tak. Niebo nad Tatrami było bezchmurne, nie było mgieł, a góry były ledwie widoczne. Nigdy czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

Dojechaliśmy do Starego Smokowca (Starý Smokovec). Zostawiliśmy samochód na parkingu. Obecnie ta przyjemność kosztuje już 15 euro. Ale u nas też nie jest taniej.

Mieliśmy 10 minut do odjazdu kolejki na Hrebienok (1285 m n.p.m.). Ruszyliśmy sprawnie w kierunku stacji i udało nam się zdążyć na pierwszy kurs, tak, jak to planowaliśmy. Tu bilety też zdrożały. Kosztują teraz, podobnie jak parking, 15 euro. Ludzi jest dzisiaj mnóstwo, tak, że wagoniki kolejki są bardzo zatłoczone i panuje w nich niemiłosierny zaduch. Z ulgą wysiadamy na szczycie.


Miałam zamiar najpierw obejrzeć słynną Tatrzańską Świątynię Lodową. To jedna z największych zimowych atrakcji słowackich Tatr. Każdego roku kilkunastu rzeźbiarzy ze Słowacji, Czech, Polski i Niemiec odtwarza z lodowych bloków najsłynniejsze budowle świata. Tej zimy można tu podziwiać Opactwo Westminsterskie. Niestety, jest jeszcze za wcześnie. Syn odmawia czekania 15 minut, które zostały do otwarcia, w związku z tym najpierw wyruszamy w góry.



Idziemy zielonym szlakiem przez Dolinę Zimnej Wody. Śniegu już właściwie nie ma. Niestety, trochę wieje. Widoczność jest nadal dziwna. Niby bezchmurne niebo, ale jakieś takie szare. Wszystko tonie w dziwnej, delikatnej mgiełce. Liczyłam na piękne widoki, ale na razie jest średnio.


Docieramy do Schroniska Zamkovskiego (Zamkovského chata - 1475 m n.p.m). Zostało ono zbudowane w latach 1942-43 przez znanego taternika i przewodnika o nazwisku Štefan Zamkovský. Robimy sobie tu krótki odpoczynek, nakładamy na buty raczki, bo wygląda na to, że już będą potrzebne, i idziemy dalej.


Chwilę idziemy lasem, wzdłuż potoku, a potem wychodzimy na otwartą przestrzeń. Pojawiają się wspaniałe widoki – po prawej stronie strony grań Łomnicy, po lewej Pośredniej Grani.

Zimowy szlak do Doliny Pięciu Stawów Spiskich przebiega inaczej, niż latem. Normalnie biegnie po prawej stronie, nad tzw. Wielkim Łomnickim Ogrodem, teraz prowadzi dnem doliny.



Mocno tu dzisiaj wieje, zwłaszcza chwilami pojawiają się takie podmuchy, że trudno utrzymać się na nogach. Dobrze, że mamy kijki, bo można się na nich zaprzeć i wytrzymać te silne uderzenia wiatru. Najmniej przyjemnie jest w chwilach, kiedy wiatr niesie ze sobą drobiny zlodowaciałego śniegu i jego uderzenia boleśnie czuje się wtedy na twarzy i rękach.


Śnieg jest mokry, ale na szczęście nie zbija się w grudy, więc da się iść w raczkach. To przejście, mimo, że po płaskim terenie, jest mocno męczące. A czeka nas coś znacznie gorszego. Latem szlak prowadzi zakosami, podchodzi w ten sposób pod wspaniały wodospad o nazwie Złota Siklawa, więc idzie się przyjemniej. Teraz wodospad nie jest widoczny, a my musimy wspiąć się prosto do góry mocno stromym zboczem. Wieje coraz mocniej, i jak widzę, jak wspinają się po nim ludzie, malutcy jak mrówki, walcząc z wiatrem, to uświadamia mi się ogrom wysiłku, jaki trzeba będzie włożyć, żeby się tam wdrapać. No, ale jak się powiedziało A, to trzeba teraz powiedzieć B. Trudno. Przecież się nie wycofamy. Ubieramy się cieplej, wkładamy rękawiczki, nakładamy na głowy kaptury i rozpoczynamy podejście.


Turystów jest tu mnóstwo. Od samego dołu było dość tłoczno na szlaku, ale nie myślałam, że większość z nich będzie też szła tutaj. Wszyscy razem, krok za krokiem, wspinamy się powoli do góry. Trzeba wyszukiwać uważnie miejsce, gdzie stawia się stopę, bo inaczej można zsunąć się w dół. Jednocześnie trzeba walczyć z uderzeniami wiatru. Kilka kroków i odpoczynek. Powolutku zdobywamy wysokość. To podejście zdaje się nie mieć końca. Staram się nie myśleć, jak będziemy tędy schodzić w drodze powrotnej.


