Rośliny naczyniowe

Trzy Korony i Sokola Perć

Pieniny - 19 lutego 2018

Mam kilka spraw zaplanowanych do załatwienia w poniedziałek, ale prognoza pogody zapowiada wspaniały, słoneczny dzień, a potem cały tydzień ma być pochmurno i brzydko. Przekładam więc obowiązki na inny dzień. Dzwonię do Magdy. Oczywiście jest chętna na wypad w góry. Proponuję Trzy Korony, bo to krótka wycieczka, a Magda dawno tam nie była.

Wyjeżdżamy rano. Jest kilka stopni mrozu i piękne słońce. W Tylmanowej mijamy Koziarz wabiący nas bielą szadzi. Musi tam być teraz pięknie. Ale ponieważ byłam tam bardzo niedawno, odganiamy od siebie pokusę i jedziemy dalej, do Krościenka, skąd wyruszamy na Trzy Korony.

Tu też jest pięknie. Zachwycając się widokami, dochodzimy do Przełęczy Szopka, skąd podziwiamy pierwszy tego dnia widok na Tatry. Po obowiązkowej sesji fotograficznej wdrapujemy się na Trzy Korony i delektujemy się wspaniałymi widokami.

Wracamy, i już o 12.30 jesteśmy przy rozwidleniu, gdzie odchodzi szlak prowadzący przez tzw. „Pieninki” na Sokolicę. Jest tak pięknie, że szkoda nam już wracać do domu. Podejmujemy pochopną decyzję wejścia na Sokolicę. Zapominamy, że jest to bardzo stromy i skalisty szlak, że jest zima i na pewno będzie tam ślisko, a my nie mamy raków, ani nakładek antypoślizgowych. Z początku szlak jest zwodniczo łatwy, ale potem robi się ciężko. Miejscami jest bardzo stromo i ślisko. Najgorzej jest przy zejściach. Dobrze, że przynajmniej mamy ze sobą kije trekkingowe. Nie poddajemy się jednak, chociaż w niektórych miejscach naprawdę trochę się boimy. Na szczęście w większości najtrudniejszych miejsc są poręcze, więc jest się czego złapać.

Patrzę z obawą na Magdę. Od kilku dni mocno pości, bo jest na jakiejś oczyszczającej diecie. Dzisiaj rano zjadła tylko gotowanego buraka. Ja po solidnej porcji jajecznicy na szynce na pewno lepiej jestem przygotowana do takiej wspinaczki. Boję się, czy nie zasłabnie i nie poleci w przepaść. Mam wyrzuty sumienia, że zaproponowałam tą Sokolicę. Ale Magda trzyma się dzielnie.

Mijamy Białe Skały (Sutrówka), Ociemny Wierch, Czerteż i Czertezik. Dopiero, kiedy zaczynamy schodzić w dół na Przełęcz Sosnów,  obu nam rzednie mina. Jesteśmy już bardzo zmęczone, a schodzimy bez końca stromo w dół i myśl o powrotnej wspinaczce do góry jest mocno nieprzyjemna. Na szczęście na dole okazuje się, że schodzi stamtąd szlak do Krościenka. Oddychamy z ulgą, bo myślałyśmy, że musimy wrócić pod Czertezik, żeby stamtąd zejść. Okazało się, że z „Sokolej Perci” są trzy zejścia do Krościenka - wszystkie zielonym szlakiem i dlatego to pod Czertezikiem wzięłyśmy za to z Przełęczy Sosnów, którym kiedyś schodziłam.

Jeszcze tylko kwadrans i jesteśmy na Sokolicy. Wejście okazało się całkiem łatwe, a myślałyśmy, że tam będzie bardzo ślisko, a co za tym idzie najciężej.

Widoki ze szczytu wynagrodziły nam z nawiązką wysiłek, jaki podjęłyśmy (trochę nieświadomie), żeby się tu wdrapać. Mija całe zmęczenie. Jesteśmy z siebie bardzo dumne. I schodzimy do Krościenka w wyśmienitych humorach.