Rośliny naczyniowe

Dobszyńska Jaskinia Lodowa i Zejmarska Roklina

Słowacki Raj - 31 maja 2018

Już od dawna chciałam zobaczyć Dobszyńską Jaskinię Lodową. Ale jakoś się nie składało. W tym roku namawiałam Martę już prawie od miesiąca, ale była dość oporna. Twierdziła, że to daleko, że może kiedyś…

Na szczęście niedzielny wyjazd na Słowacki Kras uświadomił mi, że wcale nie jest to tak daleko, że droga jest „przejeżdżalna” dla mnie i że dam radę jako kierowca. Miałam już wcześniej zaplanowaną trasę pieszej wycieczki (bo do samej jaskini nie opłacało by się jechać). Przypuściłam więc frontalny atak i wygrałam. Marta musiała przyznać, że 135 kilometrów to tyle samo, co do Sanoka i argument odległości upadł.

Po drodze w Piwnicznej zaopatrzyłam się w brakujące mi pomarańczowe kamizelki odblaskowe (musi być tyle ile miejsc w samochodzie, nawet gdybym jechała sama), resztę wymaganych przedmiotów, łącznie z pomarańczowym holem już miałam, i w poczuciu dobrego przygotowania autka na ewentualną kontrolę słowackiej drogówki przejechaliśmy granicę.

Droga była dobra, udało mi się bezpiecznie przejechać przez Poprad, a potem pięknymi serpentynami, przez Vernár dojechaliśmy do Dobszyny.
Byliśmy o idealnej porze. Mieliśmy akurat tyle czasu, żeby spokojnie podejść pod jaskinię (dość długi i stromy kawałek) i kupić bilety. Było trochę osób (m.in. dwie wycieczki słowackich pierwszaków), ale Krzysztof postarał się, żeby być (na wszelki wypadek) pierwszy przy kasie.

Jaskinia rzeczywiście jest wspaniała i miałam rację, naciskając, żeby przyjechać tu na początku sezonu, bo chociaż lód jest tu przez cały czas, to przewodniczka powiedziała, że to najlepszy czas na odwiedzenie tego miejsca.

Po zwiedzeniu jaskini pojechaliśmy do Dedinek, a stamtąd do miejscowości Mlynky-Biele Vody, gdzie znajduje się wejście do wąwozu Zejmarská roklina. Tu zostawiliśmy samochód.

Zejmarská roklina to jedyny udostępniony turystycznie tego typu wąwóz w południowej części Słowackiego Raju. Do pokonania mieliśmy na krótkim odcinku dużą wysokość, więc było dużo stromych podejść i wysokich drabin. Ale szło się bardzo wygodnie, bo było sucho. Bardzo się nam ta roklina podobała.

Potem przeszliśmy na szlak żółty (można zejść zielonym, ale wtedy wycieczka jest trochę krótka, bo trwa niewiele ponad dwie godziny). To był przyjemny spacer po płaskim terenie, wśród ukwieconych łąk, potem zejście ładnym lasem do przepięknej doliny. Przepływa nią krystalicznie czysty potoczek, a łąka po obu jego brzegach jest wilgotna, więc rosło tam mnóstwo ciekawych roślin, m. in. całe łany pełnika europejskiego.

Buszowaliśmy po tej łące z Krzysztofem, co było łatwe, bo teraz była z powodu braku opadów właściwie sucha. Znalazłam tam duże ilości starca kędzierzawego, którego miałam tylko jedno mizerne zdjęcie, zrobione dawno temu w Dolinie Kościeliskiej, więc byłam bardzo zadowolona.

Krzysiek zauważył ciekawy krzaczek, którego ja nie dostrzegłam i minęłam. Myślał co prawda, że to bagno pospolite (rzeczywiście z daleka  go przypominało), zmusił mnie jednak do podejścia, i tylko jemu zawdzięczam, że mam zdjęcia wierzby rokity, którą bezskutecznie usiłowałam odnaleźć na torfowisku  Baligłówka, gdzie ponoć rośnie.

Po drugiej stronie drogi ciągnęły się skałki wapienne, na których rosła ogromna ilość roślin, m. in. bogato kwitnące łany konwalii majowej, obuwik pospolity, bardzo rzadka w Polsce tawuła średnia, kosatka kielichowa, chaber barwny, fiołek dwukwiatowy, rutewka orkolistna i mnóstwo orlików pospolitych. Udało mi się też sfotografować motyle: rusałkę drzewoszka i niepylaka mnemozynę.

W związku z tym wlekliśmy się bardzo powoli. Do rozejścia szlaków Veľké a Malé Zajfy doszliśmy mocno po czasie, ale ponieważ mieliśmy go sporo, to nie stanowiło to problemu. Po krótkim odpoczynku i małym „co nieco” zmieniliśmy szlak na zielony i zwiększyliśmy tempo marszu.

Trochę się zachmurzyło. Kiedy doszliśmy do szlaku czerwonego, zaczęło grzmieć. Mieliśmy jeszcze spory kawałek drogi, więc staraliśmy się iść dość szybko. Musiałam zrezygnować z fotografowania roślin, a szlak prowadził piękną łąką, na której kwitły ciekawe rośliny, m. in. lepnica gajowa i całe łany goździków kartuzków. Żeby obejść zagradzającą przejście skałę, szlak piął się stromo pod górę. Takie ostre podejście pod koniec wycieczki nie było najprzyjemniejsze, zwłaszcza, że pomruki nadchodzącej burzy zmuszały nas do pośpiechu. Ale zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie, żeby podziwiać piękne widoki. A było na co patrzeć. Rzeka Hnilec, wcięta głęboko pomiędzy górskie szczyty, przypominała nieco fiord. Szkoda tylko, że było już pochmurnie.

Szlak zaczął w końcu schodzić w dół, nad sztuczny zbiornik wodny o nazwie Palcmanská Maša i następnie prowadził wzdłuż jego brzegu.
Potem jeszcze tylko jedno krótkie podejście, i dotarliśmy do samochodu. Podać zaczęło dopiero w drodze powrotnej – na szczęście niezbyt mocno, bo burza przeszła już tamtędy wcześniej.

Planując trasę wycieczki nie przypuszczałam, że będzie tak piękna i urozmaicona. Widziałam co prawda kilka zachęcających zdjęć, ale rzeczywistość przeszła moje oczekiwania.

Byliśmy tak zadowoleni z wycieczki w tej części Słowackiego Raju, że po drodze wymyśliliśmy trasę kolejnej.

A w domu byliśmy znowu wcześniej, niż planowaliśmy, bo już o siódmej.