Murańska Płanina - 3 maja 2024
Dzisiaj wybieraliśmy się na Kľak (1409 m n.p.m.) – jeden z najwyższych szczytów Murańskiej Płaniny.
Kiedy planowałam naszą wyprawę i szukałam miejsc, gdzie
można spotkać wawrzynek murański, znalazłam informację, że tam gdzieś rośnie.
Wspomniałam o tym Markowi. Na początku był sceptyczny, ale potem przeczytał
relację Pana Marka Owczarza ze zdobycia tego szczytu i bardzo się do tego
pomysłu zapalił.
Niestety, skończyło się na planach. W opisie było podane, że
można z miejscowości Závadka nad Hronom dojechać pod skrzyżowanie szlaków przy
leśniczówce Klátna (7 kilometrów asfaltowej drogi) i zrobić tam
kilkunastokilometrowe kółeczko. Na sam szczyt trzeba wejść bez szlaku, ale jest
ponoć wydeptana ścieżka.
Wjechaliśmy na tę drogę. Przed nami jechał samochód straży
parku narodowego. Panowie byli bardzo złośliwi. Wiedzieli, że w połowie drogi
będzie zakaz wjazdu, więc kiedy się zorientowali, gdzie jedziemy, to zamiast
stanąć, zatrzymać się, i nas o tym poinformować, to zjechali na pobocze, puścili
nas przodem i cichutko za nami jechali. Dojechaliśmy do znaku zakazu. Nie było
tam możliwości zostawienia samochodu, ba, droga była tak wąska i z głębokimi
rowami po bokach, że nie było jak nawrócić. Marek zdecydował się jechać dalej.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, tuż za nami pojawili się strażnicy. No i oczywiście wlepili nam z dużą satysfakcją mandat. Nieduży, bo 20 euro, ale to
było bardzo przykre, gdyż celowo nas tam wpuścili, wiedząc, że złamiemy
przepisy. Wystarczyło przed znakiem przygotować miejsce do zaparkowania jednego czy
dwóch samochodów. Albo znak zakazu postawić na początku tej drogi, bo się nie
rozwidlała i prowadziła tylko tam. Wtedy turyści by tam nie wjeżdżali. Ja wiem,
że Słowacy nie przepadają za Polakami, ale ostatecznie jesteśmy w obcym kraju,
gośćmi, więc wypadałoby mimo wszystko pomóc i poinformować o zakazie, a nie tak
się zachować. No cóż…
W związku z tym zmieniliśmy plany. Postanowiliśmy pojechać do miejscowości Tisovec i stamtąd wejść na szczyt o nazwie Hradová (887 m n.p.m.). Czytałam, że to jest ładna, niedługa trasa.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Breznie (Brezno nad Hronom).
To miasto powiatowe leżące w Kotlinie Brezneńskiej, pomiędzy Tatrami Niżnymi a Murańską Płaniną. Mieszka tam obecnie około 20 tysięcy mieszkańców.
Miejscowość istniała prawdopodobnie znacznie wcześniej, ale
prawa miejskie uzyskała w 1380 roku. W okolicy wydobywano złoto, srebro i miedź, a od XVI wieku także rudę żelaza. Kiedy w XVII i XVIII wieku złoża
cennych kruszców zaczęły się wyczerpywać, w mieście rozwinęły się rzemiosło (garbarstwo i farbiarstwo, a także wyrób węgla drzewnego) i handel. Mieszkańcy
hodowali też owce i bydło. Bryndza z Brezna była słynna w całych Węgrzech.
W Breznie, tak jak gdzie indziej, zdarzało się wiele
nieszczęść, takich jak wojny, pożary i zarazy. Najczarniejszym jednak wydarzeniem w historii miasta był straszny pożar w roku
1779, kiedy to spłonęło aż 113 domów, fara, ratusz, karczma, browar oraz trzy z czterech bram miejskich.
Mimo to jest tu sporo
do obejrzenia. Rynek miejski z domami mieszczańskimi odbudowanymi po pożarze
w stylu późnobarokowym. Klasycystyczny ratusz, wieża miejska z 1830 roku, słup mariański z roku 1741 i kościół rzymskokatolicki, zbudowany w latach 1781-1785, z barokowo-klasycystycznym
wyposażeniem wnętrza, barokowy klasztor pijarów i klasycystyczny kościół
ewangelicko-augsburgski.
Na rynku, w budynku dawnego ratusza znajduje się tutejsze
muzeum ze zbiorami dotyczącymi historii miasta i etnograficznymi. Zachowała się
też resztka murów obronnych z XVII wieku.
Ocalała też synagoga,
zbudowana w 1902 roku w stylu neoromańskim (jedyna zachowana w Kotlinie Górnego
Hronu).
