WRZESIEŃ
Wrzos zwyczajny (Calluna vulgaris)

Okolice Baligrodu, Kulasznego i Komańczy - 15-16 lipca 2021


Bardzo botanicznie spędzam w tym roku wakacje. Znowu jadę do Baligrodu. Dowiedziałam się, że rośnie tam kolejna interesująca mnie roślina, tajęża jednostronna. Jeden z tamtejszych leśniczych obiecał mi ją pokazać. Zabieram po drodze drugiego, już znajomego mi pana Marka, bo też chciałby ją sfotografować i jedziemy razem.

Na miejscu okazuje się jednak, że tajęża w tym roku „zastrajkowała”. Jest tam spore stanowisko, na którym w ubiegłym roku kwitła obficie – w tym wypuściła tylko kilka łodyżek kwiatowych, a i te w większości uschły. Cóż, nie mam szczęścia – ale storczyki już takie są. Żeby zakwitły, muszą mieć odpowiednie warunki. A ten rok raczej roślin nie rozpieszcza. No ale jedną, co prawda jeszcze nie rozkwitłą, udaje się nam znaleźć. Tak, że nie do końca wracam z niczym.


Nasz Gospodarz, w ramach rekompensaty, zabiera nas w okolice rezerwatu Woronikówka, który z wiadomych względów bardzo chciałabym zobaczyć. W pobliżu prowadzi zielony szlak. Robimy sobie spacer jego fragmentem, prowadzącym szczytem grani. Sam rezerwat położony jest w połowie bardzo stromego zbocza poniżej szlaku. Zejście tam byłoby dość ekstremalne, więc nie nalegam, zwłaszcza, że chronione w tym rezerwacie cisy są ponoć w nienajlepszym stanie.

Zdobywamy szczyt Woronikówki (836 m n.p.m.), położony w paśmie Łopiennika i Durnej, i wracamy. Przy okazji dowiaduję się kilku ciekawych rzeczy o tej górze. W czasie pierwszej wojny światowej przechodził tędy front i są pozostałości po okopach. A w latach 60. ubiegłego wieku zmieniono nazwę góry na Walter, w związku z 20. rocznicą śmierci legendarnego gen. Karola Świerczewskiego, ps. Walter. To bardzo kontrowersyjna postać, raczej nie zasługująca na uznanie, ale w tamtych czasach otaczany był niemalże kultem. Szlakiem, którym idziemy, na szczyt ciągnęły dosłownie pielgrzymki, bo była tu tablica, poświęcona jego osobie. Dlatego większość buków wzdłuż szlaku jest pokryta napisami – każdy chciał zostawić ślad, że tu był. Zresztą sama, w szkole podstawowej przerabiałam czytankę o jego bohaterskiej śmierci z rąk UPA, w kanonie lektur była książka „O człowieku, który się kulom nie kłaniał”. O ile pamiętam, uczyłam się także na pamięć fragmentów wiersza W. Broniewskiego  "Opowieść o życiu i śmierci Karola Waltera Świerczewskiego robotnika i generała". No i oglądałam słynny pomnik w Jabłonkach!

Wracając, zatrzymujemy się kilkakrotnie przy stanowiskach ciekawych roślin – widzę po raz pierwszy świbkę błotną – niepozorną, ale bardzo ciekawą roślinę. A także bardzo upragnioną przez mnie centurię nadobną. Nie przypuszczałam, że to takie maleństwo jest! Niestety, wszystkie okazy mają stulone płatki. No i bardzo ciekawą odmianę mojego ulubionego storczyka błotnego – taką o zielono-białych kwiatach.

Potem jeszcze stanowisko mieczyka dachówkowatego, rośliny bardzo rzadkiej w Bieszczadach – to dla pana Marka, bo jeszcze nigdy nie widział tej pięknej, efektownej rośliny. Szkoda, że już zaczął przekwitać, ale stanowisko jest bogate.

Te kilka godzin w lesie, w towarzystwie dwóch leśniczych, było dla mnie ogromną przyjemnością. Sporo zobaczyłam i sporo się nauczyłam. A, mimowolnie  przysłuchując się rozmowie obu panów, dużo dowiedziałam się o pracy leśników. Oczywiście, że wiedziałam, że to bardzo ciężka praca jest, ale nie do końca uświadamiałam sobie, jakie stoją przed nimi dylematy  – z jednej ochrona lasu i przyrody, a z drugiej produkcja drewna. Nie jest to chyba łatwo pogodzić!