Z ulgą docieramy pod wypłaszczenie pod Żółtą Ścianą (Žltá stena). Chwila ulgi, zwłaszcza, że tu przez chwilę nie wieje. A potem kolejne strome podejście, ale na szczęście krótkie. Nad głową widzimy już cel naszej wspinaczki - Schronisko Téryego. Docieram tam naprawdę zmęczona, ale szczęśliwa, że dałam radę. Syn podziela moją radość. Podchodzimy pod schronisko. Udaje nam się znaleźć wolną ławeczkę na ganku. Do środka nie wchodzimy, mimo, że tutaj znowu wieje. Z doświadczenia wiem, że jest tam straszny tłok i okropny zaduch. Wolę odpocząć i zjeść zasłużony posiłek tu, na werandzie, zwłaszcza, że można przy okazji kontemplować widoki.



Schronisko Téryego, jak już wspominałam, jest najwyżej położonym schroniskiem, dostępnym w Tatrach zimą. Zostało ono zbudowane w 1899 roku według projektu spiskiego architekta Geodona Majunkego. Inicjatorem jego budowy był Ödön Vilmos Téry, węgierski lekarz, taternik, działacz ruchu turystycznego. Dlatego schronisko nosi jego imię. Było wielokrotnie przebudowywane. Teraz niedawno wykonano zadaszenie nad gankiem, na którym zjedliśmy drugie śniadanie. Kiedy byłam tu ostatnio, jeszcze go nie było. To dobry pomysł, bo chroni przed deszczem i wiatrem.


Po krótki wypoczynku rozpoczynamy schodzenie. Też mozolne, ale mniej męczące. I wiatr, mimo iż nadal wieje, jest jakby słabszy.


Kiedy docieram na dół, to czuję dużą ulgę. Teraz już najpierw marsz po płaskim dnie doliny, a potem zejście do Chaty Zamkovskiego, krótki odpoczynek i powrót na Hrebienok.

Przyszła pora na lodowe Opactwo Westminsterskie. Akurat mamy trochę czasu do odjazdu kolejki. Spodziewałam się o tej porze tłumów, ale jestem mile „rozczarowana”, bo jest tu pusto i można w spokoju obejrzeć wystawę.


Są tu dwie kopuły, wysokości 25 metrów każda, podobnie jak w ubiegłych latach, każda z własnym agregatem, dzięki czemu w środku jest utrzymywana stała, minusowa temperatura. W pierwszej zbudowane zostało z 1880 bloków lodu Opactwo Westminsterskie. Dzieło to powstało w 15. rocznicę wizyty królowej Elżbiety II w Tatrach Wysokich. Głównym budowniczym był Adam Bakoš. Można tu też podziwiać lodowe trony, szklaną koronę i miniaturki angielskich regaliów koronnych.


W drugim namiocie są umieszczone lodowe rzeźby, powstałe podczas organizowanego tu corocznie konkursu TATRY ICE MASTER, w którym biorą udział rzeźbiarze z całego świata. W ubiegłym roku byliśmy tu w lutym i mogliśmy oglądać te rzeźby prezentowane także na zewnątrz kopuły. Niestety, w tym roku jest tak ciepło, że nawet te w środku są już mocno stopione i nie co oglądać. Chyba agregat nie działa tak, jak powinien, bo jest tu zdecydowanie cieplej niż tam, gdzie umieszczona jest świątynia. Szkoda. Ale cieszymy się, że ją przynajmniej mogliśmy zobaczyć.


Potem szybko idziemy do stacji kolejki. Cieszymy się, że zdążyliśmy i nie musimy czekać kolejne pół godziny do odjazdu następnej. Jest już 16.30, a powrót zajmie nam dwie godziny. Chciałabym być w Sączu, zanim zrobi się ciemno.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z wycieczki. Co prawda, warunki były nie do końca takie, jak to sobie zaplanowałam – dał nam w kość wiatr, no i ten pył znad Sahary, przez co widoczność była zamglona, więc zdjęcia wyszły takie sobie. A śnieg był pokryty żółtym nalotem. Ale zważywszy na to, co działo się w Tatrach podczas dwóch następnych dni, to nie możemy narzekać. Można nawet powiedzieć, że mieliśmy szczęście, bo w niedzielę, a jeszcze bardziej w poniedziałek, z uwagi na siłę wiatru, taka wycieczka nie mogłaby dojść do skutku. A Tatry to Tatry! Dla miłośnika gór taka wycieczka to zawsze święto!



Tatry Wysokie Tatry Dolina Pięciu Stawów Spiskich Hrebienok
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.