Wszystkie te zabytki są pięknie odnowione, więc spacer po
starym mieście Brezna sprawił nam przyjemność. Wstąpiliśmy jeszcze do klubu
kawowego „Wenecja” (naprzeciw synagogi) na kawę. Była pyszna!
Następnie wyruszyliśmy w stronę Tisovca. Marek wypatrzył tam na mapie jakąś ciekawą ścieżkę i zdaje się miał ochotę na jej przejście jutro, chociaż biorąc pod uwagę, że mieliśmy zwiedzać zamek w Slovenskej Ľupčy i Jaskinię Bystrzańską (Bystrianska jaskyňa), to raczej by nam się to nie udało. Dzisiaj, z powodu zmiany planów, mogliśmy nią przejść.
To ścieżka o nazwie: Náučný chodník Jakuba Surovca. Wychodzi
na przełęczy Zbojská. Jest to pętla
długości około 5 kilometrów. Na tych terenach grasował kiedyś legendarny
zbójnik Jakub Surowiec ze swoją
bandą. Stąd nazwa ścieżki.
Początkowo idzie tak, jak czerwony szlak. Najpierw oglądamy
zbudowaną na pagórku nad przełęczą wieżę widokową. Powstała w 2016 roku. Są z niej ładne widoki na okolicę, a także na Niżne Tatry. Na dole jest kapliczka, a obok stoi duża drewniana rzeźba,
przedstawiająca słynnego zbójnika.
Idziemy dalej. Tu szlak czerwony skręca w prawo, a nasza ścieżka w lewo. Prowadzi ładnym lasem. Docieramy nią do Jaskyňi Remeta. I tu się gubimy. Wędrujemy dalej dobrze widoczną ścieżką, a szlak odszedł prawdopodobnie gdzieś w bok. Orientujemy się dopiero w momencie, kiedy robi się coraz trudniej iść, bo co chwilę musimy się przedzierać przez zwalone pnie. Sprawdzamy nasze położenie na mapie i niestety okazuje się, że poszliśmy nie tak, jak było trzeba.
Wracamy. Nie docieramy jednak do miejsca, gdzie odchodził szlak, bo
zauważam wydeptaną ścieżkę, którą można zejść do widocznego w dole tunelu, a wiemy, że tamtędy prowadzi nasz szlak. Zejście jest bardzo strome, toteż z ulgą
schodzimy na drogę. Potem wchodzimy do tunelu i jesteśmy z powrotem na naszej ścieżce edukacyjnej. Idziemy
wąwozem, w którym płynie potok. Teraz szlak jest bardziej widoczny, chociaż
też musimy się nieustannie przedzierać przez zwalone drzewa. No i przechodzić z jednej strony potoku na drugi.
Docieramy do wiaduktu kolejowego. Przechodzi przez niego zabytkowa linia kolei zębatej Pohronská Polhora - Tisovec. Ma tradycyjny rozstaw szyn - 1435 mm. Utworzono ją w 1896 roku, głównie na potrzeby rozwijającego się przemysłu metalurgicznego. To niesamowite przedsięwzięcie inżynierskie. Najtrudniejszym do wykonania był odcinek pomiędzy pomiędzy stacjami Tisovec-Bánovo i Zbojská. Na długości 4,7 kilometra jest 166 metrów różnicy wysokości. A nachylenie prawie aż 50 ‰. Na linii o promieniu łuku wynoszącym zaledwie 200 m znajdują się dwa duże wiadukty (wiadukt Čertov i wiadukt Pod Dielom) oraz krótsze mosty, mury oporowe, przekopy i nasypy.
Linia zachowała się w dobrym stanie i kiedy udało się w Rumunii
kupić starą zębatą lokomotywę parową, uruchomiono tu ruch turystyczny. To ponoć
jedyna taka atrakcja w Europie. Ale jest to tylko kilka przejazdów w okresie
wakacyjnym. Niestety, obecnie kocioł parowy lokomotywy jest w remoncie, więc przejazdy
się nie odbywają. Podziwiamy gigantyczne słupy wiaduktu Čertov i idziemy dalej.
Dochodzimy do miejsca,
gdzie odchodzi ścieżka do kolejnej atrakcji tego szlaku – Czarciej Jaskini (Čertova
jaskyňa, jaskyňa Zbojská). To jaskinia krasowa o łącznej długości korytarzy 293 metrów.
Miała kiedyś bogatą szatę naciekową, ale została zdewastowana przez odwiedzających
to miejsce ludzi. Obecnie wejście do niej jest zamknięte kratą, zwłaszcza, że gnieżdżą
się tam rzadkie gatunki nietoperzy.
Teraz przed nami najbardziej ekscytujący fragment trasy.