Rano wstaję wcześnie, miało być deszczowo, a tymczasem jest piękny poranek. Cichutko się pakuję i opuszczam pensjonat. Postanawiam wrócić górą, przez Kulaszne. Zatrzymuje się jeszcze przy stanowisku centurii nadobnej – najpierw czekam godzinę żeby to miejsce oświeciło słońce, potem drugą, w nadziei, że któraś z malutkich roślinek rozchyli płatki i będę mogła zrobić jej zdjęcie. Niestety, nic z tego nie wychodzi. Ale to w sumie nie był stracony czas, bo poplątałam się trochę i znalazłam czosnek, ten sam, który tydzień temu znalazłam w Komańczy. Miałam tam wrócić, żeby go dokładnie obejrzeć. Teraz już nie musiałam. Ustaliłam, że to czosnek wężowy.

Po drodze zatrzymałam się w Tarnawie Górnej przy ruinach greckokatolickiej cerkwi pw. Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Została ona zbudowana w 1817 roku przez rodzinę Truskolaskich, ówczesnych właścicieli wsi. Po 1947 roku, świątynia stała opuszczona. Wyposażenie zostało wywiezione, podobno do cerkwi w Hoczwi, gdzie spłonęło w wyniku pożaru. Budynek cerkwi, pozbawiony opieki, niszczał i zamienił się w ruinę. Szkoda.

Następny przystanek robię sobie w Czaszynie, przy cerkwi pw. św. Mikołaja Cudotwórcy. Powstała w 1835 roku na miejscu wcześniejszej. Została zbudowana z inicjatywy ówczesnej właścicielki wsi, Apolonii Łemkowskiej. Po Akcji „Wisła” i wysiedleniu ludności łemkowskiej została zamieniona na kościół katolicki. W latach 50. i 60. ubiegłego wieku świątynia była remontowana i usunięto wtedy kopuły, dobudowując wieżę i sygnaturkę, zatarta została też trójdzielność bryły. Obecnie, po wybudowaniu we wsi nowego kościoła,  dawna cerkiew pełni rolę kaplicy pogrzebowej.

Wdrapuję się stromymi serpentynami do Kulasznego. Tu na szczycie jest kolejna cerkiew i cmentarz. Kiedyś w Kulasznem była drewniana greckokatolicka cerkiew pw. św. Michała Archanioła, zbudowana na pocz. XX wieku Niestety, spłonęła w 1974 roku. Na jej miejscu w latach 204-2008 zbudowano nową świątynię.

Na cmentarzu pochowany jest Jędrek Połonina (Andrzej Wasielewski). Rzeźbiarz, malarz, rysownik, poeta i bard bieszczadzki. Był bardzo popularny. Jego prace plastyczne były inspirowane folklorem wschodniokarpackim. Stworzył słynne dusiołki, czyli drewniane figurki diabełków bieszczadzkich – biesów i czadów. Swoją popularność zawdzięczał głównie niezwykłej osobowości. Prowadził włóczęgowski styl życia, hodował konie i nie rozstawał się z kowbojskim kapeluszem. Uważano go za jednego z najwybitniejszych ”zakapiorów” bieszczadzkich. Przyjaźniło się z nim wielu wybitnych polskich artystów, m.in. Magda Umer.

Pod cmentarzem w Kulasznem czeka na mnie miła niespodzianka – rośnie tu pełno centurii nadobnej i na dodatek jest w pełnym rozkwicie!

Robię sobie krótki spacer polną drogą nad serpentynami. Jest tu bardzo pięknie.

Przed Komańczą zauważam skręt do cerkwi w Turzańsku. Jeszcze jej nigdy nie widziałam, więc pora to nadrobić. Prawosławna cerkiew pw. św. Michała Archanioła powstała w latach 1801-1803. Po Akcji „Wisła” użytkowana do 1961 roku przez katolików, w 1963 roku została zwrócona Kościołowi Prawosławnemu.

Cerkiew w 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest typową cerkwią łemkowską, trójdzielną, ale ma dodatkowo dobudowane dwie zakrystie, nad którymi także są kopuły. Obecnie prowadzone są przy świątyni intensywne prace remontowe. Warto tu będzie wrócić za rok i zobaczyć ją w pełnej krasie, bo jest rzeczywiście piękna.

Potem jeszcze przystanek przy cerkwi w Wisłoku Wielkim. Na małym pagórku stoi tu dawna cerkiew greckokatolicka pw. św. Onufrego, z poł. XIX wieku. Obecnie kościół katolicki.

Po drodze zatrzymuję się jeszcze przy rezerwacie Przełom Jasiołki. Mam tam coś do sprawdzenia, więc robię sobie spacer ścieżką prowadzącą przez rezerwat. Rośnie tu mnóstwo języcznika zwyczajnego i wiele innych, rzadkich gatunków roślin. Według mnie najpiękniej jest tu na przełomie maja i czerwca.

To były kolejne dwa piękne dni w  Bieszczadach. Mam nadzieję, że nie ostatnie!



Bieszczady Beskid Niski Góry Sanocko-Turczańskie Wisłok Wielki Turzańsk Kulaszne
Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.