Rośliny naczyniowe

Małe Pieniny inaczej

Rezerwat Biała Woda, Brysztańskie Skały, Watrisko i Dziobakowe Skały - 14 października 2018

Jestem trochę zmęczona po wycieczce na Turbacz i jak wieczorem dzwoni Marta, z propozycją wycieczki, to nie jestem pewna, czy chcę z nimi pojechać. Wybierają się w Beskid Niski, ale mają plan na dość długie przejście (ponad 20 kilomertów), więc nie wiem, czy dam radę tyle przejść. Mają jeszcze inny pomysł, na krótszą trasę. Mówię, żeby się mną nie przejmowali i pojechali na tą dłuższą wycieczkę, skoro ją sobie zaplanowali, a ja wybiorę się gdzieś sama. Umawiamy się na poranny telefon – powiedzą mi gdzie jadą, a ja wtedy wybiorę się z nimi, albo sama.

Marta przez noc zmienia plany i wymyśla wycieczkę w Małe Pieniny. Podobno krótką. Więc decyduję się jechać z nimi, zwłaszcza, że akurat też myślałam o Małych Pieninach.

Jak się później okazuje, to nie był najmądrzejszy wybór.

Moi przyjaciele postanowili, że pojedziemy do rezerwatu Biała Woda, i stamtąd, poza szlakiem, pójdziemy się trochę poplątać, zdobywając po drodze Brysztańskie Skały, Watrisko i Dziobakowe Skały. To brzmiało bardzo interesująco.

Przeszliśmy przez rezerwat, skręcili na okoliczne łąki i rozpoczęli poszukiwania. To znaczy Krzysztof szukał, a mu podążałyśmy za nim. Na wszystkie te skałki trzeba wychodzić od tyłu, przez las. Są one z reguły od tej strony niewidoczne, więc trudno na nie dotrzeć. Ale nie Krzyśkowi. On ma świetną orientację i zawsze dociera do celu (no, prawie zawsze).

Teraz też dość szybko stanęliśmy nad przepaścistymi ścianami Brysztańskich Skał. W latach 70-tych, kiedy to było jeszcze dozwolone, Krzysztof na tych skałkach szkolił we wspinaczce przyszłych taterników. Dlatego ma do tych skałek duży sentyment.

Następnie na przełaj, łąkami, doszliśmy do niebieskiego szlaku, prowadzącego na Małą Wysoką, szli nim chwilę, a potem znowu skręcili w bok. Wyrosła przed nami biała ściana Watriska. Wdrapaliśmy się na nią bokiem. Widok stamtąd jest po prostu niesamowity. Tatry, Trzy Korony, Babia Góra…

Potem zaczęło być trudniej. Przedzieraliśmy się na przełaj stromymi zboczami przez gęsty las i jeżynowe chaszcze, aby dojść do Dziobakowych Skał. W pewnym momencie Marta podjęła decyzję, że odpuszczamy sobie i schodzimy do Białej Wody. Krzysiek nie protestował, ale były to jak zwykle pozory. Już po chwili marszu  zostawił nas same, a sam poszedł na mały rekonesans. I po chwili zadzwonił, że znalazł, więc żebyśmy tu za nim przyszły. W ten sposób zdobyliśmy ostatni zaplanowany na ten dzień cel – Dziobakowe Skały. Są rzeczywiście wspaniałe. Wznoszą się białymi, pionowymi ścianami nad rezerwatem Zaskalskie.

Wszyscy byliśmy szczęśliwi, ale chyba ja najbardziej. Jestem wdzięczna moim przyjaciołom, że pokazali mi nieznany, a przepiękny fragment Małych Pienin. Bez nich nigdy bym się tam nie wdrapała i nie zobaczyła tych skał z bliska.

Wycieczka nie była rzeczywiście długa. O 15.30 wyjechaliśmy z Jaworek, w których kłębił się tłum turystów, a my przez cały dzień wędrowaliśmy sami, w ciszy i spokoju.

Niestety, nasza wyprawa nie zakończyła się tak miło, jak liczyliśmy. Przy wjeździe do Szczawnicy utknęliśmy w gigantycznym korku. Ale nawet nam wtedy na myśl nie przyszło, że będziemy stać w jednym miejscu prawie pięć godzin, a powrót, który normalnie nie powinien nam zająć więcej niż półtorej godziny, będzie trwał prawie 7 godzin, tak że w domu byliśmy wpół do jedenastej. Szczawnica zrobiła się ostatnio bardzo modna i podobno są tam ciągle korki, czego nie byliśmy do końca świadomi, bo tak się jakoś złożyło, że od kilku lat nie wybraliśmy się tam w sezonie podczas weekendu. Ale coś takiego zdarzyło się podobno po raz pierwszy w historii. Długo chyba nie odważymy się znowu do Szczawnicy, a zwłaszcza do Jaworek wrócić.