Przejście przez skaliste koryto Čertovho potoku. Jest tu coś na kształt
ferraty. Niezbyt trudnej, ale jednak. Przejście jest tylko w jednym kierunku, w górę potoku. Ja przepadam za takimi miejscami, ale z obawą patrzę na Lilę.
Niepotrzebnie, bo świetnie sobie radzi i też jej się to przejście bardzo
podoba. To tylko pół kilometra, ale ile adrenaliny!
No i jest tu bardzo pięknie. Rośnie sporo ciekawych
roślin. Spotykamy też dorodną salamandrę plamistą, która nam cierpliwie pozuje.
Wąwóz jest częścią utworzonego tu w 1993
roku rezerwatu przyrody Čertova dolina.
Potem wychodzimy na rozległe łąki, i zamykając kółeczko, docieramy na parking, gdzie zostawiliśmy samochód.
Zeszło nam trochę czasu, ale postanawiamy jednak wejść jeszcze z Tisovca na Hradovą. Co prawda musimy się zadowolić powrotem tą samą drogą, bo już nie mamy wiele czasu, ale i tak się cieszę. Mam przeczucie co to tego szczytu. Usiłowałam go wstawić w plan naszej wycieczki, ale Marek jakoś nie miał na to ochoty i Hradová wypadła z naszych planów. Teraz wróciła, więc jestem bardzo zadowolona.
Zostawiamy samochód na parkingu pod urzędem miejskim i wchodzimy na żółty szlak prowadzący na szczyt.
Tisovec to małe miasteczko (4 tys. mieszkańców), ale z bogatą historią. Na górze Hradová (887 m n.p.m.) najprawdopodobniej w II poł. XIII wieku został zbudowany zamek i osada służebna pod nim. Prawa miejskie Tisovec otrzymał pod koniec XV wieku. Nazwa miasta pochodzi od rosnących w okolicznych lasach cisów. Ciekawostką jest, że urodził się tutaj wspomniany wcześniej zbójnik Jakub Suroviec.
Zamek Tisovec (Hrad Tisovec, Tisovský hrad, Tisovecký hrad) był niewielki i zapewne nie miał większego znaczenia. Został całkowicie zniszczony przez wojska cesarskie w XVII wieku, po zdławieniu powstania Thökölyego. Nie wiadomo jak wyglądał, a do dnia dzisiejszego zachowały się tylko prawie niewidoczne resztki fundamentów.
Mamy do pokonania spore przewyższenie, prawie 500 metrów. Na
początku szlak nam się podoba, ale potem jesteśmy bardzo zmęczeni, bo cały czas
prowadzi lasem. Docieramy na szczęście do punktu
widokowego.
Tu szlak robi się bardziej urozmaicony, bo prowadzi skalną granią.
Szkoda tylko, że też przez las. Kiedy już liczymy, że jesteśmy blisko i będzie
już łatwo, stajemy przed bardzo stromym podejściem. Ale nie rezygnujemy, choć
zaczynamy żałować, że tu przyszliśmy.
I tuż przed szczytem, kiedy mam już dość, spotyka mnie niesamowita nagroda. Za drzew
wyłania się biała, wapienna skała. Cała porośnięta wawrzynkiem murańskim! Przeczucie mnie nie zawiodło!
Marek mi nie wierzy, kiedy krzyczę z radości, bo on nic nie
widzi, ale po chwili, kiedy podchodzimy bliżej, musi mi przyznać rację, że
znaleźliśmy wawrzynek. Czekamy jeszcze na Lilę, żeby podzielić się z nią tym odkryciem
i cieszymy się wszyscy razem. Od razu mija nam zmęczenie!
Wchodzimy na szczyt, a ja zabieram się do
sfotografowania upragnionej roślinki. Jest to bardzo trudne, bo kępki wawrzynka
rosną na pionowej skale, sporo poniżej szczytu. Ale na szczęście, mój aparat z ponad 80-krotnim zoomem się tu bardzo przydaje. Zdjęcia może nie są doskonałe,
ale są! I to jest najważniejsze!
Schodzi się bardzo przyjemnie, bo jesteśmy wszyscy bardzo podnieceni, gdyż byliśmy już pewni, że z Murańskiej Płaniny wrócimy bez zdjęć tej unikatowej rośliny, a tu taka niespodzianka!
Szkoda, że jest już tak późno, bo gdybyśmy zrobili kółeczko,
to przeszlibyśmy piękną, widokową skalną granią. Tam też jest ponoć
ekscytująco, bo są łańcuchy. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego…
Podsumowując dzień, musieliśmy przyznać, że dzięki konieczności zmiany planów, było chyba ciekawiej, niż na zaplanowanej wycieczce na Kľak, która nie doszła do skutku.
Pozostał tylko duży niesmak po zachowaniu słowackich
strażników parku narodowego.
Murańska Płanina Brezno Hradowa