Rośliny naczyniowe

Zamczysko "na krechę"

Beskid Wyspowy - Białowodzka Góra nad Dunajcem - 2 listopada 2018

Już dwa tygodnie nigdzie nie byłam i zaczyna mnie nosić. Wyciągam więc Magdę na małą wycieczkę. Nie możemy się zdecydować, gdzie pojechać i w końcu wybieramy Białowodzką Górę. Blisko i ładnie.

Zostawiamy samochód w lesie i idziemy szlakiem w stronę rezerwatu. Pod Zamczyskiem spotykamy sympatycznego starszego pana. Chwilę rozmawiamy. Między innymi wspomina, że niedawno ze skał Zamczyska spadła kobieta. Ten krzyż, który widziałam tu wiosną, a którego wcześniej nie było… Pisało na nim, że zmarła tragicznie, ale myślałam, że może to zawał.

Od dołu prowadzi na skały bardzo stroma ścieżynka. Kilka razy wchodziłam nią na szczyt, bo na skałach rosną ciekawe rośliny i chciałam je sfotografować. Aż do czasu, kiedy usiłowałam tamtędy zejść. Zastała mnie tam wtedy straszna burza, zeszłam ze ścieżki i wypłoszyłam ukrytą w zaroślach lochę z młodymi. Miałam szczęście, że mnie nie zaatakowała, tylko uciekła. Ale ja się tak przestraszyłam, że zsunęłam się ze stromego zbocza spory kawałek, płosząc przy okazji sarnę, która o mało mnie nie stratowała. Jakoś szczęśliwie udało mi się zatrzymać na drzewie. Miałam niesamowite szczęście, że nic mi się wtedy nie stało. Od tej pory chodziłam grzecznie szlakiem.

Aż do dzisiaj. Diabeł mnie podkusił i zaproponowałam Magdzie, żebyśmy tamtędy weszły. Ona jak zwykle bardzo ochoczo się zgodziła, nie wiedząc, na co się naraża. Całe zbocze pokrywają ścieżynki, które zaczynają i kończą po chwili. Tylko jedna z nich dochodzi do miejsca, gdzie po skałach można wdrapać się na szczyt. Ale ja, głupia, mimo moich wcześniejszych doświadczeń, wkraczam na pierwszą brzegu i rozpoczynamy mozolną wspinaczkę. Na początku nie jest tak źle, ale w połowie zbocza dociera do mnie, że poszłyśmy nie tędy, co trzeba. Boimy się jednak wrócić, bo jest bardzo stromo i ślisko. Mimo wszystko łatwiej jest iść do góry. Drapiemy się więc powoli, najczęściej na czworakach, chwytając się  wystających z ziemi korzeni. Ciągle mamy nadzieję, że dojdziemy, tam gdzie trzeba. Kiedy jednak docieramy pod skalą ścianę i nie ma tam wyjścia na górę, musimy się wycofać.

Powoli, ostrożnie obchodzimy skały, starając się nie patrzeć w dół, a potem, znowu na czworakach, wspinamy się do góry. Obie jesteśmy mocno przestraszone, a ja dodatkowo czuję się strasznie winna. Żeby tylko Magdzie nic się nie stało! Tak mocno to bałam się chyba tylko schodząc Żlebem Kulczyńskiego. Ale to było w Tatrach, pod Orlą Percią, a nie na spacerze w Beskidzie Wyspowym!

Kiedy po mozolnej wspinaczce, spocone, brudne i rozczochrane, ale całe i bezpieczne, stajemy wreszcie na szczycie Zamczyska, przysięgam sobie, że już nigdy nie będę mieć takich głupich pomysłów.

Jesteśmy tak szczęśliwe, że wszystko dobrze się skończyło, że tarzamy się z radości w bukowych liściach, zakopując się w nich po szyję i robiąc sobie głupie zdjęcia, jak nastolatki.

Potem widokowymi łąkami, już szlakiem, schodzimy w dół. Zatrzymujemy się tylko na chwilę przy opuszczonym gospodarstwie, gdzie degustujemy opadłe jabłka, w których Magda odnajduje utracony smak dzieciństwa. Rzeczywiście, są wyśmienite.