Rośliny naczyniowe

Babia Góra w styczniowym słońcu

22 stycznia 2017

Od początku zimy nosiło mnie, żeby pójść na Babią Górę. Ciągle coś stawało na przeszkodzie.

Ponieważ zapowiadano piękną pogodę na Babiej Górze na dzisiaj, postanowiłam zrobić sobie prezent z okazji imienin i wybrać się tam na samotną wyprawę.

Wstałam rano, trochę z duszą na ramieniu. Bałam się nie tyle  Babiej, co dojazdu. To spory kawałek drogi, a zapowiadano na noc mgłę, która mogła spowodować oblodzenie, a na dodatek musiałam jeszcze wyjechać z domu po ciemku. Postanowiłam być jednak twarda – to było przecież moje marzenie – zaplanowałam sobie ten wyjazd i powinnam pojechać. Krzyknęłam dla podniesienia się na duchu słynne Krzyśkowe „Ahoj przygodo!”, i  zaczęłam się zbierać.

Po ciemku nie było widać, jaka będzie pogoda, ale jak się rozjaśniło, to było ponuro i mgliście. Miałam nadzieję, że rozpogodzi się za Nowym Targiem, ale tam było jeszcze gorzej. Mgliście było też w obu Zubrzycach, więc moja wymarzona wycieczka nie zapowiadała się najlepiej. Już słyszałam: A nie mówiłam?

Nagle cud! Za zakrętem, tuż przed Przełęczą Krowiarki nagle pojawiło się nade mną błękitne niebo bez jednej chmurki i świerki pokryte szadzią, błyszczące w słońcu!

Było ciepło, tylko odrobina wiatru na szczycie. Niebo było bezchmurne, słońca aż za dużo. Była dobra widoczność, a co za tym idzie - wspaniałe widoki. Zwłaszcza wspaniałe było „morze” mgieł sięgające aż pod Tatry. I te charakterystyczne dla Babiej Góry lodowo-śniegowe rzeźby zrobione przez wiatr.

Zeszłam jeszcze kawałek w dół żółtym szlakiem prowadzącym na Słowację , a potem, chociaż planowałam wrócić tą samą drogą, poszłam na Przełęcz Brona, a  stamtąd pod schronisko na Markowych Szczawinach i na Przełęcz Krowiarki. Zrobiłam w ten sposób honorowe kółeczko.
O ile wejście czerwonym szlakiem na Diablak był prawie spacerem, to zejście na Przełęcz Brona, a później do schroniska było wcale niełatwe – stromo, ślisko, a miejscami dość głęboki śnieg, mimo że pozornie szlak był „przechodzony”.

Słusznie bałam się przejazdu. Rano, mimo lekkiej mgły było całkiem nieźle. Jednak podczas powrotu było jeszcze bardziej mglisto, zwłaszcza w okolicach torfowisk orawsko-nowotarskich,  a pomiędzy Nowym Targiem a Rogoźnikiem mgła było tak gęsta, że trudno było jechać. Na szczęście później było już lepiej i udało mi się bezpiecznie tuż przed zmierzchem dojechać do domu.

Było warto!